USA przed wyborami: Republikanie mieli ruszyć z Dallas po zwycięstwo, zamiast tego rośnie niepokój

Reuters opisuje, jak urzędnicy wyborczy w różnych częściach Stanów Zjednoczonych przygotowują się nie tylko do przeprowadzenia wyborów, ale również do ewentualnych konfliktów z władzami federalnymi. Do wyborów pozostało zaledwie kilka tygodni, a stawką jest kontrola nad Kongresem i w praktyce możliwość realizowania przez Donalda Trumpa programu w drugiej połowie jego kadencji.
Dallas miało rozpocząć marsz po zwycięstwo
Konwencja republikanów w Dallas była wydarzeniem bez precedensu. Partia zorganizowała wielką ogólnokrajową konwencję przed wyborami środka kadencji, a Donald Trump znalazł się w jej absolutnym centrum. Prezydent wzywał swoich zwolenników do głosowania, przedstawiał listopadowe wybory jako plebiscyt dotyczący jego prezydentury i próbował przenieść na kandydatów republikańskich energię własnego ruchu politycznego.
To strategia zrozumiała, ale obarczona ogromnym ryzykiem. Trump pozostaje zdecydowanie najważniejszą postacią Partii Republikańskiej i prawdopodobnie najlepszym politykiem GOP, jeśli chodzi o mobilizowanie najbardziej lojalnych wyborców. Problem polega na tym, że wybory do Kongresu rozstrzygają się również wśród wyborców niezależnych oraz w kilkudziesięciu konkurencyjnych okręgach.
Nasz amerykański korespondent Paweł Żuchowski rozmawiał w Dallas z republikańskimi działaczami i zwolennikami partii, którzy zastanawiali się, czy uczynienie z wyborów referendum nad Trumpem rzeczywiście jest dobrym pomysłem. Wielu miało wątpliwości, przede wszystkim właśnie z powodu konieczności zdobycia głosów wyborców niezależnych. Nieprzypadkowo części republikanów walczących w najtrudniejszych okręgach w Dallas w ogóle nie było.
Sondaż po Dallas nie daje republikanom powodów do spokoju
Pierwszy sondaż Reuters/Ipsos przeprowadzony po konwencji pokazuje skalę problemu. Notowania samego Donalda Trumpa nieznacznie wzrosły. Jego pracę jako prezydenta pozytywnie ocenia 35 proc. Amerykanów, wobec rekordowo niskich 33 proc. wcześniej.
Znacznie ważniejsze dla listopadowych wyborów są jednak odpowiedzi dotyczące Kongresu. Gdy Amerykanie zostali zapytani, na kandydatów której partii zagłosowaliby w wyborach do Kongresu, 44 proc. wskazało demokratów, a 37 procent republikanów. Siedem punktów przewagi to największa przewaga demokratów w takim pytaniu w badaniach Reuters/Ipsos od powrotu Trumpa do Białego Domu w styczniu 2025 roku.
To oczywiście nie jest prognoza liczby mandatów. Amerykanie nie wybierają Kongresu w jednym ogólnokrajowym głosowaniu, a granice okręgów i geografia poparcia mają ogromne znaczenie. Republikanie korzystają również ze zmian granic części okręgów wyborczych. Trend jest dla nich niepokojący.
Jeszcze bardziej interesująco wygląda odpowiedź na pytanie, komu Amerykanie bardziej ufają w sprawach gospodarki. Przez lata był to jeden z największych atutów republikanów. Teraz Reuters wskazuje, że po raz pierwszy od około dekady przewagę w tej kwestii uzyskali demokraci. To szczególnie niebezpieczne przed wyborami, w których ceny, inflacja i koszty życia należą do najważniejszych problemów dla wyborców.
Pięć tysięcy dolarów nie przekonało Amerykanów
W Dallas Donald Trump próbował odpowiedzieć na gospodarcze niezadowolenie spektakularną obietnicą. Zapowiedział, że jeśli republikanie utrzymają kontrolę nad Kongresem, każdy dorosły Amerykanin otrzyma 5 tys. dolarów tak zwanej dywidendy Trumpa. Problem w tym, że według sondażu Reuters/Ipsos pomysł nie wywołał entuzjazmu, którego mógł oczekiwać Biały Dom.
Aż 63 proc. ankietowanych jest przeciwnych takiej wypłacie. Co jeszcze bardziej zaskakujące, nie popiera jej również około 40 proc. samych republikanów.
Program kosztowałby około 1,2 biliona dolarów, a część republikańskich polityków już pyta, skąd miałyby pochodzić pieniądze i czy tak ogromny zastrzyk gotówki nie spowodowałby kolejnego wzrostu inflacji.
W ten sposób jedna z najgłośniejszych obietnic konwencji w Dallas może zamiast politycznego atutu stać się dla republikańskich kandydatów kolejnym pytaniem, na które będą musieli odpowiadać w swoich okręgach.
Trump przegrywa ważną bitwę przed Sądem Najwyższym
Na problemy polityczne nakłada się bardzo ważna decyzja Sądu Najwyższego.
Sędziowie odrzucili próbę administracji Trumpa, która chciała jeszcze przed listopadowymi wyborami wprowadzić nowe zasady dotyczące głosowania korespondencyjnego. Administracja chciała między innymi, aby stany przekazywały dane wyborców do federalnego systemu oraz stosowały zatwierdzone wcześniej wzory kopert. Poczta mogłaby odmówić obsługi przesyłek wyborczych ze stanów, które nie spełniłyby nowych wymagań.
Zmiana byłaby ogromna, ponieważ głosy oddawane korespondencyjnie stanowią blisko jedną trzecią wszystkich głosów w amerykańskich wyborach. Problemem był także czas. W niektórych stanach głosowanie już się rozpoczęło. Sąd Najwyższy zdecydował, że obowiązujące dotąd procedury pozostaną na razie bez zmian.
Dla Trumpa jest to znacząca porażka. Tym bardziej że prezydent od lat twierdzi, iż głosowanie korespondencyjne sprzyja oszustwom wyborczym, choć nie przedstawiono dowodów wskazujących na masowe fałszerstwa tego rodzaju.
Urzędnicy przygotowują się na scenariusze, których wcześniej nie ćwiczyli
Jednocześnie Reuters opisuje niezwykłe przygotowania administracji wyborczej w całych Stanach Zjednoczonych. Agencja przeprowadziła rozmowy z ponad pięćdziesięcioma urzędnikami odpowiedzialnymi za wybory. Z ich relacji wynika, że część lokalnych władz przygotowuje się już nie tylko na typowe problemy - awarie maszyn, kolejki czy cyberataki - ale również na potencjalny konflikt z rządem federalnym.
W Kalifornii rozważane są scenariusze dotyczące pojawienia się federalnych agentów w pobliżu lokali wyborczych. W Michigan urzędnicy przygotowują się na możliwość żądań dostępu do dokumentów lub sprzętu wyborczego. Niektóre lokalne biura zatrudniają dodatkowych prawników i szkolą pracowników, jak odpowiadać na wezwania oraz żądania federalnych instytucji. Do tego dochodzi bezpieczeństwo fizyczne. Po latach gróźb kierowanych pod adresem osób zajmujących się organizacją wyborów niektóre biura zostały wyposażone w dodatkowe kamery, przyciski alarmowe, a nawet kuloodporne szyby.
Władze przygotowują się również na kolejne zagrożenie: dezinformację, w tym materiały tworzone przez sztuczną inteligencję, które w ciągu kilku godzin mogą dotrzeć do milionów wyborców. Biały Dom odrzuca sugestie, że administracja zamierza ingerować w legalny proces wyborczy. Trump i jego współpracownicy przekonują, że podejmowane działania mają jeden cel - zapewnienie uczciwości wyborów.
Dla przeciwników prezydenta są one natomiast próbą zwiększenia kontroli władz federalnych nad systemem, który zgodnie z amerykańską tradycją i prawem jest przede wszystkim zarządzany przez poszczególne stany.
Stawką jest znacznie więcej niż kilkadziesiąt miejsc w Kongresie
Dlatego tegoroczne wybory środka kadencji coraz mniej przypominają zwykłą polityczną walkę o miejsca w Izbie Reprezentantów i Senacie. Donald Trump sam podniósł ich stawkę. W Dallas poprosił Amerykanów, aby potraktowali listopadowe głosowanie jako ocenę jego prezydentury. Republikanie w ogromnym stopniu zaakceptowali tę strategię. Twarz Trumpa, jego polityka i jego obietnice stały się centralnymi elementami kampanii.
Jeśli strategia zadziała, prezydent będzie mógł powiedzieć, że Amerykanie ponownie dali mu mandat do realizacji programu i wejdzie w ostatnie dwa lata kadencji ze znacznie silniejszą pozycją. Jeżeli jednak republikanie stracą Izbę Reprezentantów, sytuacja w Waszyngtonie zmieni się radykalnie. Demokraci przejęliby kontrolę nad komisjami Izby, możliwość prowadzenia dochodzeń, wzywania świadków i żądania dokumentów od administracji. Realizacja części programu Trumpa zostałaby poważnie utrudniona, a druga połowa jego kadencji mogłaby zostać zdominowana przez polityczne i prawne starcia z Kongresem.
Dlatego Dallas może być zapamiętane na dwa zupełnie różne sposoby - albo jako moment, w którym Donald Trump zmobilizował swoją partię i poprowadził ją do utrzymania władzy w Kongresie, albo jako moment, w którym republikanie zdecydowali się postawić wszystko na jedną kartę i uczynić wybory referendum nad prezydentem, którego poparcie wynosi zaledwie 35 proc. Pierwsze sondaże po konwencji pokazują, że ta druga możliwość jest dla republikanów coraz bardziej realnym zagrożeniem.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.