"Historia jest im przedstawiana wybiórczo". Magdalena Rigamonti o kulcie UPA w Ukrainie
W poniedziałek w Onecie ukazał się tekst Magdaleny Rigamonti "Ukraiński żołnierz mówi mi: Za UPA nie przepraszam. To bohaterowie moi i całej Ukrainy. Już inni przepraszali", w którym dziennikarka pokazuje, co dzisiejsi ukraińscy żołnierze, dziennikarze, historycy, ale i "zwykli ludzie" mówią o UPA i rzezi wołyńskiej.
— Ten tekst jest opowieścią o tym, jak ta polityka historyczna i propaganda dotycząca Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) była przez lata budowana, a my siedzieliśmy cicho, bo albo byliśmy w euforii pomarańczowej rewolucji i wspieraliśmy Ukraińców — mówi dziennikarka.
Dodaj Onet Wiadomości do preferowanych źródeł w Google
Nasze materiały będą się częściej pojawiać w Twoich wynikach wyszukiwania
"Mit założycielski" nowej Ukrainy
Rigamonti tłumaczy, jak kształtował się współczesny kult UPA. — W latach 90. w Ukrainie w zasadzie nic się nie mówiło o UPA ani o polityce historycznej. Nowe państwo, patrzymy do przodu, a nie w przeszłość. Taką cezurą był rok 2004 i pomarańczowa rewolucja — mówi dziennikarka, wyjaśniając, że to wówczas zaczęła się budowa "założycielskiego mitu" nowej Ukrainy w oparciu o UPA.
Rigamonti przypomina, że już wtedy ówczesny prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko ogłosił Stepana Banderę bohaterem narodowym i "wyniósł na piedestały UPA". Dziennikarka opowiada też m.in. o słynnej lwowskiej restauracji "Kryjówka", w której gloryfikuje się UPA, oraz o swoim spotkaniu w 2013 r. z synem Romana Szuchowycza, który opowiadał o bohaterstwie swojego ojca i "w zasadzie zaprzeczył" rzezi wołyńskiej.
— W tym samym czasie spotkałam się też z Wołodymyrem Wjatrowiczem, który mówił, że nie było rzezi wołyńskiej. W zasadzie była wojna polsko-ukraińska. W zasadzie to nie Ukraińcy mordowali Polaków na Wołyniu, tylko, tworzy taką tezę, to rosyjscy siekiernicy, uciekinierzy, dezerterzy z Armii Czerwonej wymordowali te 100 tys. kobiet i dzieci — relacjonuje dziennikarka.
— Po roku, w 2014 r., on zostaje szefem Ukraińskiego Instytutu Polskiego Pamięci Narodowej [pełnił tę funkcję do 2019 r.] i buduje politykę historyczną gloryfikującą Ukraińską Powstańczą Armię — dodaje.
"Ukraina musi dokonać historycznego rozliczenia"
— To nie jest tak, że wszyscy Ukraińcy wspierają UPA. Jest duże grono historyków i duże grono polityków ukraińskich, którzy mówią "dość" i uważają, że to jest instynkt samobójczy Ukraińców. To jest coś niepojętego. To prowadzi do jakiejś przepaści. Bo to nie chodzi tylko o Polskę, to chodzi o całą Unię Europejską — mówi Rigamonti.
— Kilka tygodni temu Obwodowa Rada Lwowska zapowiedziała, że rok 2027 będzie rokiem Romana Szuchewycza, mordercy. Więc to się wszystko dzieje — dodaje.
— Ukraińcy powinni się zastanowić, naprawdę. Mówię to z pełną świadomością tych słów. Powinni się zastanowić, czy chcą być w Unii, bo bez takiego rozliczenia historycznego, bez powiedzenia: "tak, Szuchewycz i inni przywódcy UPA byli zbrodniarzami" nie będzie to możliwe — podkreśla dziennikarka.
Wielki Głód w Ukrainie
Rigamonti uważa, że polityką historyczną Ukrainy można było pokierować zupełnie inaczej i zamiast gloryfikacji UPA zbudować narodową narrację w kontrze do Moskwy, która skazała Ukrainę na Wielki Głód.
Dziennikarka wymienia szereg inicjatyw kulturalnych, które mogły pozwolić światu usłyszeć o tej wielkiej tragedii i przekierować narrację o narodowości. — Nie zrobiono tego, zaprzepaszczono szansę. Ja byłam przekonana wtedy, że cały świat usłyszy o tym, co Stalin zrobił — mówi Rigamonti.
Czy to się da jeszcze odwrócić? Jak zwraca uwagę dziennikarka, większość współczesnych Ukraińców, w tym szczególnie tych walczących na froncie, "nie wie o zbrodniczej działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu".
— Ta historia jest im przedstawiana wybiórczo. Znają tylko tę część, kiedy UPA i jej przywódcy walczyli z NKWD, ze Stalinem z Rosją. A to, że mordowali cywilów na Wołyniu, jest wygumkowywane, wycinane — podkreśla Rigamonti.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.