Ludzie Zondacrypto i porwanie biznesmena
Sklep meblowy
6 marca 2017 roku, kilka minut po 13. Na parking sklepu meblowego w al. Roździeńskiego w Katowicach wjeżdża białe Porsche Cayenne. Kierowca, przedsiębiorca spod Częstochowy, wpłaca 10 tysięcy złotych zaliczki na meble i po 20 minutach wraca do auta.
Czeka na niego brat "Mańka", cichego inwestora giełdy BitBay, Marcin W. Młodszy z braci W. nie obraca aż takimi pieniędzmi jak starszy, jest kierownikiem transportu w rodzinnej firmie przewozowej z Piekar Śląskich.
Mężczyźni, czyli bracia W. oraz częstochowski biznesmen, poznali się kilka lat wcześniej. Przedsiębiorca kupił od jednego z braci auto po wypadku, które miało być bezwypadkowe. Nazywał ich potem oszustami.
Marcin W. wsiada do Porsche. Dalej wersje wydarzeń się rozjeżdżają.
Wersja ofiary
Według pokrzywdzonego przedsiębiorcy, Marcin W. prosi o podwiezienie do swojego auta, które stoi gdzie indziej. Po drodze uderza jednak kierowcę pięścią w twarz i każe przejść na tylne siedzenie bez wysiadania, sam przejmuje kierownicę.
Do samochodu wsiadają jeszcze dwaj rośli mężczyźni. Też biją. Na wysokości zjazdu na Będzin zakładają porwanemu worek na głowę. Wysiadają z nim przy jakiejś hali magazynowej. Gdzie dokładnie? Policja nie ustaliła tego do dziś.
Ofiarę prowadzą do hali i zamykają w metalowej szafie, "małej, gdzieś na około 1,5 metra". Po trzech godzinach w ruch znów idą pięści, sypią się kopniaki, pojawia się sekator. Nacięcie na małym palcu lewej dłoni widać na policyjnych zdjęciach w aktach. Biegły stwierdzi później złamanie nosa i ściany zatoki szczękowej.
Biznesmen słyszy od oprawców, że został "bardzo delikatnie potraktowany, ponieważ niejeden, który ich oszukał, został kaleką lub już go nie ma".
Podpisuje umowę sprzedaży swojego Porsche za 220 tysięcy złotych z pokwitowaniem odbioru gotówki, zostaje zmuszony do podpisania się też za żonę, współwłaścicielkę samochodu. Dodatkowo wypełnia trzy weksle in blanco. Porywacze zabierają mu 20 tysięcy złotych, 2 tysiące euro, zegarek (jego wartość pozostanie zagadką), złotą bransoletę i okulary.
Jednak wciąż im mało.
Jadą więc do jego domu pod Częstochową, bo tam ma mieć pieniądze. To pretekst, tak im mówi, bo liczy na pomoc rodziny. I ma rację. O 20.57 matka widzi skatowanego syna w towarzystwie obcych mężczyzn i dzwoni na policję.
- To debile, nie umieli nawet wyłączyć mojego telefonu. Byłem przekonany, że zginę w tym magazynie, dlatego byłem skłonny podpisać wszystko, co mi podsuwali - mówi nam dziś pokrzywdzony.
Oskarżony Marcin W. opisze prokuratorowi przebieg tych wydarzeń zupełnie inaczej.
Chciał tylko kupić dwa Porsche za 125 tysięcy euro, pieniądze miał w gotówce pod kurtką. Tych dwóch mężczyzn z auta w ogóle nie znał. A potem "przyjechała policja i z kupującego stałem się bandytą".
Po latach sąd w Częstochowie ocenił, że ta wersja nie trzyma się kupy. Sędzia zwrócił uwagę, że rodzina Marcina W. żyła wówczas za około 5 tysięcy złotych miesięcznie.
Sam W. pisał w 2023 roku do sądu z więzienia (odbywał karę w innej sprawie): "Nie neguję faktu, iż pokrzywdzony został dotkliwie pobity".
Trzech zatrzymanych
Policja jest w domu pod Częstochową po 20 minutach.
Przed posesją stoi szare BMW kombi na niemieckich tablicach. Siedzą w nim dwie osoby: Marian W. "Maniek" oraz Wołodymyr Ł., obywatel Ukrainy, właściciel stacji paliw w Piekarach Śląskich.
W domu, oprócz gospodarzy, przy stole siedzi brat "Mańka" - Marcin. Niedługo potem na posesję docierają posiłki oraz lokalny komendant.
O 22.30 trzej mężczyźni zostają zatrzymani. W protokole policja pisze, że Marian W. jest podejrzany o to, że "wspólnie i w porozumieniu z Marcinem W. i Wołodymyrem Ł. używając przemocy oraz przedmiotu przypominającego broń dokonał rozboju".
Policja go przeszukuje. "Maniek" ma przy sobie około blisko 12 tysięcy złotych, dwa pendrive'y z napisem "Delta Oil Plus", legitymację International Police Association i kluczyk Porsche w brązowym etui. Nazajutrz policja pobiera od niego materiał do analizy DNA.
BMW okazuje się autem widmo. Tablice w niemieckiej bazie przypisane są do innego pojazdu, dowód rejestracyjny wystawiono na skradzionym blankiecie, na osobę i adres, które "nie istnieją", sam pojazd według policyjnej notatki został wyrejestrowany ponad rok wcześniej. W bagażniku leżą nóż i metalowa walizka: według Urzędu Komunikacji Elektronicznej "radiowe urządzenie zagłuszające wyposażone w 4 anteny", blokujące sygnał GSM i GPS w promieniu do 100 metrów. Marian W. zeznaje, że BMW pożyczył od klienta, którego zna tylko z imienia, a walizkę pewnie zostawił w aucie ten właśnie klient.
Zdjęcie z akt sprawy
Źródło zdjęcia: "Superwizjer" TVN24
36 godzin
8 marca 2017 r., godz. 11.10. Marian W. siada przed tym samym policjantem, który dzień wcześniej pobrał od niego próbkę DNA. Tym razem jako świadek. Obok niego adwokatka z kancelarii Przemysława Krala - adwokata, który lata później zostanie prezesem giełdy Zondacrypto.
Zatrzymany zeznaje, że brat poprosił go o załatwienie dodatkowego kierowcy, który pomógłby odebrać zakupione auto. O okolicznościach zakupu "nic nie wie".
Gdzie był wcześniej, zanim znalazł się pod domem porwanego?
Od 13 był w firmie i w rozjazdach, ale szczegółów nie będzie opisywał.
Kto może to potwierdzić?
"Uchylam się od odpowiedzi" - odpowiada Marian W. Ma do tego prawo, gdyby odpowiedź mogła go narazić na odpowiedzialność karną.
Trzy dni później policjant ogląda nagranie z monitoringu z Katowic.
Zaraz po odjeździe białego Porsche spod sklepu w tę samą stronę rusza ciemne kombi. Policjant notuje: "ten sam model i kolor [szare BMW - red.], którym do miejsca zamieszkania pokrzywdzonego przyjechali sprawcy przedmiotowego przestępstwa". Numerów nie da się odczytać.
Marian W. i Wołodymyr Ł. powiedzą później, że popołudnie spędzili w zajeździe w Czeladzi, kilkanaście kilometrów dalej. Marian W. nazywał ten lokal "restauracją mojej firmy".
Nagrań z zajazdu, które mogłyby potwierdzić bądź wykluczyć ich twierdzenia, nikt nie zabezpieczył. Przepadły.
Kto kogo rozpoznał
W aktach sprawy nie ma jasnego wyjaśnienia, które tłumaczyłoby, dlaczego Marian W. z zatrzymanego jako "osoba podejrzana" o rozbój stał się jedynie świadkiem.
Pytany o to prokurator Tomasz Ozimek, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie, poinformował nas, że Marian W. "nie miał przedstawionego zarzutu z uwagi na brak dowodów na popełnienie przez niego przestępstw". Jego obecność na miejscu nie została potraktowana jako udział w przestępstwie. Został co prawda zatrzymany, ale niezwłocznie po zatrzymaniu zwolniony. Może to wynikać z faktu, że porwany biznesmen rozpoznał jedynie Marcina W., jako tego, który kierował porwaniem i Wołodymyra Ł., jako tego, który złamał mu nos, znęcał się nad nim i groził mu bronią. Część zamieszanych w porwanie osób, które wchodziły do miejsca, gdzie przetrzymywano ofiarę, miała na sobie kominiarki.
Dwa lata po porwaniu, zeznając jako świadek w procesie brata, Marian W. opowiadał, że "prowadzący [nie wskazał, czy chodzi o policjanta, czy o prokuratora – red.] mówił, że też będę oskarżony o napad", a nazajutrz "powiedział, że ja jednak będę świadkiem".
Orzekając w sprawie porwania biznesmena sądy przez dziewięć lat będą przyjmować obecność Mańka pod domem ofiary za fakt nie podlegający dyskusji. I żaden z tych sądów nie będzie wyciągać z tego faktu dalej idących wniosków.
Pięć lat po tamtej nocy, 10 marca 2022 r., zaginie Sylwester Suszek, twórca giełdy BitBay, poprzedniczki Zondacrypto. Ostatni raz widziano go w bazie paliwowej w Czeladzi, również należącej do Mariana W. ps. Maniek. Według prokuratury to "Maniek" był głównym inwestorem giełdy kryptowalut, która po zniknięciu Suszka zmieni nazwę na Zondacrypto.
Marian W. jest dziś jedynym podejrzanym o uprowadzenie Suszka. Jaromira W., ówczesna żona "Mańka", siedzi w areszcie z zarzutem m.in. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, która według prokuratury miała przejąć majątek Sylwestra Suszka.
29 min
Pełnomocnik świadka
W tej historii jest i Przemysław Kral - w przeszłości adwokat Sylwestra Suszka, potem jego następca w fotelu prezesa giełdy, a dziś ten, pod którego rządami giełda upadła i który ma w tej sprawie zarzuty, ale poszedł na współpracę z prokuraturą.
Kral pojawia się 7 marca 2017 roku, dobę po zatrzymaniach.
Pełnomocnictwo do obrony Mariana W. podpisuje jego żona Jaromira. Ale finalnie nie ma kogo bronić, bo "Maniek" będzie tylko świadkiem. W przesłuchaniu towarzyszy mu współpracowniczka Krala.
Sam Kral towarzyszy młodszemu z braci, któremu prokuratura stawia zarzut. Chce dla Marcina W. aresztu, Kral proponuje 250 tysięcy złotych kaucji. Sąd zgadza się na poręczenie majątkowe.
9 marca Kral pisze do prokuratury jako "pełnomocnik Mariana W." i żąda zwrotu jego rzeczy, w tym kluczyka Porsche. Jak wynika z akt, nikt nie sprawdził, od którego auta jest kluczyk. Policja go nie oddała.
13 marca na konto sądu wpłynęło 250 tysięcy złotych. Nadawca: "KANCELARIA ADWOKACKA ADWOKAT PRZEMYSŁAW KRAL". Tytuł: poręczenie za Marcina W.
Po obniżeniu poręczenia, sąd zwrócił Kralowi ponad 100 tysięcy złotych, a w 2020 roku nakazał oddać kolejne 150 tysięcy złotych wraz z odsetkami.
Rok później, w 2021 roku, Kral był już prezesem Zondacrypto, giełdy kryptowalut, która upadła w kwietniu 2026 r. z długiem wyliczonym przez estoński sąd na 432 milionów euro. Marcina W. bronił równolegle do początku 2025 roku. Wcześniej, bo w 2022 r. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach postawiła Kralowi zarzut utrudniania śledztwa w sprawie gróźb wobec współautora tego tekstu Michała Fui.
Gdyby ułożyć te daty w jednym rzędzie, wyglądają jak poniżej.
W marcu 2017 roku Kral jest jednocześnie obrońcą Marcina W. i pełnomocnikiem Mariana W.
W 2021 roku zostaje prezesem giełdy BitBay, założonej przez Sylwestra Suszka, i zmienia jej nazwę na Zonda.
W marcu 2022 roku Suszek znika. Jedynym podejrzanym o jego uprowadzenie jest dziś Marian W., ten sam, którego pięć lat wcześniej reprezentował Kral.
W kwietniu 2026 r. Zondacrypto upada.
26 min
Pięć i pół miliona
W sprawie porwanego biznesmena obrona miała jeden problem: skąd Marcin W., kierownik transportu, wykazujący w zeznaniach zarobki rzędu 3 tysięcy złotych miesięcznie i majątek, którego "nie posiada", wziął 130 tysięcy euro w gotówce na zakup dwóch Porsche.
Odpowiedź przyniósł Przemysław Kral.
W maju 2017 r. złożył w sądzie PIT brata oskarżonego i zaświadczenie biura rachunkowego, z którego wynikało, że Marian W., prezes i udziałowiec spółki Delta Oil Plus z Będzina, "w roku 2016 pobrał wypłaty z zysku spółki w łącznej kwocie 5 813 400,13 zł brutto".
W 2019 r. Marian W. zapewnił: "To była gotówka, ponieważ firma miała dużo stacji paliw i operowała gotówką". Bratu, jak zeznał, pożyczył w 2017 roku 130 tysięcy euro. Umowy nie spisali.
Trzy lata później mecenas Kral w jednym z pism do sądu będzie przekonywać: "ostatecznie mogła to być częściowo darowizna".
Ale inny sąd badając całą tę sprawę ponownie w 2024 roku o zeznaniach brata, żony i trzech kolegów Marcina W. powie: "Dowody te były niewiarygodne i obliczone na pomoc dla oskarżonego".
Zegarek bez ceny
Pokrzywdzony od pierwszego przesłuchania mówił, że sprawcy zabrali mu zegarek Vacheron Constantin i złotą bransoletę. Ich wartości nie znał: "były to prezenty od rodziców". Prokurator wpisała je do zarzutu jako przedmioty "o nieustalonej wartości". W aktach zegarek nazywa się "VASCHORON CONSTANY", bo tak zapisał go policjant i ta pisownia wędruje przez zarzuty i wyroki do dziś.
Wysokość szkody opisywana w kolejnych wyrokach to 31 620 złotych: gotówka i okulary. Zegarka i bransolety przez dziewięć lat nie wycenił nikt: ani policja, ani prokuratura, ani pełnomocnik pokrzywdzonego, ani sąd. Pytana o to prokuratura odpowiada krótko: skradzione przedmioty nie zostały nigdy odnalezione, w związku z tym nie zostały nigdy poddane oględzinom i wycenie.
Dziś pokrzywdzony mówi nam, że zegarek był wart ponad 1,5 miliona złotych, a bransoleta około 120 tysięcy złotych. Pokazuje paszport zegarka z osiemnastokaratowego różowego złota i fakturę zakupu bransolety na 26 tysięcy euro. W aktach tych dokumentów nie ma. Mówi też, że w mediacji obrona proponowała mu 100 tysięcy złotych, a on żądał zwrotu wszystkiego, zwłaszcza zegarka. Mediacje były dwie, w 2018 i 2023 r., obie bez ugody.
Obrona szła dalej. Kral w 2020 r. przekonywał: takie przedmioty "albo w ogóle nie istniały, albo ich poszukiwania doprowadziłyby do faktycznych sprawców pobicia".
Dziewięć lat
Postępowanie karne w tej sprawie wciąż jest w toku, choć od porwania wkrótce minie 10 lat.
W styczniu 2020 roku Sąd Rejonowy w Częstochowie uniewinnił Marcina W.
Dał wówczas wiarę świadkom obrony, m.in. trzem mężczyznom z bazy transportowej rodziny W. w Piekarach Śląskich. Według nich pokrzywdzony sam przyszedł do bazy negocjować sprzedaż auta. Był już wtedy pobity i z opuchniętą twarzą.
W apelacji Sąd Okręgowy w Częstochowie utrzymał uniewinnienie w mocy, choć sędzia sprawozdawczyni złożyła zdanie odrębne zwracając m.in. uwagę, że zeznania świadków obrony "wzajemnie się wykluczają, świadczy to o ich ukartowaniu".
Kasację do Sądu Najwyższego wniósł tylko pełnomocnik pokrzywdzonego. Prokuratura, która wcześniej żądała czterech lat więzienia dla Marcina W., oceniła zaskarżenie wyroku jako "oczywiście bezzasadne".
Dziś Tomasz Ozimek z częstochowskiej prokuratury przyznaje, że w tamtym czasie śledczy zwyczajnie pogodzili się z wcześniejszymi rozstrzygnięciami sądów obu instancji, a referent sprawy nabrała przeświadczenia, że dowody, jakie udało się jej zebrać, były niewystarczające do skazania. - W ocenie prokuratury tutaj brak było podstaw do kasacji wyroku. Tym niemniej okazuje się, że jak dziś wiemy, kasacja oskarżyciela posiłkowego została uznana za zasadną. Zdarza się to rzadko, ale w tej sprawie faktycznie miała miejsce taka sytuacja – przyznaje prok. Ozimek.
W kwietniu 2022 r. Sąd Najwyższy uchylił wyrok uniewinniający i sprawa wróciła do pierwszej instancji. A po dwóch kolejnych latach, 4 kwietnia 2024 roku, sąd jednak uznał winę Marcina W. Skazał go na trzy lata więzienia, nakazał oddać prawie 32 tysiące złotych tytułem naprawienia szkody, orzekł też 20 tysięcy złotych zadośćuczynienia dla ofiary.
"Nie może być zgody społecznej na działania przestępcze zawierające elementy upodlenia człowieka" - stwierdził sąd w uzasadnieniu tego wyroku
Na jednej z ostatnich rozpraw w tym powtórnym procesie w protokole odnotowano "w charakterze widowni" obecność Mariana W. ps. Maniek.
Sąd Okręgowy w październiku 2024 r. skazanie utrzymał.
Ale to wcale nie był koniec.
Rok później Sąd Najwyższy uchylił i ten wyrok, tym razem w wyniku kasacji złożonej przez trzech obrońców Marcina W. SN nakazał ponowne rozpoznanie sprawy, ale tym razem w sądzie odwoławczym.
W efekcie Marcin W. przynajmniej w chwili, w której ukazuje się ten tekst, jest nadal oskarżonym, nie skazanym.
Być może zmieni się to po spodziewanym dziś ogłoszeniu wyroku Sądu Okręgowego w Częstochowie.
Trzeci adwokat
Oprócz Mariana W. i Przemysława Krala, w tej kryminalnej sprawie, pojawia się jeszcze jedna osoba, która od lat pojawia się w wątkach wokół Bitbay i Zondacrypto – to Błażej Gazda, adwokat z Wrocławia.
Mec. Gazda przystąpił do tego postępowania jako obrońca 23 kwietnia 2024 roku, 19 dni po wyroku skazującym Marcina W. Nie zastąpił Krala, dołączył do niego.
W częstochowskim sądzie jednak bywał bardzo rzadko, słał substytutów (zastępują adwokata w wykonywaniu jego obowiązków) oraz pisma. Na rozprawę przyszedł raz, do Sądu Najwyższego. I wygrał. To jego kasacja zawierała konkretne fakty o nieprawidłowo powołanym sędzim Sądu Okręgowego, których w kasacji Krala nie było.
W późniejszym czasie Błażej Gazda został również pełnomocnikiem Mariana W. w sprawie karnej przeciwko Nicole Suszek, siostrze zaginionego założyciela Bitbay.
Już we wrześniu 2026 roku, po aresztowaniach w śledztwie dotyczącym Zondacrypto, zgłosił się też do obrony Jaromiry W. (była żona "Mańka"), Anny P. (prezeska bazy paliwowej, na której Suszek widziany był po raz ostatni), a także Romana Ż., byłego wspólnika zaginionego Suszka. Prokuratura przesłuchała jednak mec. Gazdę jako świadka, pozbawiając go tym samym możliwości obrony całej trójki. Adwokat jest jednocześnie podejrzanym w zupełnie innym śledztwie, dotyczącym zorganizowanej grupy przestępczej i handlu narkotykami: usłyszał zarzuty poplecznictwa i pomocy w praniu pieniędzy. W Częstochowie pozostaje zaś obrońcą Marcina W.
Inni podejrzani
A co z Wołodymyrem Ł.?
Drugiego z oskarżonych w sprawie porwania częstochowskiego biznesmena, odnaleźliśmy w śledztwie Prokuratury Regionalnej w Katowicach dotyczącym oszustw w handlu paliwami i wyłudzenia 297 milionów złotych nienależnego zwrotu podatku VAT. W ocenie śledczych kierowane przez niego spółki brały udział w międzynarodowym procederze zorganizowanym i kierowanym przez Mariana W. i miały wystawić nawet tysiące fikcyjnych faktur. Sprawę będzie rozpoznawał Sąd Okręgowy w Katowicach.
Wołodymyr Ł. nie odpowie jednak za żadne z przestępstw, które zarzucała mu prokuratura. W 2019 roku odebrał sobie życie.
Tożsamości dwóch mężczyzn, którzy dosiedli się do Porsche i bili porwanego, nigdy nie ustalono. Wątek ten wyłączono do osobnego postępowania, które wkrótce zostało jednak umorzone z uwagi na "brak możliwości wykrywczych".
Przez blisko dekadę nie udało się też odnaleźć hali z metalową szafą, w której przetrzymywano porwanego.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.