Pełczyńska-Nałęcz dla WP: "Odwagi, panie premierze. To nie są czasy ciepłej wody w kranie"
- – Ten rząd ma przemocową kulturę zarządzania – podsumowuje styl zarządzania Donalda Tuska ustępująca minister funduszy i dotychczasowa liderka Polski 2050. Oskarża też całą koalicję o to, że straciła "kompas etyczny".
- Odpiera zarzuty, że sama miała, nawet wśród części swoich współpracowników, opinię osoby o autorytarnym stylu zarządzania. – Rządzenie to nie jest towarzystwo wzajemnej adoracji – mówi.
- W rozmowie Pełczyńska-Nałęcz mówi, jak była traktowana przez koalicjantów, gdy otwarcie podnosiła pewne kwestie. – Przy sporze o "Kredyt 0 proc." premier groził mi odwołaniem, słyszałam, że zaraz mnie zaorają albo że mam się odpieprzyć. To samo przy społecznym budownictwie – mówi.
- – Każdy, kto nie chce się podporządkować mainstreamowi KO, "Silnych Razem", Donalda Tuska, Romana Giertycha i tych wszystkich osób, staje się kłótnikiem, jest w mediach niszczony, a w rządzie jest bardzo ordynarnie i przemocowo traktowany – dopowiada Jan Szyszko.
- Na pytanie, czy planuje współpracę z Rozwojem Plus Mateusza Morawieckiego lub Partią Razem Pełczyńska-Nałęcz odpowiada: "Rozmawiam, z kim chcę, i dalej będę rozmawiać, z kim uważam za stosowne".
- Zdaniem Pełczyńskiej-Nałęcz trzeci rok rządzenia "brutalnie zweryfikował" Koalicję 15 Października. – Dotyczy to odnowienia Trybunału Konstytucyjnego, które jest robione rękami Macieja Berka, najbliższego współpracownika premiera. Dotyczy to afery szpitalnej, która jest dowodem na kolesiostwo. Do tego finanse publiczne są w takiej sytuacji, że mamy rekordowy deficyt, który nie ma żadnej rozsądnej trajektorii obniżenia.
- O samym Maciej Berku Pełczyńska-Nałęcz mówi, że jest to "polityk o ogromnych kompetencjach, ale faktem jest, że nie spełnia formalnych kryteriów". – I wszyscy sobie z tego świetnie zdają sprawę – dodaje.
Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze Wirtualnej Polski: Odchodzą państwo razem z resortu. Skąd taka nietypowa formuła rzucenia papierami?
DLA CIEBIE
Fiat na targach - przegląd modeli i nowości
DLA CIEBIE
Minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz: Pan wiceminister już odszedł. Kancelaria Premiera w pół godziny podpisała mu wniosek. Ja jeszcze odchodzę. Pracowaliśmy tu przez trzy lata na cztery ręce. Teraz możemy już nie owijać w bawełnę: to ministerstwo, które naprawdę próbowano zadusić, także zabierając współpracowników. Nie ma drugiego takiego ministerstwa, które przez miesiące pracowało tylko z dwoma wiceministrami.
Państwa decyzja dla wielu okazała się jednak zaskakująca. Nawet politycy Polski 2050, w tym Szymon Hołownia, twierdzą, że o decyzji dowiedzieli się z mediów. W koalicji i od samego premiera Tuska dostała pani kiepskie noty za styl.
Były wiceminister funduszy Jan Szyszko: Gdy patrzę na komentarze w mediach społecznościowych, nie mam absolutnie wrażenia złych not za styl, wręcz przeciwnie. Dlatego mnie to zaskoczenie bardzo dziwi. Przewodnicząca wielokrotnie informowała, że dwukadencyjność jest sprawą graniczną i etosową, a zarząd partii dwukrotnie podejmował zobowiązanie, że klub zagłosuje przeciwko ustawie PSL-owskiej. W dniu głosowania przewodnicząca powiedziała na zarządzie wprost, że to sprawa graniczna i fundamentalna, że oczekuje uszanowania zobowiązania zarządu, a jeśli go nie będzie, to nie będzie do tego dawać twarzy. Szymon Hołownia odpisał – pytając, trochę w kpiącym stylu – czy aby na pewno jest gotowa oddać stołek za wartości. No to jest odpowiedź.
Ale to znaczy, że pani minister przegrała raczej wewnętrznie w partii, a nie w rządzie.
Pełczyńska-Nałęcz: Powiedziałam, że idę do polityki po to, żeby robić konkretne rzeczy zgodnie z wartościami, które reprezentuję i które publicznie zadeklarowałam jako te, które mnie prowadzą. Uważam, że tak to powinno wyglądać. Każdy z rządu prędzej czy później odchodzi, to normalna kolej rzeczy. Tylko jedni odchodzą, połamawszy wszystkie zasady, wartości i zobowiązania, a drudzy, tak jak ja. I mogę powiedzieć: "zrobiliśmy kawał roboty dla Polski". Ale gdy uznajemy, że tej roboty już dla nas nie ma, jest natomiast firmowanie rzeczy, z którymi absolutnie się nie zgadzam i które uważam za złe dla Polski, to odchodzimy. To nie jest wyłącznie decyzja Polski 2050. Przede wszystkim Koalicja 15 października wczoraj przegrała, próbując przepchnąć wbrew ludziom politykierski projekt dotyczący dwukadencyjności, kierowany wyłącznie politykierskimi celami.
A jednak zdania w koalicji są podzielone co do tego, czy to projekt wbrew ludziom.
Pełczyńska-Nałęcz: Ale zdania wśród zwykłych ludzi są już mało podzielone. Są badania Fundacji na rzecz Rozwoju Demokracji Lokalnej, które to potwierdzają. Naprawdę, uwielbiam te wywody, że trzeba dać ludziom wolność głosowania i znieść limit kadencji, kiedy 75 proc. ludzi mówi: "dajcie nam wolność od układu".
Pani wpis na X informujący o rezygnacji jest średnio zrozumiały, bo tak naprawdę osiąga pani swój cel – ustawa o zniesieniu limitu dwukadencyjności upadła. A pani mówi: "w związku z tym odchodzę".
Szyszko: No nie, moment! Ten cel został osiągnięty pomimo zachowania koalicji. Każdy klub parlamentarny wchodzący w skład tej koalicji zagłosował za tym, żeby znieść demokratyczne ograniczenie w postaci limitu kadencji.
Pełczyńska-Nałęcz: A to bardzo złe rozwiązanie, ewidentnie służące temu, żeby ograniczyć sobie konkurencję na listach do Sejmu i utrzymać układy tam, gdzie one są. Przepycha się je przez parlament wbrew zdecydowanej woli ludzi, którzy z jakichś powodów nie chcą znoszenia dwukadencyjności. Ludzie mają poczucie, że jest establishment, który zamiast kierować się ich interesem, coraz bardziej przyspawuje się do różnych układów i stołków. Naprawdę coś takiego się dzieje, a mimo to koalicja, w tym część posłów Polski 2050, to przepycha. Nie mówmy więc, że blokuje to opozycja.
Rozumiemy jednak, że przy dwukadencyjności się ulało, bo protokół koalicyjnych rozbieżności jest dłuższy…
Pełczyńska-Nałęcz: Krok po kroku wprowadzane są kolejne rzeczy uderzające w nasze wartości. Zaczynając od głosowania i sprawy ministra Berka, przez dwukadencyjność, a kończąc na tym, że ten rząd abdykował z wszelkiej strategii i strategicznego myślenia o rozwoju Polski.
Czy nie jest jednak trochę tak, że skończyła się państwa polityczna moc i stąd ta rezygnacja? Szymon Hołownia wrócił na szefa klubu; w rządzie była pani w konflikcie z innymi ministrami i pani potencjał do działania znacznie się ograniczył.
Szyszko: Ja nie widzę przesadnie żadnej zmiany w kierunku politycznym klubu parlamentarnego. Szymon Hołownia został jego szefem i nic się nie zmieniło. Natomiast to, o czym panowie mówią – jak premier i lider głównej koalicji ustalał zasady jej pracy przez ostatnie miesiące – trudno za to obwiniać panią minister albo kogokolwiek innego. To premier decydował o wykluczaniu przewodniczącej z procesów koalicyjnych. Ale mimo to wszystkie główne reformy rządu z ostatnich miesięcy to pomysły i projekty PL2050. Mamy reformy podatkowe, zmiany w mieszkaniówce, uregulowanie Airbnb. Wszystko to się wydarzyło dzięki podnoszeniu tych spraw przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz.
Mimo to czuła się pani minister wykluczana w rządzie?
Pełczyńska-Nałęcz: Ten rząd ma przemocową kulturę zarządzania.
To może nazwijmy sprawy po imieniu: czuła się pani mobbowana?
Pełczyńska-Nałęcz: Jestem osobą odporną. W Rosji, jako ambasador, miałam przyjemność nie raz mierzyć się czasem z dziesięcioma buldogami rosyjskiej dyplomacji. Ja jedna, kiedy na przykład wzywano mnie do MSZ. Jestem w tym sensie do różnych rzeczy przyzwyczajona, odporna i, jak wiadomo, niestrachliwa. Uważam jednak, że to przemocowa kultura zarządzania, w której merytoryka i realnie zrobione rzeczy są wtórne wobec miałkich, przemocowych zagrywek. Ludzie to widzą, wystarczy poczytać komentarze… Ja się nie chcę w takie przepychanki wdawać.
Czyli premier Tusk był przemocowy?
Pełczyńska-Nałęcz: Premier odpowiada za rząd i sposób zarządzania nim, a to zarządzanie jest przemocowe. Jest też cała ciekawa narracja o mojej tzw. kłótliwości, słyszę, że nawet panowie ją powielają. To niesamowite. Największy projekt, wymagający himalajów dyplomacji, czyli KPO, został zrobiony w tym ministerstwie bez żadnego konfliktu. To prawdziwy dowód zdolności do efektywnej współpracy. Powiem jedną rzecz: problemem tego rządu jest ciepła woda w kranie. Gdy przychodzi ktoś z gorącą, jasną, strategiczną wizją tego, co trzeba zmienić, odpowiedzią jest cynizm, przemoc i podgryzanie.
Pani mówi, że ulegamy jakiejś narracji. Natomiast gdy rozmawia się z ludźmi z Polski 2050, to od nich też słychać, że pani ma, nazwijmy to, "tendencje autorytarne".
Szyszko: Przypominam sobie jedną sytuację z życia naszej partii, która chyba najlepiej to podważa. Dwa lata temu, przy składce zdrowotnej, mój osobisty pogląd i pani przewodniczącej były zdecydowanie przeciwne, natomiast większość partii zagłosowała w drugim kierunku. Później pani minister komunikowała lojalnie i zgodnie z linią partii stanowisko w tej sprawie. Jeśli ktoś próbuje dokleić łatki i emblematy komuś, kto jest sprawczy i chce iść stanowczo jakąś drogą, to zawsze można to zrobić.
Pełczyńska-Nałęcz: Rządzenie to nie jest towarzystwo wzajemnej adoracji i układ, a niestety ku temu to ciąży. To układ typu: "my się tu wszyscy ze wszystkimi zgodzimy, cichutko dogadajmy się za plecami ludzi". A gdy ktoś wychodzi i zaczyna mówić poważnie i odważnie o dużych strategicznych problemach, wymusza, żeby zacząć je rozwiązywać, to łatwiej powiedzieć, że jest kłótnikiem, niż przyznać, że samemu jest się ciepłą wodą w kranie i totalnie nijakim.
Problem polega na tym, że zdaniem koalicjantów zachowywała się pani jak wewnętrzna opozycja. Gdyby zrobić szybką sondę wśród koalicjantów, to praktycznie 95 proc. rozmówców mówi to samo – że może dobijała się pani o słuszne rzeczy, ale w taki sposób, że dzisiaj nikt specjalnie za panią tęsknić nie będzie.
Pełczyńska-Nałęcz: W koalicji oczekiwano, że ja się tych rzeczy nie będę domagać i że nigdy nie zostaną zmienione. Przy sporze o "Kredyt 0 proc." Premier groził mi odwołaniem, słyszałam, że zaraz mnie zaorają albo że mam się odpieprzyć. To samo przy społecznym budownictwie.
Część tych postulatów to także postulaty innych partii. Nie jest tak, że mówiła o nich tylko pani, mówiła też np. Lewica.
Pełczyńska-Nałęcz: Lewica mówiła o społecznym budownictwie i próbowała równocześnie podważyć SIM-y.
Które podlegają pani i dają możliwość przydzielania funkcji waszym działaczom.
Szyszko: Lewica jest partią, która broniła dopłat do kredytów mieszkaniowych w momencie, w którym ja osobiście siedziałem na komitetach rządowych i próbowałem je zablokować. Robiła to wspólnie z PSL-em, reprezentowanym przez Jacka Tomczaka.
Co dalej? Bo na razie wysłała pani komunikat: "odchodzę z rządu, odchodzę z partii".
Pełczyńska-Nałęcz: Powiedziałam, że odchodzę z przewodnictwa.
Czyli w Polsce 2050 pani zostaje?
Pełczyńska-Nałęcz: Na ten moment nie podjęłam decyzji. Nie mam też wyznaczonego planu od dzisiaj do końca życia. Moją podstawową zasadą było: "idę do polityki po coś, idę z jakimiś wartościami". Pewne rzeczy robię, nawet jeśli jest to niezwykle trudne i wbrew establishmentowi. A jeśli się coś robi wbrew establishmentowi, to cały ten establishment nagle zaczyna wyć, że należy siedzieć cicho. To jakaś choroba naszej polityki.
Jako ministrowie mieli państwo dużo większe możliwości działania.
Szyszko: Przed nami jest szereg spotkań, przede wszystkim wewnętrznych w partii. W tej chwili wszyscy muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy interesuje ich droga walki o wartości, na które umawialiśmy się w 2023 r., walka o odpowiedzialny budżet, rozwój lokalny, o mądre inwestycje, o nową jakość w polityce, czy interesują ich po prostu stołki.
Strasznie to wszystko górnolotne. A żeby zmieniać rzeczywistość, potrzebne są instrumenty, których państwo na własne życzenie się pozbawia.
Pełczyńska-Nałęcz: A co jest złego w górnolotności? Polityka powinna być górnolotna.
A potem przyjdzie do konstruowania list na przyszłoroczne wybory i zostaniecie na marginesie.
Pełczyńska-Nałęcz: Nie chodzi o to, by dostać się za wszelką cenę na listy i znowu być w Sejmie zupełnie po nic. Takich ludzi jest na pęczki i nie ma z tego najmniejszego pożytku.
Państwo nie jesteście już w rządzie, ale czy jesteście jeszcze w koalicji rządowej?
Pełczyńska-Nałęcz: Nie.
Dlaczego?
Pełczyńska-Nałęcz: Dlatego że ta koalicja straciła kompas etyczny. Potrafię być sprawcza i skuteczna. Z tymi zabawkami, które miałam, zrobiliśmy najpoważniejsze reformy. Poza tymi z KPO, niektórych nie dało się zrobić inaczej niż na siłę, bo ideologia ciepłej wody w kranie tę koalicję po prostu zabija. To ideologia podporządkowania wszystkiego układowi, tak żeby było, jak było. Uważam, że za moment zabije to Polskę.
Skoro nie jesteście w koalicji, czy to znaczy, że będziecie nakłaniać innych, żeby z niej wyszli?
Pełczyńska-Nałęcz: Co będziemy robić – zdecydujemy i powiemy. Na pewno dotrzymuję słowa wobec ludzi. Uważam, że to bardzo ważne, żeby ludzie czuli, że klasa polityczna to nie banda cyników, przybitych gwoździami do stołków. Jeśli powiedziałam ludziom, że przyszłam, żeby robić te rzeczy, a nie będę firmować takich i takich, to tych rzeczy nie będę firmować. Szliśmy jako nowa polityka.
Szyszko: W zwycięstwie Koalicji 15 Października chodziło o nowe państwo, nową klasę polityczną i nową jakość sprofesjonalizowanego rządzenia. To okazały się obszary, w których ta koalicja wybitnie zawiodła. Cały trzeci rok kadencji koalicji brutalnie ją zweryfikował, wielokrotnie. Dotyczy to odnowienia Trybunału Konstytucyjnego, które jest robione rękami Macieja Berka, najbliższego współpracownika premiera. Dotyczy to afery szpitalnej, która jest dowodem na kolesiostwo. Do tego finanse publiczne są w takiej sytuacji, że mamy rekordowy deficyt, który nie ma żadnej rozsądnej trajektorii obniżenia.
Nie ma państwa w rządzie, nie ma państwa w koalicji. Będziecie w ogóle w polityce?
Pełczyńska-Nałęcz: Decyzję podejmę i wtedy będę o nich mówić. Na pewno to, co obiecałam, traktuję bardzo poważnie. Prowadziłam kampanię w 2023 r. i uważam, że nasze kampanijne zobowiązania są aktualne, tak jak te z umowy koalicyjnej. Mieliśmy zrobić duże reformy strukturalne, nie "naprawki". Tymczasem, gdy podnoszę bardzo potrzebną rozmowę o polskim systemie emerytalnym, gdy eksperci mówią, że nasz system jest prawdopodobnie jednym z najgorszych systemów emerytalnych w Europie i jedzie na ścianę w tempie TGV, to moi kochani współkoalicjanci mówią: "wszystko nieprawda, uśmiechnijmy się, jest wspaniale, pani minister jest jakaś odklejona i banialuki opowiada". To skrajnie niepoważne. Na koniec muszę mieć bardzo przykre wrażenie, że ludzie słyszą prawdę częściej od Konfederacji niż od koalicji.
Dopuszczacie scenariusz założenia stowarzyszenia, a może w perspektywie – partii?
Szyszko: Mamy przed sobą wybory, w których realnie istnieje zagrożenie, że do władzy dorwie się jawnie prorosyjska partia, blisko związana z ośrodkami decyzyjnymi na Kremlu, czyli środowisko wokół Grzegorza Brauna. Jeśli nie będzie moralnie autentycznej przeciwwagi, która zaoferuje zakotwiczenie Polski na Zachodzie, a będzie też autentycznie mówić o wyzwaniach budżetowych, które przed nami stoją, to ryzykujemy, że tacy ludzie jak Braun dojdą do władzy w przyszłym roku.
Brzmi to trochę jak akt założycielski nowej formacji.
Pełczyńska-Nałęcz: Ja dziś mam wolność, może na dłuższą chwilę. W życiu robiłam już różne rzeczy, gdy słyszę, że jestem kłótnicą, to przypominam: jako ambasador nie miałam ani jednej sytuacji dyplomatycznego omsknięcia, nawet o milimetr, które wywołałoby więcej napięcia w stosunkach polsko-rosyjskich. Potrafię więc, tam, gdzie trzeba, stosować potrzebną dyplomację. Natomiast tam, gdzie chodzi o walkę o sprawy ludzi, robiłam to, robię i będę to robić zawsze bardzo wyraziście. Czy ktoś kiedyś powiedział, że mężczyzna w polityce, który ostro nadaje w imię priorytetów, jest kłótnikiem?
Szyszko: Nie, bo mężczyźni są ambitni i waleczni, a kobiety są kłótliwe.
A może nie ma co demonizować tej kwestii? W odniesieniu do mężczyzn też są używane takie określenia, począwszy od tego, że był książę Henryk Kłótnik.
Pełczyńska-Nałęcz: Ale to było dawno, kiedy nikt się jeszcze nie przejmował seksizmem. Teraz powinniśmy zacząć, bo to niebywałe, jak takie rzeczy się niosą i powielają. Ja byłam za to punktowana, a gdy oglądam transmisję z Sejmu, to widzę jakiś jeden żenujący jazgot – od szczekania po opluwanie. I to jest spoko. A jak ktoś wychodzi i mówi, że nie ma zgody na niesprawiedliwe podatki, to nagle się okazuje, że to kłótnica.
Szyszko: Problem tego rządu polega na tym, że to był rząd koalicyjny, który bardzo szybko stał się rządem Koalicji Obywatelskiej. Każdy, kto nie chce się podporządkować mainstreamowi KO, "Silnych Razem", Donalda Tuska, Romana Giertycha i tych wszystkich osób, staje się kłótnikiem, jest w mediach niszczony, a w rządzie jest bardzo ordynarnie i przemocowo traktowany.
To, czego brakuje na polskiej scenie politycznej? Jakiej formacji?
Pełczyńska-Nałęcz: Brakuje formacji, która ma odwagę powiedzieć: "mam w czterech literach obozy polityczne z klucza sekciarskiego i czerwone flagi, jak w polowaniach na wilki, rozwieszone przez dwóch największych polaryzatorów polskiej sceny politycznej". Tych, których logika polega na tym, że jak oni są czarni, to my biali, a jak oni są biali, to my czarni. Dziś sprawy się nie liczą, liczy się przynależność do sekty. Politykom dużo wygodniej jest opluwać się i szczekać w Sejmie, niż usiąść, przeprowadzić trudne zmiany i jeszcze dać ludziom gorzką prawdę o bardzo trudnym świecie.
Czy rozmawia pani z Morawieckim?
Pełczyńska-Nałęcz: Rozmawiać jestem gotowa z każdym – poza Braunem.
Ale nie pytamy o gotowość, tylko o fakt lub jego zaprzeczenie. Rozmawia pani politycznie – bezpośrednio lub przez emisariuszy – z Morawieckim lub jego ludźmi o możliwej współpracy?
Pełczyńska-Nałęcz: Rozmawiam, z kim chcę, i dalej będę rozmawiać, z kim uważam za stosowne rozmawiać.
I czy wśród nich jest Morawiecki?
Pełczyńska-Nałęcz: Nie powiem, bo zaraz panowie zapytają, czy rozmawiam też z Razem, bo przerobiłam już kilka takich wywiadów.
Może pani rozwiać te wątpliwości.
Pełczyńska-Nałęcz: Nie ma czego rozwiewać i z niczego nie będę się tłumaczyć. Prawda jest taka, że w Sejmie wszyscy ze wszystkimi rozmawiają. PSL z Morawieckim nie rozmawiał o dwukadencyjności? Rozmawiał, aż się kurzyło. Natomiast rozmawiałam i będę rozmawiać, z kim uznam za stosowne. Jak będę miała coś ciekawego do powiedzenia, to powiem.
Co innego rozmawiać o sprawach, a co innego o budowaniu czegoś.
Szyszko: Ale to naturalne, że gdy politycy różnych partii się spotykają, rozmawiają też o sprawach politycznych.
Pełczyńska-Nałęcz: Odrzucam politykę dwóch sekciarskich obozów, gdzie ludzi po prostu zapędza się za kolczaste druty i każdy, kto wychyli nos, jest karany. To jest ten mechanizm. Sprawy przestają się liczyć, prawda przestaje się liczyć. Proszę spojrzeć, co się dzieje z Trybunałem Konstytucyjnym; to bardzo dobry przykład. Na początku ciut zgrzeszyła Platforma, potem gigantycznie zgrzeszył PiS, następnie zgrzeszył Nawrocki, bo zawetował ustawę, która odpolityczniała TK. Potem Platforma zgrzeszyła dwojako: po pierwsze, grzech wobec wartości, bo obiecywała odpolitycznienie, a potem do TK trafia polityk wprost z rządu. Jest to polityk o ogromnych kompetencjach, ale faktem jest, że nie spełnia formalnych kryteriów. I wszyscy sobie z tego świetnie zdają sprawę. Na końcu każdy rozumie, że jedynym rozwiązaniem jest reset; tak piszą i Fundacja Batorego, czyli centrolewica, i Klub Jagielloński, czyli centroprawica.
W tej rozmowie problemów z Trybunałem raczej nie rozwikłamy. Jakie jest najważniejsze zadanie dla państwa następców w tym resorcie?
Szyszko: Wieloletni budżet UE na następną perspektywę, czyli Plan Partnerstwa Krajowego i Regionalnego (PPKiR) na lata 2028–2034. Najważniejsze to przygotowanie PPKiR-u i obronienie wysokich wydatków na rozwój i spójność z polskiej koperty.
Może więc nie jest to najlepszy moment na taką spektakularną dymisję?
Pełczyńska-Nałęcz: Nie. Głównym projektem dla nas był KPO i w ostatnich dniach on został zakończony.
Szyszko: Teraz zaczyna się nowy projekt i ma on kilka wymiarów. Pierwszy to wynegocjowanie na szczeblu unijnym dobrych warunków wydawania środków na spójność. Drugi to, żeby jak największa część polskiej koperty szła właśnie na spójność. Trzecia rzecz to zaangażowanie i nauczenie tego ministerstwa obsługi, negocjowania i zarządzania instrumentami sterowanymi centralnie, na czele z Europejskim Funduszem Konkurencyjności, który jest nowym elementem unijnej infrastruktury funduszowej, a w tym momencie jest bez opiekuna w rządzie. To też element politycznego dojeżdżania nas w ostatnich miesiącach, ponieważ to ministerstwo od miesięcy było gotowe go przejąć, a ta decyzja była blokowana na najwyższych szczeblach politycznych.
Pełczyńska-Nałęcz: I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz o PPKR: to ostatnie tak wielkie pieniądze inwestycyjne, które dostajemy jako członek Unii Europejskiej, bo my się bogacimy i Unia też. Te inwestycje powinny zostać zrobione planowo, strategicznie i z ogromnym sensem. A tymczasem co się dzieje? Jedną pochopną, politykierską decyzją premiera Tuska wysadzana jest w kosmos w pełni gotowa strategia rozwoju kraju do 2035 r. Przecież to był priorytet rządu, który wynegocjowany i skonsultowany doszedł na Radę Ministrów. Potem pada jedno słowo premiera, bez żadnego uzasadnienia, tylko "nie, bo nie, bo PiS nas skrytykuje". I strategii nie ma. A teraz jest chaos, przeciąganie między ministerstwami, resortowa wojenka, każdy ciągnie w swoją stronę.
Czy to nie jest też chaos, który pani po sobie zostawia?
Pełczyńska-Nałęcz: Bardzo nie fair pytanie. Nie ma innej osoby niż pan premier, która może zdecydować o przyjęciu lub nieprzyjęciu uchwały Rady Ministrów.
Szyszko: Jestem w stanie się z państwem założyć, że ta strategia – w kosmetycznie zmienionej formie – wejdzie w życie w przyszłości.
Co chce pani powiedzieć premierowi Tuskowi na odchodne?
Pełczyńska-Nałęcz: Odwagi, panie premierze. To nie są czasy ciepłej wody w kranie. Niech przestanie się pan bać wrzątku, bo to są czasy, w których albo gorącą wodą zrobi się to, czego Polsce dziś potrzeba, albo wystawią nam rachunek w przyszłości.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.