Tragedia w Nepalu. Poruszające relacje ocalałych
Ratownicy brną po pas w mule naniesionym przez wodę, by wydobyć tych, którzy ocaleli z powodzi. Wiele miejscowości jest odciętych od świata: fala powodziowa zerwała mosty i zniszczyła drogi. Śmigłowce nie mają gdzie lądować: wszystko w okolicy pokryte jest grubą warstwą błota.
Ci, którzy ocaleli, opowiadają o wstrząsających wydarzeniach, które rozgrywały się na ich oczach.
- Członkowie mojej rodziny zostali porwani przez wodę na moich oczach - mówiła w rozmowie z BBC Kalpana Malla z nepalskiego dystryktu Nuwakot. Opowiadała, że nurt porwał jej ojca, matkę, siostrę oraz dzieci siostry. - Nie mieli szans na ucieczkę przed powodzią. Nie było żadnych szans. Woda zabrała wszystko. Ja i mój syn wdrapaliśmy się na dach domu i przeżyliśmy, choć nie potrafię wyjaśnić jak - relacjonowała.
"Moja żona wciąż gdzieś tam leży pod błotem"
- To nie była woda. To był ogromny strumień błota pędzący prosto na nas. W miarę jak się zbliżał, podnosił się coraz wyżej - opowiadał dziennikarzowi agencji Reutera 68-letni Keshav Prasad Baral, który trafił do szpitala w Bidur, do którego biorąca udział w akcji ratunkowej nepalska armia przywozi osoby uratowane z dystryktu Rasuwi.
- Próbowałem chwycić żonę za rękę i zaprowadzić ją na taras. Ale porwała ją fala błota. Mi jakoś udało się dotrzeć na taras. Nie było gdzie się podziać, nie było gdzie uciec... - relacjonował.
Z jego opowieści wynika, że cztery lub pięć godzin później przyleciał helikopter, by go uratować. Nie udało się jednak odnaleźć jego żony. - Moja żona wciąż gdzieś tam leży pod błotem. Nie żyje - dodał.
Osady zmiecione z powierzchni ziemi
Nepalska telewizja pokazuje zawalone domy, unoszące się na wodzie samochody oraz metalowy most zmywany przez wodę. Świadkowie relacjonowali agencji Reutera, że wody powodziowe zalały całe wioski.
- Gdziekolwiek spojrzymy, widać zniszczenia - powiedział agencji Reutera Tula Bahadur, pracownik służby zdrowia z dystryktu Rasuwa. - Osady położone nad rzeką zostały całkowicie zmiecione. Pięciu moich krewnych zaginęło - dodał.
"Gdyby nie było tego drzewa mango - zginąlbym"
Nepalski robotnik Bibek Kumal kopał dół na toaletę przed nowo wybudowanym domem, gdy z hukiem runęla w dół ściana wody, błota i kamieni, porywając go i wszystko w pobliżu. Jego czterej współpracownicy, stojący nad dołem o głębokości około 1,5 metra, krzyczeli do niego, żeby jak najszybciej z niego wyszedł i uciekał. Zanim zdołał się wydostać z dołu, jego współpracownicy już uciekli.
- Zacząłem biec. Wtedy z hukiem nadciągnęła ściana wody, jakby to było trzęsienie ziemi - opowiadał Kumal, leżąc w łóżku w Narodowym Centrum Urazowym w Katmandu. - Potok porwał mnie w dół rzeki, wśród błota i gruzu, ale na szczęście utknąłem na drzewie mango - powiedział.
- Gdyby nie było tego drzewa mango, zostałbym porwany przez wodę i zginąłbym - dodał.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.