O "argumentach" na rzecz zachowania nierównego wieku emerytalnego [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Dlaczego napisałem ten artykuł? By raz na zawsze rozprawić się z "argumentami" na rzecz utrzymania w Polsce nierównego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (przypomnę - jesteśmy jedynym państwem UE, w którym on obowiązuje!). A po co? Nie żeby kogoś przekonać, bo nie jestem aż tak naiwny, żeby wierzyć, iż kogoś zaślepionego nienawiścią do płci przeciwnej, mizandrią lub mizoginią, i odpornego na wiedzę, przekonać faktami. Ale po to, żeby w następnych latach nie musieć w dyskusjach po raz kolejny tłumaczyć oczywistych rzeczy, lecz po prostu odesłać do lektury tego tekstu. Do roboty zatem.
Zwolennicy (a mówiąc bardziej precyzyjnie: zwolenniczki) zachowania emerytalnej nierówności płciowej w Polsce używają zazwyczaj dwóch argumentów. Po pierwsze, że nabywanie przez kobiety prawa do wcześniejszego zakończenia pracy wynika z faktu rodzenia przez nie dzieci, a po drugie, że de facto pracują na dwa etaty, bo wykonują większość obowiązków domowych.
Zacznijmy zatem od pierwszego "argumentu", bo jest łatwiejszy do obalenia. Prawo do przejścia na emeryturę ma każda kobieta, ale nie każda rodzi dzieci. To banalna prawda. Część nie posiada progenitury, bo tego zwyczajnie nie chce, część ze względów biologicznych jest pozbawiona tej możliwości, a część, bo nie znalazł się odpowiedni partner. Zatem tylko pewna liczba kobiet rzeczywiście ma dzieci, podczas gdy przywilej do wcześniejszej niż w przypadku mężczyzn emerytury ma każda z nich.
Czy jasne już jest, że "argument" o rodzeniu dzieci nie może być poważnie traktowany? To tak, jakby przyznać prawo do przejścia na emeryturę po przepracowaniu zaledwie 20 lat każdemu mężczyźnie, bo część z nas pracuje w zawodach, które to umożliwiają (na przykład w policji czy w wojsku). Każdy rozsądny człowiek wykrzyknąłby wówczas, słusznie zresztą, że to niesprawiedliwe. Uprzywilejowania kobiet dzięki takiemu "myśleniu" prawie nikt nie zauważa.
Już więcej sensu miałoby wprowadzenie w życie propozycji Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która sugerowała, że wcześniejsze przejście na emeryturę dotyczyłoby tylko kobiet rzeczywiście posiadających potomstwo. Ale ta propozycja wywołała takie oburzenie, że nie ma szansy na realizację, więc nie będę się zajmował jej silnymi i słabymi (bo takie też widzę) stronami.
Drugi "argument" dotyczy wykonywania przez większość kobiet dodatkowej pracy domowej. Tu przynajmniej mamy do czynienia z ziarnkiem prawdy, bo statystyki pokazują, że w większości gospodarstw domowych rzeczywiście ciężar wykonywania obowiązków związanych z zakupami, sprzątaniem, opieką nad dziećmi i starszymi spoczywa na barkach pań.
Tu jednak dwie uwagi krytyczne wobec wykorzystywania tego faktu jako argumentu za emerytalną nierównością płciową. Pierwsza jest analogiczna do przedstawionej powyżej – nawet jeśli prawdą jest, że w większości gospodarstw domowych to kobieta jest główną osobą obarczoną sprzątaniem, gotowaniem czy opieką nad bliskimi (a jest to fakt), to przecież nie dotyczy to wszystkich rodzin.
Są w Polsce miliony domostw, w których obowiązki są rozłożone po równo między małżonków/partnerów; są takie, w których to mężczyzna opiekuje się domem bardziej niż kobieta; są wreszcie i gospodarstwa jednoosobowe, w których całość obowiązków spada na mężczyznę. Być może w rodzinach większości "dyskutantek" internetowych oraz najgłośniejszych feministek panują patriarchalne zwyczaje i całość pracy domowej spada na nie (podczas gdy ich partnerzy leżą na kanapie, piją piwo i gapią się w telewizor). Ale te panie muszą przyjąć do wiadomości, że w milionach polskich gospodarstw sytuacja wygląda zgoła inaczej, a nawet wprost przeciwnie.
Nie można zatem obdarzać przywilejem wcześniejszej emerytury wszystkich kobiet, bo znajdują się wśród nich te, które latami nie ruszyły w domu palcem w bucie, a z drugiej strony miliony mężczyzn (wdowców, kawalerów, fajnych gości, którzy na równi ze swoimi partnerkami dbają o dom i opiekują się dziećmi/rodzicami) muszą tyrać do 65. roku życia. Taka odpowiedzialność zbiorowa jest po prostu jawnie niesprawiedliwa.
Druga uwaga niby marginalna, ale jednak istotna. Tak, badania pokazują, że w większości polskich rodzin więcej pracy domowej wykonują kobiety, ale za to mężczyźni więcej pracują. Nie chodzi o te dodatkowe pięć lat, w czasie których murarz, spawacz, budowlaniec, kierowca czy hutnik muszą nadal wstawać codziennie do roboty, podczas gdy pani urzędniczka lub menedżerka mogą spokojnie czerpać radość z przebywania na emeryturze. Chodzi o fakt, że podczas całej aktywności zawodowej faceci spędzają w pracy o kilka godzin tygodniowo więcej niż ich żony i partnerki (zainteresowanych szczegółami i danymi odsyłam do świetnej książki M. Gulczyńskiego "Mężczyźni. O nierówności płci", str. 152).
Zastanowią się Państwo zatem, czy woleliby nieco więcej czasu spędzać w domu, dbając o niego i opiekując się najbliższymi, czy też dłużej pozostawać w pracy? Prawda, że to wybór niełatwy i bardzo osobisty? Część z nas wybrałaby pierwsze, część drugie. Ale z punktu widzenia mojej argumentacji ważne jest coś innego: to, że faceci statystycznie mniej pracują w domu jest faktem, ale nie oznacza, że zaoszczędzony czas marnotrawią na piciu piwa i wędkowaniu - zazwyczaj spędzają go w pracy, zarabiając na siebie i rodzinę.
Na koniec uwaga, która jest z mojej strony lekką złośliwością i kpiną wobec zwolenniczek utrzymania obecnego stanu rzeczy w inkryminowanej materii – nie należy traktować jej jako równoprawnej do opisanych powyżej. Otóż, jako się rzekło, Polska jest jedynym państwem UE, w którym obowiązuje nierówny wiek emerytalny kobiet i mężczyzn. Jedynym. W Europie, poza Unią, podobne do naszego prawo mają tylko Białoruś, Mołdawia i…Rosja (fajne towarzystwo, prawda?).
Mam zatem pytanie do osób używających "argumentów", które były przedmiotem mojej krytyki: 400 milionów Europejczyków zwariowało, nie postrzegając tego problemu tak, jak Wy? A może to Wy odjechaliście i posługujecie się rozumowaniem całkowicie nieakceptowalnym we wszystkich krajach UE, a także w Wielkiej Brytanii, Norwegii czy Szwajcarii? Nie niepokoi Was ta sytuacja? Miliony ludzi żyjących na naszym kontynencie (kobiet i mężczyzn) za oczywisty uważają równy wiek emerytalny dla obu płci, a Wy myślicie zupełnie inaczej. Może warto zastosować w Waszym przypadku zasadę obowiązującą na weselach: jeśli wszyscy mówią ci, że jesteś pijany, to nawet jeśli ty tego nie widzisz, idź spać.
I ostatnia już dawka ironii (muszę, bo się uduszę): jestem na 99 proc. pewien, że zwolenniczki utrzymania w Polsce emerytalnej dyskryminacji płciowej przez lata powoływały się w różnych kwestiach (praw społeczności LGBT, rozwiązań socjalnych, parytetów na listach wyborczych i w zarządach przedsiębiorstw, dostępu kobiet do edukacji, prawa do zawierania ślubów przez pary nieheteronormatywne itp.) na prawne rozwiązania zachodnie i unijne obyczaje. To dlaczego teraz, Drogie Panie, tak zajadle walczycie o zachowanie naszej specyfiki, suwerenności i prawa do odrzucenia wartości płynących z Berlina, Paryża, Rzymu, Brukseli i wszystkich unijnych stolic? Nie śmieszy Was ten "nacjonalizm"? Bo mnie bardzo.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.