Każdy uważa, że wygrał wybory w Izraelu. "Bibi" rusza z ofensywą

Niezatapialny - zgodnie mówią o Binjaminie Netanjahu jego zwolennicy i przeciwnicy. Ci pierwsi upatrują w nim jedynego przywódcę zdolnego do przeprowadzenia Izraela przez niewątpliwie jeden z trudniejszych okresów jego krótkiej historii. Ci drudzy - bezwzględnego polityka, który nie cofnie się przed niczym, aby utrzymać władzę. Na razie nic nie wskazuje na to, że to koniec epoki "Bibiego" - jak potocznie nazywany jest szef izraelskiego rządu.
Świętowali wszyscy, ale kto zwyciężył?
Tuż po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów zwycięstwo świętowały obydwa konkurujące ze sobą bloki. Ultraprawicowy - bo wbrew przedwyborczym sondażom uzyskał więcej miejsc w Knesecie niż opozycja. Opozycja przyjęła zaś strategię uznania swego wyniku za czerwoną kartkę Izraelczyków dla Netanjahu. W nocy fajerwerki odpalano zaś m.in. na okupowanym Zachodnim Brzegu. Palestyńczycy w ten sposób świętowali własny sukces. Po raz pierwszy w historii w Knessecie zasiądzie nawet 19 przedstawicieli partii arabskich. To historyczny wynik. W obecnym jest ich 10.
Choć wyniki wyborów świętowali wszyscy, to nikt nie może na razie mówić o zwycięstwie, które doprowadzi do sformowania większościowej koalicji. Po przeliczeniu ponad 85 proc. głosów blok Netanjahu będzie miał 53 miejsca w Knesecie, a opozycja 48. Do samodzielnego rządzenia potrzeba 61.
Komisja liczy głosy, wojsko wysadza w powietrze domy
Kiedy Centralna Komisja Wyborcza wciąż liczyła głosy, oddane także przez 1,2 mln arabskich mieszkańców Izraela, izraelskie wojsko wysadziło w środę w powietrze dom w miejscowości Beita, na południe od Nablusu. Zburzono też kilka innych.
To część zakrojonej na szeroką skalę operacji wojskowej na okupowanym Zachodnim Brzegu. I odpowiedź Netanjahu na piątkowy atak na jeden z punktów kontrolnych w pobliżu Hebronu. Zginęło w nim dwóch izraelskich żołnierzy, a trzech zostało rannych.
Na trzy dni przed wyborami szef rządzącej partii zapowiedział masowe wysiedlenia i burzenie domów. I słowa dotrzymał. Na Zachodnim Brzegu swe domy musiało opuścić co najmniej 3 tys. osób. Takiej odpowiedzi oczekiwał bowiem twardy elektorat Netanjahu.
Klucze do władzy w rękach muzułmanów?
Wejściem do bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie, jednego z najświętszych miejsc chrześcijaństwa zarządzają... muzułmanie. Rodzina Dżudeh od wieków stoi na straży klucza do świątyni. Członkowie klanu Nuseibeh, także muzułmanie, od wieków codziennie obsługują zaś zamek w masywnych świątynnych drzwiach. Bez ich zgody nikt do świątyni nie wejdzie, ani z niej nie wyjdzie poza wyznaczonym czasem.
Po wtorkowych wyborach w Izraelu wydawać się może, że klucz do sformowania większościowego rządu mają w ręku partie arabskie. Netanjahu, który w dniu wyborów straszył Izraelczyków kolejkami do punktów wyborczych w miejscowościach zdominowanych przez ludność arabską, takiej koalicji nie przewiduje. Przed wyborami nic nie wskazywało też na to, że na układ z partiami arabskimi może pójść także opozycja.
Bardzo trudno sobie wyobrazić sytuację, w której były premier Izraela Naftali Bennett, wywodzący się z ruchu osadniczego wejdzie w koalicję z partiami arabskimi. W 2013 roku podczas posiedzenia rządu Bennett miał stwierdzić, że w życiu "zabił wielu Arabów i nie ma z tym problemu". Obecnie Naftali Bennett jest w opozycji do Netanjahu.
Co więcej, postulaty partii arabskich dotyczące Zachodniego Brzegu czy Strefy Gazy stoją w sprzeczności do interesów zarówno Netanjahu jak i lidera opozycji - Gadiego Ajzenkota. Do tych dwóch kwestii, które rozpalają społeczność międzynarodową, kontrkandydaci mają jednak podobny stosunek.
Teraz piłka po stronie prezydenta
Impas to najbardziej prawdopodobny scenariusz w Izraelu. Prezydent Jicchak Herzog misję powołania rządu powierzy temu, kto jego zdaniem ma największe możliwości stworzenia większościowej koalicji. Niekoniecznie - na razie prowadzącemu pod względem liczby miejsc w Knesecie - Likudowi. Taką misję mógłby otrzymać lider opozycji, gdyby porozumiał się z partiami arabskimi.
Scenariuszy z kategorii "myślenia życzeniowego" dopełnia "rząd jedności narodowej" utworzony przez dwa konkurujące bloki. O tym mówią też izraelscy komentatorzy, dodając, że to mało prawdopodobny scenariusz.
Dziennikarka: Obywatele, szykujcie schrony
O ile dojdzie do zmiany władzy w Izraelu, zgodnie z prawem cały proces może potrwać nawet dwa miesiące. Kandydat na premiera będzie miał 42 dni na stworzenie gabinetu. Do tego, wcześniej, Centralna Komisja Wyborcza ma tydzień na opublikowanie oficjalnych danych, a prezydent - kolejny tydzień na wyłonienie kandydata na premiera.
W tym czasie rządzić będzie Binjamin Netajahu. Ten sam, który chciał uderzyć na Iran na dwa przed wyborami.
W izraelskiej stacji telewizyjnej Kanał 9 jedna z dziennikarek komentujących wyniki wyborów tłumaczyła dziś telewidzom, że nadszedł czas, aby zrobili porządki w schronach antyrakietowych. To specjalne pomieszczenie, które powinno być w każdym budynku w Izraelu. Zazwyczaj bez okien i specjalnie wzmocnione. Na wypadek ostrzałów. To tam większość mieszkańców Izraela spędzała noce i dnie podczas irańskich ataków w marcu i kwietniu tego roku.
Z Tel Awiwu dla Interii Tomasz Sajewicz
"Polityczny WF": Nawrocki zablokuje Tuska? Tego w Polsce dawno nie byłoINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.