"Prowokator" sprzed Trybunału. Tu zaprowadziły nas tropy za Robertem S.
W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin z internetu zniknęły niemal wszystkie dostępne tu wcześniej informacje dotyczące Roberta S. Mężczyzna w sobotę został złapany przed Trybunałem Konstytucyjnym przez protestujących po tym, jak miał uderzyć jedną z obecnych tam kobiet. Szybko zauważono, że posiada przy sobie broń. Gdy tłum zaczął go gonić, Robert S. uciekł do policyjnego radiowozu zaparkowanego przy Alei Szucha.
Nagrania pokazujące zatrzymanie i pościg za mężczyzną od soboty należą do najczęściej komentowanych w polskim internecie. Część komentujących twierdzi, że protestujący przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego namierzyli, a następnie zmusili do ucieczki "policyjnego prowokatora". Ich zdaniem mężczyzna widoczny na filmach miał zachowywać się dziwnie, prowokował tłum słownie, a na koniec uderzył pięścią w twarz jednej z kobiet protestujących przed TK.
Policja z kolei potwierdza jedynie, że w sobotę 31 października w tłumie protestującym przed Trybunałem doszło do niebezpiecznego incydentu, po którym zatrzymano 30-letniego mężczyznę.
"Mężczyzna został zatrzymany przez zabezpieczających zgromadzenie policjantów. Jak się okazało, posiadał przy sobie nóż, pistolet gazowy na kulki i odznakę z napisem" security"– przypominającą kształtem policyjną. Funkcjonariusze znaleźli przy nim także narkotyki. Zatrzymany został przewieziony do jednostki Policji. Wykonywane są z nim czynności" – poinformowała jeszcze w sobotę na portalu X Stołeczna Komenda Policji.
Co dalej z zatrzymanym?
Wirtualna Polska próbowała ustalić, co dalej stało się z mężczyzną. Jak przekazał nam oficer prasowy komendanta rejonowego policji Warszawa I asp. Jakub Pacyniak, zatrzymany usłyszał zarzuty karne dotyczące posiadania środków odurzających oraz naruszenia nietykalności cielesnej kobiety, przy czym czyn ten zakwalifikowano jako występek o charakterze chuligańskim.
– Po czynnościach podejrzanego zwolniono z dyspozycji policji. Dodatkowo wobec niego prowadzone są czynności związane z wykroczeniami z art. 52 par. 1 Kodeksu wykroczeń, art. 50A par. 1 Kodeksu wykroczeń oraz art. 61 par. 1 Kodeksu wykroczeń – informuje asp. Pacyniak.
Art. 52 par. 1 Kodeksu wykroczeń dotyczy udziału w zgromadzeniu z niebezpiecznymi przedmiotami. Art. 50A par. 1 Kodeksu wykroczeń brzmi: "Kto w miejscu publicznym posiada nóż, maczetę lub inny podobnie niebezpieczny przedmiot, a okoliczności jego posiadania wskazują na zamiar użycia go w celu popełnienia przestępstwa, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny nieniższej niż 3000 zł".
Z kolei art. 61 par. 1 Kodeksu wykroczeń dotyczy "przywłaszczenia stanowiska, tytułu, stopnia". Ten czyn podlega karze grzywny do 1000 zł albo karze nagany.
Postępowanie w tej sprawie nadzorowane jest przez Prokuraturę Rejonową Warszawa Śródmieście. Prok. Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, przekazał nam, że zatrzymany w sobotę mężczyzna faktycznie posiadał przy sobie środki odurzające.
– Szczegóły jeszcze do mnie nie dotarły, więc nie wiem, czy prokuratura wystąpiła w stosunku do niego o areszt tymczasowy, czy też zastosowała jakieś inne środki wolnościowe, po których został zwolniony – tłumaczy.
Internauci, którzy na własną rękę przeprowadzili śledztwo ws. "prowokatora", są przekonani, że jest nim Robert S. – mężczyzna przedstawiający się jako były żołnierz służb specjalnych. Faktycznie, osoba o takim nazwisku mieszka w Warszawie i jest bliźniaczo wręcz podobna do mężczyzny nagranego w sobotę na filmach pod Trybunałem Konstytucyjnym.
Co ciekawe, w ciągu ostatnich 48 godzin z sieci zniknęła większość stron, na których można było znaleźć informację o Robercie S.
Ktoś skasował jego konto na Instagramie, dwa konta na Facebooku, a także konto w portalu X. Zachowane zrzuty ekranu wskazują na jego zainteresowanie militariami. Przedstawiał się jako ochroniarz VIP-ów, były żołnierz sił specjalnych oraz treser psów policyjnych. W mediach społecznościowych często publikował zdjęcia w umundurowaniu.
W sieci dalej jest natomiast sporo wpisów, które sugerują, że tak naprawdę zajmuje się wyprowadzaniem psów na spacer. Na jednym z kont Robert S. również pozuje ubrany w mundur – widać na nim mężczyznę podczas spacerów z psami jego klientów. To konto nie zostało jeszcze usunięte z sieci.
Emerytowany komandos: to raczej nie był jeden z nas
O tym, że Robert S. raczej nie jest byłym komandosem, a raczej "fascynatem militariów", przekonują też rozmówcy Wirtualnej Polski z firmy W.I.R SOF Med Center w Lublińcu. To byli komandosi polskiego wojska, którzy po odejściu ze służby założyli agencję szkoleniową dla osób chcących zdobyć umiejętności ratownictwa medycznego w warunkach bojowych.
– Mgliście pamiętam tego człowieka. Faktycznie miał on w swoich mediach społecznościowych zdjęcie z nami. Ale my od czasu założenia firmy przeszkoliliśmy już ponad 6 tys. osób – mówi w rozmowie z WP młodszy chorąży rezerwy Krzysztof "Wir" Pluta należący do firmy W.I.R SOF Med Center.
– Temu konkretnemu mężczyźnie szkolenie u nas wykupiła chyba jako prezent narzeczona. Podczas szkolenia nie wypytywaliśmy go o to, czy służył w siłach specjalnych, ale, jako że sami mamy takie doświadczenie życiowe, dało się wyczuć, że nie odbył tej służby. Z tego, co pamiętam, ten człowiek sprawiał wrażenie raczej dobre. Na pewno nie był jakiś niezrównoważony – dodaje były komandos, który przyznaje, że od soboty musiał tłumaczyć się już "znajomością z prowokatorem" ponad setce osób.
– Dzwonią zarówno znajomi, jak i ludzie całkowicie obcy. Wypytują o tego człowieka. Wszystkim odpowiadam to samo, co panu – tłumaczy Krzysztof Pluta.
Były policjant mówi wprost: to nie był prowokator, tylko amator
Czytając wpisy internautów, uderza, że wiele osób zastanawia się, dlaczego mężczyzna goniony przez tłum uciekł akurat do policyjnego radiowozu. To zachowanie nietypowe jak na kogoś, kto (twierdzi tak policja) miał przy sobie nóż, broń i narkotyki. Wiele osób przekonuje, że dziwny jest też fakt, iż już po "zatrzymaniu" Robert S. siedział w policyjnej furgonetce zrelaksowany. Nie był też skuty. W sieci są zdjęcia potwierdzające, że policjanci nie założyli mu kajdanek. Obraz ten tylko wzmacnia teorię o tym, że przegoniony przez protestujących pod TK był prowokatorem.
Nie zgadza się z tym Marcin "Borys" Miksza, były policjant Centralnego Biura Śledczego, znany komentator ds. kryminalnych, a od kilku miesięcy także polityk Konfederacji Korony Polskiej.
– To nie był prowokator. Wiem, że ludzie tak potocznie określają takie osoby, ale ta nazwa jest błędna – mówi Miksza. – Policja zawsze na zgromadzeniach masowych, marszach czy protestach ma "swoich ludzi" w tłumie. To mogą być policjanci po cywilnemu lub cywile, którzy poszli na współpracę z lokalną jednostką. To nie jest nic nowego. Tak się robi od lat i to jest zwyczajna procedura. Tacy ludzie mają być "uszami" i "oczami" policji w tłumie. Przekazują później dowódcy informację o tym, czy ludzie w zgromadzeniu się radykalizują, chcą coś niszczyć, gdzieś pójść, czy rozpocząć szturm. Tyle tylko, że powinni to robić w taki sposób, by nie rzucać się w oczy, nie eskalować i na pewno nie zachęcać do pewnych zachowań.
Zdaniem Marcina Mikszy w sobotę pod Trybunałem Konstytucyjnym tłum przegonił właśnie takiego "agenta".
– Sarkastycznie muszę powiedzieć, że gratuluję dowódcom z Warszawy, że wysłali tam kogoś tak słabego. Ten człowiek zachowywał się nieodpowiedzialnie. Wręcz głupio i szalenie. Poszedł tam w kominiarce, z bronią gazową i nożem? Wszystko jeszcze miał widoczne tak, że natychmiast został zdemaskowany. Na koniec uciekł do radiowozu, czym zdradził nie tylko siebie, ale i swoją misję. To skrajny brak profesjonalizmu. To musiał być chyba ktoś z jakiejś "łapanki". Raczej cywil angażowany do tego zadania na szybko. Ten jego "występ" to olbrzymia wpadka policji – dodaje były oficer CBŚP.
Tak jak napisaliśmy wyżej, Komenda Stołeczna Policji kazała nam wysłać w tej sprawie maila z pytaniami. Odpowiedź jeszcze nie wróciła.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.