Sikorski ma rację: nie powinniśmy pokazywać Rosji, że się boimy [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Polska polityka zagraniczna ma wiele kierunków. Zajmujący się nią w rządzie minister Sikorski aktywny był jednak ostatnio głównie na jednym: wschodnim, a szczególnie rosyjskim. Największe zasięgi osiągnęła aktywność Sikorskiego na konferencji Yalta European Strategy w Kijowie. Szef polskiego MSZ stwierdził tam między innymi, że gdyby Rosja zaatakowała kraje NATO, to te pokonałyby ją dość szybko. A nawet bez wsparcia Stanów Europa ma taką przewagę w powietrzu, że byłaby w stanie unieszkodliwić pozostałą część rosyjskiej infrastruktury naftowej – tę, której nie zneutralizowali jeszcze Ukraińcy.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Rzucił też pomysł zorganizowania ćwiczeń NATO wokół obwodu królewieckiego, najlepiej takich, których skala zmusiłaby Federację Rosyjską do przeniesienia tam części swoich wojsk i wycofania ich z Ukrainy.
Wypowiedzi Sikorskiego do czerwoności rozpaliły propagandystów Kremla i najwyższe rosyjskie czynniki. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow, rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa, wreszcie dyrektor Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaj Petruszew – wszyscy zaatakowali Sikorskiego. Zacharowa w swoim stylu oceniła wypowiedź polskiego ministra jako przejaw "rusofobii mózgu", a Petruszew groził, że jeśli Polska podejmie działania wojskowe przeciw Rosji, to nasz kraj "przestanie istnieć w ciągu dwóch, trzech dni".
Sikorski w poniedziałek na swoim koncie na portalu X powtórzył to, co mówił w Ukrainie o możliwościach lotnictwa NATO, deklarując "nadal tak uważam". Czy polski minister spraw zagranicznych powinien się wdawać w takie retoryczne zapasy z Rosjanami? Czy pomagają one polskiej polityce, czy wręcz przeciwnie, niepotrzebnie prowokują Rosję?
Rosja chce, żebyśmy się bali
Federacja Rosyjska w swojej wiecznej litanii skarg wobec Zachodu nieustannie powtarza, że po zakończeniu zimnej wojny została oszukana, fatalnie potraktowana i że odmawiano jej szacunku, jaki rzekomo się jej należy z racji jej statusu mocarstwa nuklearnego. Problem w tym, że elitom Federacji Rosyjskiej nie chodzi o "szacunek"; chodzi o to, by cały świat się jej bał.
Rosyjskie elity, zwłaszcza obecne, zachowują się jakby chciały, by świat postrzegał Federację Rosyjską jak osiedlowego gangstera, na którego widok wszyscy spuszczają wzrok, chowają się w bramach i ustępują mu miejsca w kolejce do sklepu. W jakimś sensie jest to racjonalne, bo strach przed Rosją pozwala Moskwie odgrywać znacznie większą rolę w globalnej polityce, niż wynikałoby to z jej rzeczywistych potencjałów.
Polska od co najmniej trzystu lat ma wiele dobrych powodów, by bać się Rosji, nie ufać jej deklaracjom przyjaźni i trzymać się od niej jak najdalej. Jednocześnie okazując publicznie strach przed Moskwą, wpisujemy się w cele rosyjskiej polityki. Więc szef polskiego MSZ, przypominający, że NATO, nawet bez Stanów, wcale nie jest bezbronne wobec Rosji, że Europa jest w stanie zadać Federacji Rosyjskiej realny ból, nie postępuje nieracjonalnie.
Sikorski powiedział też niedawno inną ważną rzecz: cele wojny Putina są nie tylko militarne, ale i ideologiczne; chodzi w niej o to, by Rosja zyskała specjalny status kraju, który ma prawo dominować nad innymi. Polska nie może się na to zgodzić, bo jeśli pozwolimy Rosji dominować nad kolejnymi sąsiadami, to prędzej czy później sami znajdziemy się na liście krajów do zdominowania. A ta dominacja zaczyna się od strachu.
To nie Sikorski eskaluje
Pamiętajmy też, że to nie Sikorski czy jakikolwiek inny polski polityk eskaluje konflikt z Federacją Rosyjską; to jej elity eskalują konflikt z Polską. I to nie na poziomie wypowiedzi na konferencji bezpieczeństwa czy wpisów na X, ale znacznie poważniejszym.
Polska jest od dobrych kilku lat obiektem coraz bardziej nasilających się ataków hybrydowych ze strony Rosji. W ostatnich dniach stają się one coraz bardziej bezczelne i groźne – jak dronowy atak tuż przy polskiej granicy na lokomotywę pociągu jadącego na trasie Warszawa-Kijów. Koło Rusinowa w zachodniopomorskim wyłowiono rosyjskiego drona wojskowego.
Rosyjskie drony naruszały już wcześniej polską przestrzeń powietrzną; media informują o kolejnych podpaleniach i aktach sabotażu – w tym na polską infrastrukturę kolejową – podejmowanych, jak można przypuszczać, z rosyjskiej inspiracji. Naszą sferę publiczną zalewa rosyjska dezinformacja, ochoczo podawana dalej przez niektórych liderów politycznych, opiniotwórcze ośrodki czy zwykłych ludzi.
Takie akcje jak sabotaż na kolei mogły skończyć się śmiercią polskich obywateli i nie można wykluczyć, że prędzej czy później kolejna akcja z rosyjskim śladem skończy się tragedią. Wojna hybrydowa, jaką toczy przeciw nam Federacja Rosyjska, jest realna; stosunki między Warszawą a Moskwą są tak złe, że naprawdę najbardziej asertywne wypowiedzi szefa MSZ nie mają już przestrzeni, by cokolwiek jeszcze bardziej popsuć. Celem wojny hybrydowej jest – znów – zastraszenie Polski i innych krajów NATO tak, by wbrew własnym interesom nie przeciwstawiały się imperialistycznej, gwałcącej prawo międzynarodowe polityce Moskwy. W tej sytuacji Rosja powinna dostać sygnał: to nie działa, a my też potrafimy odpowiedzieć.
Czy to pomaga Koronie Brauna?
Oczywiście, Sikorski wypowiadając się w ten sposób o Rosji i NATO, gra też na budowę własnego kapitału politycznego w kraju. W sytuacji, gdy za naszą granicą toczy się wojna, wizerunek polityka twardego i kompetentnego w sprawach Rosji, zdolnego odpowiedzieć Pieskowowi czy Zacharowej może być znaczącym politycznym kapitałem.
Rząd, podnosząc kwestie rosyjskiego zagrożenia – o czym w ostatnich tygodniach bardzo wiele mówi nie tylko Sikorski, ale też minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz czy premier Tusk – liczy też pewnie na wywołanie "efektu flagi" i integrację społeczeństwa przestraszonego rosyjskim zagrożeniem wokół obecnej władzy. Biorąc pod uwagę, że za chwilę już zacznie się prekampania przed wyborami w 2027 r., możemy się spodziewać, że ostrzeżeń przed Rosją czy polemik z jej funkcjonariuszami będzie w najbliższych miesiącach jeszcze więcej.
Jednocześnie można się zastanawiać, czy tego typu retoryka – zwłaszcza to, co mówił szef MSZ o tym, jak Europa mogłaby sobie poradzić z NATO – nie będzie działać na korzyść Konfederacji Korony Polskiej. Korona żywi się bowiem lękiem społeczeństwa.
Przed "wciągnięciem Polski w wojnę" jej politycy już próbują wykorzystać wypowiedzi Sikorskiego do ataku na rząd i całą klasę polityczną i przedstawić się jako jedyna "partia pokoju".
Bez wątpienia, mówiąc o Rosji, elity polityczne muszą uwzględniać czynnik Korony – partii otwarcie prorosyjskiej i powtarzającej rosyjski przekaz. Silna Korona w przyszłym polskim Sejmie będzie nie tylko czynnikiem destabilizującym politycznie parlament, ale też ryzykiem z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Jednocześnie groźba silnego Brauna jest dziś do pewnego stopnia wygodna dla rządzącej większości, bo Braunem można skuteczniej straszyć elektorat niż Kaczyńskim.
Niezależnie od tych kalkulacji polityka rządu, zwłaszcza na tak kluczowym odcinku jak rosyjski, nie może być zakładnikiem skrajnie prawicowej, prorosyjskiej partii z politycznego marginesu, działającej raczej w logice patostreamingu niż poważnej polityki.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.