"Dwa brzydkie lata" i napięcia w Kongresie. Tak może wyglądać polityka USA po wyborach
- Wybory połówkowe mogą przynieść duże zmiany w polityce wewnętrznej USA. Ale w opinii ekspertów nie należy oczekiwać rewolucji w polityce zagranicznej.
- Najważniejsze z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych będzie zatrzymanie konfliktu na Bliskim Wschodzie. Europa nadal będzie na drugim planie.
- W łonie Partii Demokratycznej trwa spór między izolacjonistami a elitami wierzącymi w sojusze i zobowiązania międzynarodowe.
O to, co zmieni się w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych po wyborach połówkowych, pytamy prof. Bohdana Szklarskiego, amerykanistę z Uniwersytetu Warszawskiego. Wskazuje on, że nie należy przeceniać wpływu wyników wyborów do Kongresu na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych.
– Amerykański system konstytucyjny przyznaje prezydentowi bardzo szerokie kompetencje w tej dziedzinie, a możliwości oddziaływania Kongresu na jego decyzje pozostają ograniczone – mówi Wirtualnej Polsce naukowiec.
I dotyczy to, jak dodaje, zarówno wojny z Iranem, jak i amerykańskiego zaangażowania w pomoc Ukrainie. Tym bardziej że zwycięscy demokraci nie przedstawili podczas kampanii spójnego programu polityki zagranicznej, koncentrując się przede wszystkim na problemach wewnętrznych: kosztach życia, cenach energii czy dostępności mieszkań. Dlatego nie należy się spodziewać zasadniczej zmiany międzynarodowej strategii USA.
Izolacjoniści kontra sojusznicy
Wynika to, jak tłumaczy prof. Szklarski, ze ścierania się dwóch koncepcji w łonie samej Partii Demokratycznej. Pierwsza z nich ma charakter izolacjonistyczny i zakłada pierwszeństwo spraw wewnętrznych przed aktywnością międzynarodową.
Druga, reprezentowana przede wszystkim przez część partyjnych elit, odwołuje się do przywiązania do ładu międzynarodowego opartego na regułach, instytucjach i zobowiązaniach sojuszniczych.
– Ta wewnętrzna sprzeczność będzie utrudniała demokratom wypracowanie jednolitej polityki wobec Ukrainy, Iranu czy amerykańskich sojuszników. Można oczekiwać deklaracji poparcia dla Ukrainy, rezolucji kongresowych i większej aktywności komisji odpowiedzialnych za politykę zagraniczną oraz obronność. Nie oznacza to jednak automatycznego zwiększenia amerykańskiej pomocy wojskowej – tłumaczy prof. Szklarski.
Uspokoić Bliski Wschód. Demokraci będą wywierać presję na Trumpa
Jednak główny cel w polityce zagranicznej USA nie koncentruje się na Europie. Obecnie jest to zakończenie wojny z Iranem. Mówi o tym zarówno prof. Szklarski, jak i prof. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. Drugi z nich wskazuje w rozmowie z Wirtualną Polską, że demokraci będą wywierać silną presję na prezydenta, dążąc przede wszystkim do jak najszybszego zakończenia wojny z Iranem.
– Optymalnym rozwiązaniem byłoby zawarcie formalnego porozumienia pokojowego, jednak w przypadku braku takiej możliwości akceptowalnym rezultatem mogłaby być również faktyczna stabilizacja sytuacji, polegająca na zaprzestaniu działań wojennych przez obie strony konfliktu – mówi politolog.
Szklarski zaś dodaje, że wojna i jej konsekwencje gospodarcze, szczególnie wzrost cen surowców energetycznych, stały się istotnym obciążeniem politycznym dla administracji. Z tego względu można oczekiwać intensyfikacji wysiłków dyplomatycznych, których celem będzie zakończenie działań wojennych. Przy czym nie oznacza to, jak mówi, powrotu do sytuacji sprzed konfliktu.
Iran przekonał się bowiem, jak potężnym instrumentem nacisku jest możliwość ograniczenia żeglugi przez cieśninę Ormuz. Nawet jeśli nie będzie ponownie wykorzystywał tego narzędzia, sama wiarygodna groźba jego zastosowania zmienia układ sił w regionie.
Osobnym problemem pozostają stosunki amerykańsko-izraelskie. Jak ocenia Szklarski, w Partii Demokratycznej coraz wyraźniej słyszalna jest krytyka polityki Izraela wobec Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu oraz skali amerykańskiego wsparcia finansowego i wojskowego. Dlatego z dużą ostrożnością należy również, jak mówi Wirtualnej Polsce, traktować zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczące ograniczenia pomocy dla Izraela.
Bez większych zmian na zewnątrz kraju. Europa na drugim planie
Ale będzie to miało swoje konsekwencje również dla Europy, w tym dla Ukrainy i Polski. Zdaniem prof. Kostrzewy-Zorbasa, w odniesieniu do Rosji i wojny w Ukrainie można oczekiwać deklaratywnego wzmocnienia politycznego poparcia dla Kijowa, w tym zwiększenia amerykańskiej pomocy na rzecz zachowania niepodległości i integralności terytorialnej Ukrainy.
Podkreśla on jednak, że możliwości oddziaływania Kongresu na praktyczną realizację polityki zagranicznej są ograniczone. Jego najważniejszym instrumentem pozostaje kontrola finansowa, mająca przede wszystkim charakter negatywny. Kongres może odmówić administracji środków na określone przedsięwzięcia, natomiast znacznie trudniej jest mu wymusić rzeczywiste wykorzystanie przyznanych funduszy.
Prof. Szklarski wskazuje, że o ile najbliższe dwa lata mogą więc przynieść wyjątkowo ostrą konfrontację między Kongresem a Białym Domem, to niekoniecznie przyniosą zasadniczą zmianę amerykańskiej polityki zagranicznej.
Konfrontacja zamiast spokoju, kontynuacja w miejsce rewolucji
Sam sprzeciw wobec Donalda Trumpa, choć okazał się skutecznym instrumentem mobilizacji wyborców, nie będzie wystarczającym programem na kolejne wybory. Tym bardziej że Trump nie będzie już wówczas kandydatem. Kluczowe stanie się wypracowanie pozytywnej, przekonującej wizji przyszłości Stanów Zjednoczonych.
Utrata większości w Kongresie będzie miała jeszcze jedną zasadniczą konsekwencję: ograniczy możliwości realizacji wewnętrznego programu prezydenta. Trwałe reformy, szczególnie w takich dziedzinach jak ochrona zdrowia czy mieszkalnictwo, wymagają współpracy z ustawodawcą.
"Dwa brzydkie lata"
Amerykanista ocenia, że w warunkach politycznej konfrontacji trudno oczekiwać, aby demokraci byli skłonni zapewnić Trumpowi sukces, który mógłby stać się jego historycznym dziedzictwem. Naturalną konsekwencją będzie zatem przeniesienie prezydenckiej aktywności na politykę zagraniczną, gdzie zakres samodzielności władzy wykonawczej jest znacznie większy.
I dodaje, że Kongres zmieni się w wielką izbę śledczą. Należy oczekiwać, jak mówi, licznych śledztw wokół Trumpa, dotyczących ludzi z jego administracji. Szklarski ocenia, że nikt tak jak Trump i jego otoczenie nie wykorzystał urzędu prezydenta do wzbogacenia siebie, swoich organizacji i zaplecza. I to uwiera zarówno demokratów, jak i republikanów.
– Nie zdziwiłbym się, gdyby Demokraci postawili zarzuty Trumpowi. Są to winni swoim wyborcom. Czekają nas brzydkie dwa lata, bo nie wierzę w dobrą wolę Trumpa ani w to, że Demokraci będą chcieli z nim współpracować – mówi prof. Szklarski.
Na koniec zaś wskazuje, że gdyby Donald Trump chciał się realnie zasłużyć społeczeństwu USA, to kluczem może być polityka zdrowotna. Wycofanie się z odrzucenia ustawy Obamacare, czyli szerokiej reformy systemu ubezpieczeń, zapoczątkowanej przez Baracka Obamę, mogłoby dać Trumpowi miejsce w historii.
– Ale do tego trzeba wielkiego człowieka. A Donald Trump jest obszerny, ale nie jest wielkim przywódcą – podsumowuje amerykanista.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.