Tak polskie oddziały uderzyły na Niemców. "Wywołało to wśród nich ogromną panikę"
2 września 1939 r. Od ponad doby wojska niemieckie atakują polskie pozycje i starają się wedrzeć do przygranicznych miast i wsi. Piechota i czołgi nacierają na Wojsko Polskie, w powietrzu latają samoloty, słychać huk artylerii i bomb. Nagle dzieje się jednak coś, czego Niemcy się nie spodziewają. Po ich stronie granicy pojawiają się polskie oddziały. Atakujący Polacy uderzają na jedną z niemieckich strażnic i likwidują patrol motocyklowy. Wokół bucha ogień, fruwają granaty. Następnie dołączają kolejni żołnierze i nadciąga artyleria.
Polacy zajmują nadgraniczną wioskę i ruszają w stronę pobliskiego miasta. Na jego przedmieścia kierują ogień artyleryjski. Cywile w panice zaczynają uciekać, hitlerowcy są gotowi ewakuować urzędy i palić miejskie archiwa. W innym, nieodległym punkcie granicy Polacy również przechodzą na niemiecką stronę i uderzają na kolumnę samochodową. Niszczą pojazdy, zdobywają broń i biorą jeńców.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Setki kilometrów dalej na teren III Rzeszy wjeżdżają szwadrony polskiej kawalerii. Rozpoczynają potyczki z napotkanymi oddziałami niemieckimi, opanowują wsie i przejmują strategiczne obiekty wojskowe, a nawet stację kolejową.
Opisane wydarzenia miały miejsce w okolicach Leszna i Rawicza na zachodniej granicy II Rzeczpospolitej i III Rzeszy, a także na północy Polski, w nadgranicznym pasie Prus Wschodnich. Polskie oddziały z Leszna uderzyły m.in. na niemieckie miasto Fraustadt (obecnie Wschowa), natomiast na północy kawaleria z woj. białostockiego zorganizowała wypady na pruskie wioski.
Polskie oddziały wkraczają do Niemiec. "Ludność w popłochu zaczęła opuszczać swe domy"
Jak doszło do polskiego ataku na Fraustadt — jednego z nielicznych przypadków, kiedy Polacy z pozycji obronnych przeszli do kontruderzenia?
Po 24 godzinach walk w pasie nadgranicznym, rankiem 2 września, dowodzący na tym odcinku gen. Roman Abraham wydał rozkaz przeprowadzenia wypadu rozpoznawczego na terytorium Rzeszy. Brzmiał on: "odrzucić oddziały nieprzyjaciela i ostrzelać tę miejscowość [Wschowę] ogniem artyleryjskim". Do wypadu wyznaczona została kompania kpt. Edmunda Lesisza, pluton artylerii piechoty kpt. Ludwika Snitki i pluton karabinów maszynowych. Grupa została też wsparta plutonem tankietek rozpoznawczych.
Rynek we Wschowie w latach 70. XX w.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
"Nie wolno nam było przekroczyć granicy. Dopiero 2 września pułk otrzymał rozkaz przekroczyć granicę, zająć miejscowość Geyersdorf, Dębową Łękę, odrzucić Niemców na Wschowę, wziąć ewentualnie jeńców i ostrzelać ogniem artylerii Wschowę. Do wykonania tego zadania został wyznaczony oddział 55. pułku piechoty" — wspominał przed laty w Polskim Radiu Józef Zgliński, jeden z żołnierzy biorących udział w akcji.
Była godz. 16, gdy grupa ruszyła z okolic Leszna w stronę granicy i leżącej dalej Wschowy. O 17:30 jeden z plutonów zaatakował posterunek graniczny w rejonie wsi Geyersdorf (obecnie Dębowa Łęka). Inny oddział otoczył niemiecką strażnicę i ostrzelał patrol na motocyklach, który akurat pojawił się w pobliżu. Niemcy wycofali się, a budynek został opanowany. Trzeci z oddziałów uderzył bezpośrednio na Geyersdorf, po zajęciu którego Polacy ustawili punkt obserwacyjny dla artylerii na strychu miejscowej szkoły.
"Ruszyliśmy w kierunku granicy. Otoczyliśmy z jednej, z drugiej strony wieś Geyersdorf (obecnie Dębowa Łęka). Z dala był widoczny tzw. Zollamt i żołnierz niemiecki stojący na posterunku. Prawdopodobnie żołnierz spostrzegł nas i wtenczas rozpoczęła się wymiana strzałów. Odezwały się karabiny maszynowe, w ruch poszły granaty. Wpierw zdobyliśmy ten domek celniczy, niemiecki. Na skutek wybuchów granatów ten domek zaczął płonąć" — to z kolei wspomnienia innego z żołnierzy, Ryszarda Bendora, również pochodzące z archiwów Polskiego Radia.
"W dalszym ciągu szliśmy wzdłuż wioski, zaglądaliśmy do wszystkich gospodarstw. Okazało się, że właściwie nikogo nie było w tych gospodarstwach, tylko starcy pozostali, reszta pouciekała w kierunku Wschowy. Na drodze leżały rozrzucone hełmy, broń, więc to miało wielki wpływ na żołnierzy, gdy widzieli, że oddział niemiecki, który się tam znajdował, po prostu przed nami uciekał" — opisywał Bendor.
Po ustawieniu dział rozpoczął się ostrzał przedmieść Wschowy. Jak pisze Piotr Bauer w książce o 55. Poznańskim Pułku Piechoty, "wywołało to wśród Niemców ogromną panikę. Podjęli oni nawet kroki w celu ewakuacji miasta".
Manewry wojskowe na Wołyniu, 1938 r.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Podobnie zapamiętał to Józef Zgliński. "Pluton artylerii piechoty pod dowództwem kapitana Snitki z rejonu Dębowa Łęka oddał 36 strzałów armatnich na koszary we Wschowie. W mieście zapanował nieopisany zamęt. Hitlerowcy, myśląc, że pod Wschową nacierają poważne siły polskie, rozpoczęli ewakuację urzędów i palenie dokumentów. Ludność w popłochu zaczęła opuszczać swe domy" — wspominał żołnierz Września.
Polacy nie tylko ostrzelali Fraustadt, ale dotarli ze swoim wypadem na obrzeża miasta, wdzierając się w głąb Rzeszy na około 8 km. Po wykonaniu zadania, wieczorem, gen. Abraham nakazał swoim ludziom odwrót.
"Wojska polskie ścigają wroga"
Nie był to jedyny atak polskich sił na terytorium Niemiec tego dnia. Niedaleko od Leszna, w okolicy wspomnianego wcześniej Rawicza, broniące się oddziały również poszły do natarcia. Sam Rawicz został uprzednio zajęty przez Wehrmacht, ale z rozkazu płk. Władysława Wiecierzyńskiego polskie wojsko wyparło Niemców z miasta. Następnie w godzinach wieczornych pluton ppor. Janowskiego wyjechał z Rawicza samochodami pancernymi i przekroczył granicę w okolicy wsi Königsdorf (obecnie Załęcze). Doszło do zaciętych walk z niemiecką kolumną samochodową. Polacy zniszczyli kilka pojazdów, zdobyli ręczną i maszynową broń, a także wzięli jeńców.
"Wojska polskie ścigają wroga na terytorium Niemiec w rejonie Leszna i Rawicza" — ogłaszał 4 września "Express Poranny".
"Nasze oddziały przeszły do natarcia w rejonie Rawicza i Leszna w dniu 2 września o godzinie 13-ej. Wyparły nieprzyjaciela za granicę. W pościgu za nim podjazdy nasze wkroczyły na terytorium niemieckie. Należy podkreślić niezwykle ofiarne i bojowe nastawienie ludności podczas walk w rejonie Rawicza. Nie tylko mężczyźni, ale i kobiety nosiły amunicję żołnierzom walczącym na pozycjach. Wiele dzielnych niewiast wespół z żołnierzami rzucało granaty" — pisał dziennik.
Po jakimś czasie Wojsko Polskie musiało jednak całkowicie wycofać się z pasa nadgranicznego. Gen. Tadeusz Kutrzeba rozkazał, by wielkopolskie jednostki zaczęły przesuwać się na wschód w kierunku Warszawy. W kolejnych dniach armia dowodzona przez Kutrzebę wzięła udział w wielkiej bitwie znanej jako Bitwa nad Bzurą.
"Było nam bardzo przykro, że niestety musieliśmy się wycofać i bez walki oddawać tyle ziemi polskiej. Kiedy już pod Kutnem gen. Kutrzeba powziął decyzję, że przechodzimy do działań zaczepnych i będziemy nacierać, nie tylko cofać się, zapanowała radość nieopisana, że wreszcie przestaniemy cofać się i rozpoczniemy bić Niemców. Jedni nazywają to bitwą pod Kutnem, a drudzy bitwą nad Bzurą. Pułk brał tam udział od 9 do 17 września. I nie tylko myśmy się cofali, myśmy tych Niemców bili, rozbiliśmy część oddziałów niemieckiej 30. dywizji piechoty, braliśmy jeńców, braliśmy armaty. Niestety, tak losy pokierowały, że mimo że żołnierz wypełnił swój obowiązek i walczył jak najlepiej, musieliśmy ulec druzgocącej przewadze wroga" — opowiadał Polskiemu Radiu Józef Zgliński.
Uderzenie kawalerii. "Wzięci w krzyżowy ogień Niemcy wycofali się"
Co natomiast z kawalerzystami, którzy w tym samym czasie atakowali niemieckie pozycje w Prusach Wschodnich? Również i tam decyzja o natarciu na niemieckie terytorium zapadła 2 września. Dowódca Podlaskiej Brygady Kawalerii (PBK) gen. Ludwik Kmicic-Skrzyński, otrzymawszy pozwolenie od przełożonych, zorganizował odprawę z oficerami w celu ustalenia szczegółów wypadu. Zadaniem było rozpoznanie sił nieprzyjaciela poza granicami państwa, wzięcie jeńców spośród napotkanych oddziałów niemieckich i powrót do Polski.
Polska kawaleria w maju 1939 r.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Szwadrony kawalerii wsparte przez oddział wyposażony w CKM-y i radiostacje oraz patrole Korpusu Ochrony Pogranicza ruszyły około godz. 15.00 do granicy. Po przejściu na niemiecką stronę stoczyły potyczki z tamtejszymi pogranicznikami, opanowując wieś Brzózki Małe i kilka innych osad. Ponieważ patrole rozpoznawcze donosiły o nadciągających w okolicy silnych oddziałach wroga, kawaleria — wdarłszy się wcześniej nawet na 6 km w głąb terytorium Rzeszy — rozpoczęła odwrót do Polski.
Wypad do Prus Wschodnich zorganizowany został też w kierunku wsi Reuss (obecnie Cimochy). Miejscowość została opanowana nocą z 2 na 3 września. Tym razem to Suwalska Brygada Kawalerii (SBK) uderzyła tyralierą, zajmując uzbrojoną po zęby strażnicę, stację kolejową i obiekty wojskowe. O świcie, po zebraniu broni i wzięciu jeńców, dwa polskie szwadrony wycofały się do kraju. Kolejnej nocy SBK znów ruszyła na Niemcy, tym razem do Merunen (obecnie Mieruniszki). Tam jednak wojsk niemieckich już nie było.
Wreszcie dowodzący na całym tym terenie dowódca Specjalnej Grupy Operacyjnej "Narew", gen. Czesław Młot-Fijałkowski wydał 4 września rozkaz o przeprowadzeniu przez SBK natarcia na miasto Treuburg (obecnie Olecko). Zgodnie z planem — jak pisze Przemysław Dymek w książce "Samodzielna Grupa Operacyjna Narew w polskiej historiografii wojskowej" — główne siły miały przekroczyć granicę i obejść od północy jezioro okalające Olecko, następnie uderzyć na miasto i znajdujące się tam oddziały niemieckie. Do wykonania tego rozkazu nie doszło, bo Naczelne Dowództwo nakazało przesunięcie oddziałów na inny odcinek frontu.
Za to 4 września Polacy z PBK wyparli Niemców m.in. z miejscowości Birkenberg (obecnie Brzózki Wielkie). Zniszczony został ciężki sprzęt, do niewoli trafiło aż 66 jeńców. Podobnie było w sąsiednich wsiach, m.in. w Falkendorf (obecnie Sokoły Górskie). Na chwilę zdobyto też Klarheim (obecnie Długi Kąt). Walki były jednak bardzo ciężkie, Niemcy ostrzeliwali się z umocnionych pozycji bronią maszynową, dochodziło też do bezpośrednich starć na bagnety. Ostatecznie nie udało się wówczas generalne natarcie na Richtwalde (obecnie Kowalewo).
Atak swojego szwadronu kawalerii na Brzózki Wielkie opisywał po latach st. wachm. Aleksander Walczak: "Poranek był dżdżysty. Pagórkowaty, lesisty teren zalegała gęsta mgła dająca dobrą osłonę, a jednocześnie ograniczająca widoczność. Odrutowane i opalikowane pastwiska utrudniały ruchy kawalerii w szyku konnym. Szwadron trzeci, ubezpieczając się plutonem straży przedniej, a ten z kolei dwoma patrolami bojowymi, posuwał się więc ostrożnie w kierunku miejscowości Brzózki Wielkie. Zbliżywszy się na odległość 400 m do pierwszej zagrody, został ostrzelany z broni maszynowej. W odpowiedzi pluton straży przedniej otworzył do nieprzyjaciela ogień wszystkimi środkami. [...] Wzięci w krzyżowy ogień Niemcy wycofali się, pozostawiając dwa wozy z amunicją i żywnością".
"Express Poranny" triumfalnie donosił następnego dnia: "Polska kawaleria wkroczyła do Prus Wschodnich. [...] Opanowawszy Klarheim i Kowalewen, posuwa się dalej w głąb Prus. Nieprzyjaciel wycofuje się bezładnie".
"Nie osiągnęliśmy nakazanych celów terenowych, ale rozpoznanie dało dostatecznie dobre wyniki" — notował z kolei gen. Kmicic-Skrzyński, dowódca PBK. Była to największa tego typu akcja Wojska Polskiego na tym terenie. Później jednak Niemcy wszędzie zaczęli zyskiwać przytłaczającą przewagę i nic już nie mogło zatrzymać ich pochodu do Warszawy.
Źródła:
- Piotr Bauer, "55. Poznański Pułk Piechoty", Agencja Wydawnicza Egros, Warszawa 1991
- Przemysław Dymek, "Samodzielna Grupa Operacyjna »Narew« w polskiej historiografii wojskowej", wyd. Sorus, Poznań 1991
- J .Sokołowski, Zagończycy 1939 r., "Warmia i Mazury", Olsztyn nr 9/1968
- Wspomnienia żołnierzy — uczestników wojny obronnej w 1939 r., Polskie Radio
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.