To jest już koniec Kołodziejczaka [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Zarzuty wobec polityka, o których pisze portal Zero.pl, są bardzo poważne, bo dotyczą przemocy wobec kobiet, podawania i przymuszania do przyjmowania narkotyków, a także mobbingu. Jeśli do tego dodać fakt, że narkotyki są w Polsce nielegalne, a także zarzuty dotyczące spożywania ich w czasie opieki nad dziećmi, to obraz stanie się niemal pełny. Niemal, bo są jeszcze nagrania (których rzetelność jest wciąż do sprawdzenia przez ekspertów), w których Kołodziejczak prezentuje się, i jest to delikatnie powiedziane, bardzo niekorzystnie.
To wszystko sprawia, że - niezależnie od tego, czy wszystkie zarzuty się potwierdzą i czy rzeczywiście jakimś elementem tej sprawy nie jest także szantaż wobec polityka - jego sytuacja jest w tej chwili wizerunkowo nie do uratowania.
Politycznie zaś – i to jest dla jego przyszłości politycznej ważniejsze niż same zarzuty -nikt nie ma interesu, żeby go ratować. Koalicja Obywatelska, z której wszedł jako poseł, od samego początku traktowała go jako dodatek do pełnej listy dań, dodatek, którym niekoniecznie się zachwycano, ale który mógł dać i dał dodatkowy mandat poselski. Teraz jednak jego obecność może partii tylko zaszkodzić, bo dla jej elektoratu (ale także dla każdego uczciwie myślącego człowieka) zarzuty formułowane wobec niego – nawet jeśli tylko w części prawdziwe – są nie do obrony. I przemoc wobec kobiet, i mobbing są tematami istotnymi szczególnie dla młodszej, damskiej części elektoratu, a to jego mobilizacja będzie kluczowa w przyszłorocznych wyborach.
Kołodziejczak z aktywu stał się więc wyłącznie stratą, a jako że nie w partii ma silnej pozycji (czego znakomitym dowodem jest to, jak łatwo pozbyto się go ze stanowiska wiceministra), nikt nie będzie nawet proponował, by go zostawić. Jest to zaś tym bardziej oczywiste, że każda kolejna jego wypowiedź, każdy kolejny jego filmik byłby okazją dla opozycji i mediów, by przypominać sprawę, od której wszystko się zaczęło. Rok przed wyborami, i to takimi, w których wszystko jest o włos, nie ma możliwości, by ktokolwiek w Koalicji Obywatelskiej podjął tego rodzaju ryzyko. Inne partie (no może poza Konfederacją Korony Polskiej, która bierze – na tym etapie – niemal każdego) też nie będą widzieć w Kołodziejczaku żadnej korzyści.
On sam zaś robi wszystko, by swoją polityczną wartość jeszcze obniżyć. Ostatnio jeden z polityków powiedział mi na ten właśnie temat, że wiele rzeczy można politykowi darować, wiele może mu ujść na sucho, ale nie śmieszność czy samoośmieszenie. A to właśnie zrobił były wiceminister, gdy do swojej obrony zaprosił Krzysztofa Rutkowskiego. Ten showman, który pojawia się przy każdej głośnej sprawie, zdecydowanie nie służy wizerunkowi Kołodziejczaka, a model tłumaczenia wszystkiego spiskiem czy szantażem, bez brania odpowiedzialności za to, co się zrobiło, zdecydowanie mu nie pomoże. Nie pomoże mu także to, że nagle zaroiło się od przypomnianych nagrań z Kołodziejczakiem w roli głównej. Nie mam danych, by rozstrzygać, dlaczego polityk zachowuje się na nich tak, a nie inaczej, ale powiedziałbym krótko: nie wzmacnia to ani jego wiarygodności, ani tym bardziej powagi.
Każdy więc, kto chciałby z nim współpracować politycznie, musiałby się z tym zmierzyć. Tak jak z faktem, że naprzeciwko niego stoi portal Zero, który zazwyczaj nie odpuszcza, chętnie odwołuje się do populistycznych metod działania i z całą pewnością nie ustanie w wyszukiwaniu nowych dowodów przeciwko posłowi. Czy osób, które w jakiś sposób zostały przez niego skrzywdzone, jest więcej? To wie oczywiście sam poseł, ale jego potencjalni sojusznicy wyborczy nigdy nie będą mieli pewności, czy wszystkie argumenty zostały już przeciwko niemu wykorzystane. Również to pozwala uznać, że jego kariera jest skończona.
Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że wcześniej byli politycy, którym poważne zarzuty obyczajowe kariery nie złamały. Tak było z Andrzejem Lepperem. Różnica była jednak taka, że ten ostatni był liderem partii, stali za nim konkretni ludzie, a i zarzuty nie były potwierdzane w wersji cyfrowej. Nie jest też Kołodziejczak postacią na miarę Leppera ani nie ma jego charyzmy. Także to sprawia, że wielkiej nadziei politycznej dla niego już nie ma.
Tyle w kwestii polityki. Jeśli zaś chodzi o same zarzuty, to zająć się nimi powinna prokuratura. Jeśli zaś Kołodziejczak jest tak niewinny, jak zapewnia, ostatnia rzecz, jaka jest mu potrzebna, to obecność Rutkowskiego i wrogie sugestie, jakie formułuje. Jeśli chciałby chociaż trochę poprawić swój wizerunek, to – jeśli jest całkowicie niewinny (co nie brzmi bardzo wiarygodnie, ale przyjmijmy takie założenie) – powinien znaleźć dobrego adwokata. I zamilknąć. Jeśli zaś choć część zarzutów jest prawdziwa, powinien przeprosić zarówno skrzywdzonych, jak i własną rodzinę, złożyć mandat i zacząć składać swoje życie od nowa ze świadomością, że choć do polityki już nie wróci, to może przynajmniej zacząć prowadzić lepsze, bo wolne od rozmaitych substancji i przemocy życie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.