The Jerusalem PostIDF's next-generation artillery gets NIS 600 million training boost with Elbit dealUN NewsSix in seven journalist murders go unpunished, UNESCO reportsPunchNLC can negotiate alone, Ajaero replies TUC presidentBollywood HungamaBigg Boss 20: Panchayat fame Aasif Khan eliminated from Salman Khan-hosted showInquirerPITX logs nearly 1.5 million passengers during Undas weekDaily MaverickDIGITAL POLITICS OP-ED: The anti-foreigner movement squares up to the state in run-up to electionsWirtualna PolskaKryzys w TK. Ćwiąkalski: Kancelaria Premiera musiała być poinformowana7sur7Élections de mi-mandat aux États-Unis: Trump veut faire mentir les mauvais sondages dans les urnesIl Fatto QuotidianoPier Paolo Pasolini, la Procura di Roma riapre le indagini sull’omicidio: nuovo fascicolo dopo un espostoNU.nlVerstappen trots op F1-wereldkampioen Antonelli: 'Ongelooflijk goed gereden'La PresseLa revue de presse de Paul Arcand | Négociations Canada–États-Unis, les propos de Trump et élections de mi-mandatGMA NewsFore sweeps through homes in Barangay E. Rodriguez, QC
The Daily Newsstand · Free, Always
Monday, November 2, 2026

Wybory w USA. Wróżenie z fusów i "assów"

Translate

W wyborach cząstkowych do Kongresu USA rywalizacja toczy się o wszystkie 435 miejsc w Izbie Reprezentantów oraz o 35 mandatów w Senacie (na 100). Ostatnie sondaże są nader niekorzystne dla prezydenta Donalda Trumpa i dla Partii Republikańskiej. Jeśli obóz konserwatywny utraci większość na Kapitolu, może to oznaczać obustronny paraliż: Trump będzie wetował ustawy przygotowywane w Kongresie przez demokratów (co zresztą już zapowiedział), a ci z kolei będą blokować wszelkie jego inicjatywy.

W przeszłości ugrupowanie sprawujące władzę - i w Białym Domu, i w parlamencie - zazwyczaj zbierało cięgi w wyborach połówkowych, często żegnając się z większością w obu izbach. Tak prawdopodobnie będzie i tym razem, chociaż skala zmian może być zaskakująca, gorzka dla Donalda Trumpa i druzgocąca dla jego reputacji.

Nic dziwnego, że przez kilka miesięcy śledziliśmy walkę ostrą i bezlitosną. Stężenie personalnych ataków, nagminnie używanych wulgaryzmów, kompromitujących porównań i żenujących dowcipów było tym razem wyjątkowe. Nawet biorąc poprawkę na coraz większą polaryzację amerykańskiej sceny politycznej oraz na fakt, iż w epoce Donalda Trumpa pewne obyczaje i reguły, obowiązujące w debacie publicznej, uległy gwałtownej erozji albo zostały z niej po prostu wyeliminowane. Wszystkie chwyty dozwolone.

WIDEO

Trump potrafi zszokować. Te wypowiedzi podbijają internet:

Straszenie "socjalizmem", tylko czyim?

W trakcie kampanii przed wyborami połówkowymi do Kongresu słyszeliśmy zatem prezydenta, który bodaj nie wygłosił żadnego przemówienia bez powtarzania, w co drugim zdaniu, słów "shit" i "ass" (choć, co ciekawe, w tym drugim przypadku skupiał się zazwyczaj na męskich pośladkach, co wzbudzało zrozumiałe kontrowersje i wywoływało różne domysły).

Ten sam Donald Trump – także w każdym wystąpieniu – celowo przekręcał nazwiska swoich oponentów z Partii Demokratycznej lub dodawał im obraźliwe przydomki. Ofiarą stał się m.in. James Talarico, kandydat na senatora ze stanu Teksas, którego prezydent niezmiennie nazywał "Talafreako", czyli "Talaświr". A także Annie Andrews, walczącej o fotel senacki w Południowej Karolinie – kilka lat temu Andrews broniła praw osób transseksualnych, co skłoniło Trumpa do określania jej mianem "Annie Trannie" ("trannie" to słowo slangowe i pogardliwe). Dostało się także Abdulowi El-Sayedowi, pierwszemu amerykańskiemu muzułmaninowi, który ma realne szanse, aby zostać senatorem (startuje w stanie Michigan).

Prezydent i jego zwolennicy regularnie kpili z jego imienia i wiary, nazywając go "dżihadystą", "miłośnikiem palestyńskich terrorystów" i ocierając się w swoich wypowiedziach o rasizm (gwoli sprawiedliwości, El-Sayedowi zdarzały się w przeszłości niejednoznaczne komentarze na temat Żydów, Izraela i sytuacji na Bliskim Wschodzie).

Wreszcie, w ostatnich tygodniach wyścigu republikanie zaczęli straszyć wizją "socjalizmu", który miałby im zostać narzucony przez demokratów, gdyby ci zdobyli przewagę w obu izbach Kongresu. Niemal natychmiast, na wiecach wyborczych MAGA, co bardziej złośliwi dziennikarze zaczęli podstawiać mikrofony zagorzałym miłośnikom Trumpa, prosząc ich o definicję socjalizmu.

Żaden, rzecz jasna, nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Gdy jednak mieli się wyrazić na temat obietnicy wypłaty wszystkim Amerykanom 5 tysięcy dolarów ("Jeśli republikanie utrzymają większość", jak zaznaczał Trump), prawie wszyscy byli tym pomysłem zachwyceni.

Trump łatwym celem

Lecz pod tą warstwą historii śmieszno-strasznych kryło się coś więcej. W obliczu fatalnych sondaży, wysokiej inflacji czy kosztów wojny z Iranem, Trump i wierchuszka Partii Republikańskiej musieli raz jeszcze w sposób jaskrawy i zdecydowany zarysować ideologiczne podziały między prawicą a lewicą.

Trudno dyskutować z cenami benzyny na stacjach paliwowych, ale można podyskutować o tym, kto jest prawdziwym patriotą i chrześcijaninem, a kto wrednym liberałem, muzułmaninem wspierającym Hamas i nienawidzącym Ameryki. Trudno zaprzeczyć, iż w badaniach popularności Trump szoruje po dnie, więc trzeba raz jeszcze wytoczyć armaty przeciwko kulturze "woke", przeciwko "transgenderyzmowi", a nawet przeciwko weganom.

Wspomniany wcześniej James Talarico ("Talafreako") musiał wręcz zaprzeczać oskarżeniom, iż nie je mięsa. Co na pierwszy rzut oka wydaje się absurdem, bo jakie znaczenie polityczne ma to, kto co je, a czego nie je? Aczkolwiek w obecnej kampanijnej atmosferze w USA okazuje się, że to jeszcze jedno pożyteczne narzędzie polaryzacji: "My jemy steki, a oni tofu. My jesteśmy patriotami, oni weganami".

Tyle że tego rodzaju retoryka – jak wynika z sondaży – raczej republikanom nie pomaga. Coś, co jeszcze dwa, trzy miesiące temu wydawało się perspektywą dość odległą – utrata przez prawicę władzy w Senacie – dzisiaj jest scenariuszem coraz bardziej realnym. Nawet w stanach dotąd uchodzących za mocno "czerwone", czyli konserwatywne.

Wskazuje zresztą na to frekwencja "early voting", wcześniejszego głosowania, dopuszczalnego w kodeksie wyborczym (de facto we wtorek 3 listopada będziemy mieli do czynienia z ostatnim akordem całego procesu). Ogromna mobilizacja demokratów i zniechęcenie republikanów. Jeśli ten trend się utrzyma, Trump i jego ugrupowanie mogą rzeczywiście doznać dotkliwej porażki.

Oczywiście, prognozowanie rezultatów jest dzisiaj bardzo ryzykowne. Liberałowie mogą odbić Senat, ale nie muszą. Może straszenie szariatem, socjalizmem i weganizmem zmusi wyborców MAGA, żeby jednak podnieśli się ze swoich kanap i ruszyli do urn.

Niemniej także tutaj demokraci mieli dotychczas przewagę: Trump był łatwiejszym celem, bo można go było "przykleić" do wysokich cen diesla i wołowiny, wyciągnąć sto spraw korupcyjnych, w które zamieszana jest jego rodzina, przypomnieć raz jeszcze aferę Epsteina, obśmiać wszystkie jego infantylne obsesje (pokojowa nagroda Nobla, sala balowa, tony złotych bibelotów w Gabinecie Owalnym, zmiany nazw geograficznych). Nie wspominając już o niezliczonych lapsusach językowych, zwykłych kłamstwach o tych wszystkich "shit" i "ass".

Może się okazać, że republikanie dostaną we wtorek baty między innymi dlatego, iż ich przywódcę ogarnęła nagła fascynacja męskimi kształtami. Postać, zaiste, jak z greckiej tragedii.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.