Sprzedał 40 milionów płyt, zmarł w obskurnym autobusie. Mroczny sekret gwiazdora
Urodzony 27 października 1967 r. Scott Weiland był jednym z największych symboli epoki grunge'u. Gdy na początku lat 90. jego zespół Stone Temple Pilots wydał debiutancki album "Core", a potem genialne "Purple", świat oszalał. Ich potężne rockowe hity nie schodziły z anteny raczkującej stacji MTV, a wejściówki na koncerty wyprzedawały się w kilka minut.
Weiland na scenie prowokował, zachwycał wokalną wszechstronnością i potężnym głosem. Kiedy dekadę później stanął na czele supergrupy Velvet Revolver (grając ramię w ramię ze Slashem z Guns N' Roses), wydawało się, że jest po prostu niezniszczalny.
Tajemnice skrywane w cieniu sławy
Niestety, pod maską pewnego siebie giganta rocka krył się potwornie poraniony człowiek. Weiland przez dekady zmagał się z nierozpoznaną początkowo chorobą dwubiegunową, która fundowała mu potężne wahania nastrojów.
W swojej autobiografii wyznał też przerażający sekret z przeszłości – jako nastolatek padł ofiarą brutalnego gwałtu. Ukojenia szukał w jedynym znanym sobie, choć niezwykle destrukcyjnym miejscu: w twardych narkotykach.
Jego potężne uzależnienie od heroiny i kokainy szybko stało się tajemnicą poliszynela w branży muzycznej. Muzyk wielokrotnie trafiał na odwyki, lądował w więzieniu za posiadanie narkotyków i jazdę pod wpływem, a jego absolutnie nieprzewidywalne zachowanie rujnowało kolejne wielkie trasy koncertowe.
Z powodu nałogu tracił żony, przyjaciół i w końcu pracę – z braku cierpliwości wyrzucono go z hukiem zarówno ze Stone Temple Pilots, jak i z Velvet Revolver. Mimo wielokrotnych prób wyjścia na prostą, głód narkotykowy zawsze okazywał się silniejszy.
Tragiczny finał na parkingu
Ostatnie lata życia Weilanda były bolesnym, powolnym upadkiem dawnego idola. Praktycznie został bankrutem, który desperacko potrzebował pieniędzy na spłatę długów i wysokie alimenty. Zamiast wyprzedawać wielkie stadiony, grywał w podrzędnych klubach z mało znanym zespołem The Wildabouts.
Był cieniem samego siebie – na amatorskich nagraniach z tamtego okresu widać wychudzonego, zdezorientowanego człowieka, który ledwo przypomina dawną ikonę.
3 grudnia 2015 r. doszło do nieuniknionej tragedii. Przed zaplanowanym koncertem w stanie Minnesota, 48-letni wokalista został znaleziony martwy w swoim autobusie koncertowym, zaparkowanym na tyłach taniego motelu. Widok, jaki zastali śledczy wokalisty, był przerażający. Wokół ciała artysty walały się silne leki na receptę, kokaina, opiaty i alkohol. Raport koronera nie pozostawiał złudzeń: przypadkowe przedawkowanie zabójczej mieszanki toksycznych substancji, pogłębione przez miażdżycę i nieleczoną astmę.
Scott Weiland zapłacił najwyższą z możliwych cen za wzięcie sobie do serca hasła "sex, drugs & rock'n'roll". Pozostała po nim fenomenalna, ponadczasowa muzyka, ale też bolesne przypomnienie, że nawet największy, najjaśniejszy talent nie jest w stanie wygrać z niszczycielską siłą uzależnienia.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.