PunchTeammate defends goalkeeper after Tenerife striker’s deathBollywood HungamaKartik Aaryan and Kabir Khan reunite for inspirational real-life story Ladaku, set to release on June 18, 2027The Jerusalem PostWhy is the Islamic Republic banning the Lion and Sun emblem amid anti-regime protests? - analysisInquirer EntertainmentTony Butala, co-founder of The Lettermen known for ‘When I Fall in Love,’ dies at 87ZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioEgypt IndependentBomb threats on board 7 flights across Europe cause disruptionsCBS NewsDemocrats win House and Senate control in sweeping victoryيورونيوزتوسيع طريق سريع رئيسي في أوزبكستان لتعزيز ممر تجاري بين الصين وأوروباRai News4 novembre, Mattarella: "Celebriamo l'Unità della Patria e il ruolo dell'Italia per la pace"Antara NewsSaudi Arabia to hold workshops to improve Hajj servicesTagesschauWo die Menschen in Deutschland am längsten lebenIl Fatto QuotidianoMidterm Usa, la stoccata di El-Sayed al vicepresidente Usa Vance: “Habibi…sarai tenuto a farmi prestare giuramento”
The Daily Newsstand · Free, Always
Wednesday, November 4, 2026

Unijne tornado. Kaczyński mówił o czymś więcej niż polexit

Translate
  • Europa szykuje się na polityczne trzęsienie ziemi. Wybory w 2027 r. mogą przynieść zwycięstwo siłom narodowym i eurosceptycznym.
  • Bunt przeciwko Brukseli ma konkretne uzasadnienie. Chodzi o pozatraktatowe rozszerzanie kompetencji UE, obchodzenie procedur i marginalizowanie demokratycznej kontroli państw.
  • Polexit pozostaje ostateczną kartą, nie pierwszym celem. Tusk i Kaczyński, choć mówią o różnych europejskich instytucjach, zgadzają się, że państwa mają prawo wymusić ich reformę.

Ta rewolta narodów może być dwojaka. Po pierwsze, krajowy suweren miałby odsunąć od władzy dotychczasowe elity, określane w publicystyce często jak samolubne, wyobcowane czy kosmopolityczne. Po drugie, nowi zwycięzcy mieliby się krytycznie zająć dzisiejszą Unią Europejską, postrzeganą jako działająca niedemokratycznie, pozatraktatowo i – wreszcie – niemądrze, czego ilustracją stała się m.in. polityka klimatyczna i migracyjna.

WIDEO

Warszawiacy za polexitem? Zapytaliśmy, co myślą o słowach Kaczyńskiego

Wyborczy kalendarz buntu

Prognozowaną falę zmian może rozpocząć Hiszpania, gdzie już 29 listopada odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne. Wszystko wskazuje, że do władzy dojdzie obecna opozycja – zaliczana do tradycyjnej prawicy Partia Ludowa i nowa prawica, czyli Partia Vox. Ten mariaż nie będzie szokiem, bo już obecnie obie partie rządzą wspólnie w wielu prowincjach autonomicznych i miastach (m.in. w Estremadurze, Kastylii i Leonie, Aragonii oraz Andaluzji; a z miast np. Walencja, Valladolid, Toledo, Burgos oraz Alicante). Sprawnie i z satysfakcją. Więc nie dziwi, że zawarły pakt wyborczy do Senatu, dzieląc się okręgami wyborczymi.

Kwiecień przyszłego roku to wybory prezydenckie we Francji. Jako zwyciężczyni jawi się Marine Le Pen, należąca do Zjednoczenia Narodowego, ugrupowania z rosnącym społecznym poparciem, ale też z powiązaniami prorosyjskimi, długo marginalizowanego przez partie głównego nurtu. W sondażach wygrywa z każdym kontrkandydatem. I po zwycięstwie ma powołać rząd z młodym i ostrym Jordanem Bardellą na czele.

Druga połowa roku natomiast to wybory parlamentarne w Polsce i we Włoszech. Sondaże wskazują, że nad Wisłą rosną ugrupowania na prawo od PiS; we Włoszech nadal rządzić będzie konserwatywna Giorgia Meloni.

Kluczowa jest Francja. Unia Europejska już się przygotowuje na prezydenta Marine Le Pen.

W czwartek 29 października, kilka miesięcy przed końcem kadencji, rezygnację złożyła Christine Lagarde, prezes Europejskiego Banku Centralnego. To krok taktyczny, by wybrać jej następcę przed spodziewanym kwietniowym francuskim tornado. Bo później "nowa Francja" się postawi.

Marsylianka, a nie Oda do radości

Marine Le Pen już zapowiedziała, co zrobi po zwycięstwie. Między innymi radykalnie ograniczy wpłaty Paryża do budżetu UE (obetnie – już w 2027 r. – 11 mld z obecnych 29 mld euro rocznie); zablokuje, a ostatecznie spowoduje wycofanie się UE z Zielonego Ładu; zainicjuje zmianę konstytucji, by wyraźnie określić i przesądzić, że francuska ustawa zasadnicza ma pierwszeństwo przed prawem unijnym; zrobi wszystko, by osłabić instytucje unijne, zwłaszcza Komisję Europejską, na rzecz państw narodowych. W tym celu Marine Le Pen chce budować sojusz z innymi krajami. Wskazała m.in. Grupę Wyszehradzką. Znajdzie zapewne sprzymierzeńców.

Kilka dni temu podobne myśli wyraził Jarosław Kaczyński na Forum Ekonomicznym w Krynicy. Pewne pomysły unijnej reformy zostały szczegółowo rozwinięte – m.in. powrót do Parlamentu Europejskiego, którego członkowie byliby delegowani przez parlamenty krajowe spośród swoich członków, a nie wyłaniani w oddzielnych wyborach. Czyli nie eurodeputowani, lecz krajowi posłowie w unijnych ławach. Prymat państw członkowskich, a nie Unii.

Ale przede wszystkim zbuntowane państwa miałyby zaproponować gruntowną rewizję istniejących traktatów, a nawet przygotować nowe "traktaty założycielskie". Czyli życie Unii zaczęłoby się na nowo, z decyzjami podejmowanymi już wspólnie przez państwa (premierów i prezydentów), a nie przez Komisję Europejską.

Krytyczne wobec Europy programy działań nie ograniczają się do Marine Le Pen czy Jarosława Kaczyńskiego. Są szeroką odpowiedzią na to, co w ostatnich latach stało się z Unią.

Europejski sztandar tylko coraz wyżej

Euroentuzjaści zakładali, że UE może tylko się rozrastać, czyli powiększać zakres swoich uprawnień. Podsumowywano to hasłem "coraz ściślejszej Unii" (ever closer union). W konsekwencji systematycznie poszerzano kompetencje UE, wychodząc poza brzmienie i pierwotne rozumienie unijnych traktatów (kto jeszcze pamięta o zasadzie subsydiarności i kompetencjach powierzonych Unii jako wyjątku?), żonglowano przepisami, by obejść procedury wymagające udziału Parlamentu Europejskiego i państw.

A TSUE zaczął stolicom dyktować, co mają, a czego nie mogą robić, zamiast – jak drzewiej bywało – formułować w duchu partnerskiego dialogu rozsądne i wyważone wskazówki.

Przykłady? Proszę bardzo.

Umowa Mercosur-UE, do której Parlament Europejski miał poważne zastrzeżenia prawne, nie wyraził zgody na jej ratyfikację i skierował skargę do TSUE – jest mimo to tymczasowo stosowana. Głos przedstawicieli państw wskazanych przez narody członkowskie w wyborach został zignorowany. Bo w Brukseli wiedzą lepiej.

Dla przyjęcia unijnego rozporządzenia w sprawie SAFE dobrano art. 122 Traktatu o funkcjonowaniu UE, który odnosi się do zagrożenia poważnymi trudnościami z powodu klęsk żywiołowych lub nadzwyczajnych trudności. "Zapomniano" o art. 173 dotyczącym rozwoju polityk przemysłowych, m.in. w obszarze obronności, którego zastosowanie wydaje się oczywiste w przypadku przemysłowo-wojskowego programu SAFE. Czemu zapomniano? Ponieważ pierwszy przepis nie przewiduje udziału Parlamentu Europejskiego w tworzeniu prawa UE, a drugi już tego wymaga. Bo wiemy lepiej, a demokracja nam przeszkadza.

Straszak polexitu dobry na wszystko

Wróćmy jednak do Polski. Znamienne są reakcje na wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na niedawnym Forum w Krynicy. Rządzący, w tym premier Donald Tusk, zarzucili, że prezes PiS naszkicował plan wyprowadzenia Polski z UE. Owszem, ta hipoteza się pojawia, lecz jako ostateczność, czyli wtedy, gdy podjęta wraz z innymi państwami reforma Unii zostałaby odrzucona.

Co jednak ciekawe i chyba mało znane, obecne polskie władze już i tak znajdują się w grupie państw działających na rzecz "powrotu suwerenności" na innym niż UE, ale wciąż kluczowym europejskim forum, czyli w Radzie Europy.

W ramach strasburskiej Rady Europy funkcjonuje Europejski Trybunał Praw Człowieka, którego orzeczenia, zwłaszcza dotyczące migrantów, budziły już długo irytację państw. ETPC nakazywał przyjęcie osób, które nielegalnie przekraczały granice (bo jest zakaz zbiorowych wydaleń) i sprzeciwiał się deportacjom obcokrajowców – sprawców poważnych przestępstw, jeśli ci długotrwale przebywali w danym państwie (bo jest ochrona prawa do życia prywatnego).

Przycinanie Europy

Ta irytacja doprowadziła do buntu przeciwko ETPC. W jego konsekwencji powstała w maju 2026 r. deklaracja kiszyniowska sporządzona przez przedstawicieli 46 państw zasiadających w Komitecie Ministrów Rady Europy. Przesłanie dokumentu daje się sprowadzić do następującej formuły: strasburski trybunale, nie wtrącaj się do spraw migranckich, bo obrona bezpieczeństwa i porządku państwa to nasza sprawa i my najlepiej wiemy, co robić.

Ten bunt przeciwko Europie rozpoczął się listem siedmiu premierów z maja 2025 r. Jednym z sygnatariuszy, przypomnę, był Donald Tusk. Krzyczano na nich, ale się nie zatrzymali.

Polski premier powiedział też w wywiadzie dla Sunday Times (październik 2025 r.), co należy zrobić, jeśli Europejska Konwencja Praw Człowieka nie zostanie zreformowana, a ETPC nadal będzie wkraczał w "państwowe materie". Konwencję wtedy trzeba wypowiedzieć – oznajmił Tusk - bo w polityce nie można się kierować marzeniami, lecz realizmem. Takie słowa łatwiej przeszły przez usta premierowi poza krajem, bo nad Wisłą chce się on jawić jako kryształowy obrońca Europy przed wrogimi zakusami.

Nie dziwię się ani głosowi premiera Tuska, ani słowom prezesa Kaczyńskiego. Chociaż mówią o różnych Europach – pierwszy o strasburskiej, drugi o brukselskiej – są realistami, a nie marzycielami.

To państwa powołały do istnienia Radę Europy i Unię Europejską. I to one mogą, a nawet muszą te dwie Europy zmieniać, by odpowiadały interesom państw.

A co do polexitu czy wypowiedzenia traktatu – jest to ostateczna opcja, która zawsze pozostaje do dyspozycji państw jako panów i gospodarzy traktatów, gdy inne kroki zawodzą. Tu także Tusk i Kaczyński się zgadzają. Albo, jak ujął to inny polityczny realista, generał Charles de Gaulle: "traktaty są jak panny i róże; to trwa tyle, ile trwa" (Les traités, voyez-vous, sont comme les jeunes filles et les roses: ça dure ce que ça dure!).

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.