W tym państwie trwa rewolucja flamingów. W tle interesy zięcia Trumpa

Maj 2026 roku. Na ulice albańskich miast zaczynają wychodzić setki osób z hasłami proekologicznymi i antysystemowymi. Demonstranci domagają się początkowo wstrzymania budowy luksusowego kompleksu hotelowego na terenach chronionych jako park narodowy.
Z dnia na dzień manifestacje są coraz liczniejsze, a uczestnicy zaczynają żądać także ustąpienia premiera Ediego Ramy, szerokich śledztw przeciwko korupcji i zmian w modelu gospodarczym kraju.
Manifestacje określane w mediach mianem "rewolucji flamingów" zaczynają stawać się poważnym problemem dla całego obozu władzy.
Rządzący od ponad 20 lat Edi Rama nie może wycofać się z kontrowersyjnego projektu, ponieważ naraziłby wówczas na szwank relacje z prezydentem Donaldem Trumpem.
Choć w mediach często zwraca się uwagę na podsycanie protestów przez opozycyjną Demokratyczną Partię Albanii, to zdaniem Adama Balcera, wśród demonstrantów zdecydowaną większość stanowią ludzie, nie maszerujący pod "sztandarami partyjnymi", ale po prostu "wkurzeni na rzeczywistość, w której przyszło im żyć".
- Jakbyśmy porozmawiali ze zwolennikami, uczestnikami demonstracji, to byśmy usłyszeli: "Opozycyjni politycy są do …" i tu brzydki wyraz na cztery litery. Istnieje wśród nich przekonanie, że ta opozycja nie dowozi, jest słaba - tłumaczy ekspert.
- Proszę pamiętać, że liderem opozycji jest weteran Sali Berisha, który ma ponad 80 lat i generalnie trudno byłoby go uczynić kołem zamachowym protestów - mówi, dodając, że duża część młodych ludzi biorących udział w manifestacjach z jednej strony nie zna innej rzeczywistości niż ta, w której rządzi premier Rama, a z drugiej mogłaby być wnukami Berishy.
Albania. Propagandowy przekaz reakcją na protesty
Jak władza stara się medialnie reagować na protesty? Dyrektor programowy KEW zauważa, że jedną z reakcji jest posługiwanie się teoriami spiskowymi, w których protestujący mają być motywowani przez "mroczne siły".
- Te "mroczne siły" są za granicą. Działają na Bałkanach i na Zachodzie. Dodatkowo, co standardowe, wina zrzucana jest na opozycję. To wszystko, według przekazu obozu rządzącego ma służyć destabilizacji w kraju i włożeniu kija w szprychy Albanii na jej drodze do Unii Europejskiej - podkreśla Adam Balcer.
Powrót "Kotła Bałkańskiego"? Manifestacje rozleją się po regionie?
Ekspert w rozmowie z Interią zapytany został także o konsekwencje protestów dla całego regionu.
W przypadku Serbii, gdzie również przez wiele miesięcy odbywały się masowe manifestacje, doprowadziło to do przedterminowych wyborów. Czy zatem sytuacja w Albanii przeniesie się chociażby do Kosowa czy Macedonii Północnej, gdzie mieszka wielu Albańczyków?
Według Adama Balcera nie istnieje "Bałkański Kocioł". Często nie rozumiemy specyfiki poszczególnych krajów regionu, różnic między nimi, które są ważniejsze niż istotne podobieństwa.
- Protesty w Serbii trwające przez prawie dwa lata nie przełożyły się na inne kraje. Także te, gdzie mieszkają Serbowie, bo trzeba pamiętać o tym, że jest ich dużo w sąsiednich krajach, w Bośni i Czarnogórze. Ważne są krajowe czynniki, które mogą przełożyć się na ewentualne protesty. Mowa między innymi o scenie politycznej, sytuacji ekonomicznej, społecznej itd. - zwraca uwagę ekspert.
- Przykładowo korupcja występuje w tym regionie na dużą skalę, ale mimo wszystko w różnym stopniu. Albania jest na przykład nieco mniej skorumpowana niż Serbia, która jest najbardziej skorumpowanym krajem Bałkanów Zachodnich. W obu krajach wybuchły masowe protesty przeciw korupcji, ale w innych krajach nie - dodaje.
Adam Balcer podkreśla, że w związku z tym należy być ostrożnym z wizją wylania się albańskich protestów poza granice kraju i wybuchu niezadowolenia w innych państwach regionu. Nawet tam, gdzie występują liczne skupiska Albańczyków.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.