Polska 2026. Najlepszy kraj na świecie?

"Kiedy patrzę na siebie, popadam w rozpacz. Kiedy porównuję się z innymi, znajduję pocieszenie" - w Polsce łatwo przypominają się te słowa przypisywane niesfornemu Talleyrandowi. Były biskup, chytry polityk, uchwycił pewną ludzką prawidłowość. Pasuje ona jak ulał do polskiego życia. Pozostańmy nad Sekwaną.
Francuzi straszą Polską. Ale z uznaniem
Włączam radio RTL. A tam z samego rana rozmowa ekspertów od gospodarki o potędze polskiego rolnictwa. Nastawiam ucha: co to, rubryka komediowa? Nic podobnego. Okazuje się, że francuscy ekonomiści zupełnie poważnie rozmawiają o tym, że polskie rolnictwo od 2004 roku i wejścia do Unii Europejskiej przeszło gigantyczną zmianę. Coraz bardziej rozpycha się w Europie Zachodniej i np. zagraża francuskiemu rynkowi pieczarek. Pieczarka po francusku to "grzyb z Paryża", zatem brzmi to pikantniej, gdy pochodzi znad Wisły.
Dziennikarze z uznaniem "straszą Polską". Nie chodzi tylko o niższe koszty pracy, jak dawniej, ale o innowacyjność, konkurencyjność oraz ogólny dynamizm polskich gospodarstw rolnych.
Człowiek słyszy te pochwały w audycji pod znamiennym tytułem "Polska, konkurent numer jeden francuskiego rolnictwa", przełącza na polskie radio i… łapie się za głowę. Upadek, katastrofa, zmierzch… - oto najłagodniejsze określenia sytuacji na polskiej wsi - uwaga - w polskich mediach. Gdy zejść w kręgi piekielne mediów społecznościowych, określenia degrengolady staną się bardziej dosadne.
Zaglądam do niemieckich mediów. A tam niedawno w "Der Spiegel" lamenty, znów nie bez pewnego podziwu, że coraz więcej Polaków wraca do kraju. W ogóle urok pracy za Odrą, chociaż pod względem zarobków teoretycznie w niektórych profesjach nadal atrakcyjny, jednak rozwiewa się szybko. Wedle sondaży opinie o sąsiedzie nie są zbyt wysokie. Arogancja pracodawców, zniechęcające skostnienie biurokracji, w wielu miejscach wyższy komfort życia.
I znów otwieram fora dla przedsiębiorców, a tam… armagedon, państwo z kartonu, korupcja, biurokratyczna Sodoma i Gomora.
Aby pogrążyć się w czeluściach polskości na całego, otwieram strony poświęcone polityce. A tam polaryzacja na granicy wojny domowej, dezintegracja Trybunału Konstytucyjnego, chamstwo i duch pańszczyzny dewastują wszelkie relacje międzyludzkie… Nie da się żyć normalnie!
Europa nam zazdrości, a my... no cóż
Od razu oddycham z ulgą, bo ciśnienie się podniosło od doniesień o Polsce w G20 oraz tych pochwał z Francji czy Niemiec, na pewno nieszczerych.
Nie wiem tylko, co powiedzieć znajomemu naukowcowi, który właśnie przeniósł się z USA do Szczecina. Mówi biegle po polsku i uznał, że emeryturę lepiej spędzić nad Wisłą niż za oceanem, gdzie byle kto biega po ulicy z nabitą bronią palną. Nawet rosyjskie zagrożenie nie przesłania faktu, że podobno w Polsce mamy, jego zdaniem, wyższy komfort życia.
Czuję, że znów serce mi wali. Tracę oddech. Te pochwały Ojczyzny są nie do wytrzymania. Przecież przyzwyczajeni jesteśmy do zepsucia, zgnilizny, generalnie do przebywania dość blisko śmietnika historii. A tymczasem, jakby ktoś chciał mnie pozbawić życia, w biurze jednym uchem słyszę rozmowę o urlopie na Malcie. Oto młody Polak mówi, że pierwszy raz miał ochotę wyściskać warszawskiego kierowcę ZTM, bo przyjechał na czas. Ba, zatrzymywał się na wyznaczonych przystankach. Malta, chociaż w Unii, na tle współczesnej Polski w praktyce jawiła się niczym trzeci świat. Później szofer jednej z telewizji opowiada, że po kraju jeździ mu się lepiej niż w Europie Zachodniej…
Tak oto wszyscy chcą mnie przekonać, że we współczesnej Polsce - tu i teraz - być może żyje się najlepiej na świecie. Wyciągają jakieś dane makroekonomiczne. Jak Talleyrand, porównują nasz kraj z innymi. Prywatne impresje mieszają się z naukowymi opracowaniami. A my jesteśmy przyzwyczajeni do nasłuchiwania zagrożeń. Do oczekiwania najgorszego z najgorszych scenariuszy przeszłości. Do żądania, aby wywrócić stolik, zaorać podłogę i zacząć "wszystko od początku". To nasz wentyl bezpieczeństwa.
Nie zmienia to jednak faktu, że tu i teraz - przez chwilę - być może rzeczywiście na tle historii udało nam się coś osiągnąć. Że tego właśnie dla nas chcieli nasze babcie i nasi dziadkowie, ci, którzy walczyli w powstaniach i wojnach. Wszystko mówi, że powinniśmy uchwycić ten moment, zanim runie budżet czy nie spadnie dron Putina. Bo potem, oczywiście i na pewno, wszystko znów będzie źle. I wtedy będzie można odetchnąć, mówiąc: "No, nareszcie jest jak zawsze".
"Polityczny WF": Gra o Trybunał. Będzie wytrychem do omijania wet?INTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.