Kto nas będzie leczył? NRA apeluje o ponowną akredytację uczelni niemedycznych kształcących przyszłych lekarzy
Tymczasem Naczelna Rada Lekarska w związku z aferą korupcyjną w Państwowej Komisji Akredytacyjnej apeluje o ponowną akredytację uczelni niemedycznych kształcących przyszłych lekarzy. Według NRL istnieją uzasadnione wątpliwości co do tego, czy część kierunków uzyskała akredytację legalnie.
Eskalacja błędu
Czytaj nas częściej w Google
Jeszcze kilkanaście lat temu lekarzy kształciły wyłącznie uniwersytety medyczne. Dziś medycynę można studiować na uczelniach niepublicznych, akademiach nauk stosowanych, politechnikach, a nawet w szkole medialnej ojca Rydzyka. Ten gwałtowny rozrost od początku budził sprzeciw części środowiska medycznego, zwłaszcza że niektóre nowe kierunki otrzymywały zgody na działalność od ministra Przemysława Czarnka mimo krytycznych opinii PKA.
Po zmianie władzy kontrowersyjne kierunki nie zostały jednak szybko zamknięte. Zamiast tego otrzymywały kolejne szanse na naprawę błędów pod hasłem walki z niedoborem lekarzy. W efekcie część uczelni poprawiła warunki kształcenia i uzyskała akredytację, a cały projekt zdobył polityczną legitymizację. Tak powstał mechanizm, który można nazwać doktryną pobłażliwości: im więcej dowodów na niewydolność części kierunków, tym trudniej je zamknąć. Po kilku latach problem przestał dotyczyć tego, czy takie uczelnie powinny kształcić lekarzy. Zaczął zaś dotyczyć tego, jak zalegalizować ich dalsze funkcjonowanie.
"Uważam, że uruchamianie nowych kierunków powinno się odbywać wyłącznie w ośrodkach, które dysponują odpowiednią kadrą akademicką, zapleczem klinicznym i infrastrukturą dydaktyczną. Do nich należą m.in. centra symulacji medycznej czy chociażby prosektoria, które są kluczowe dla kształcenia anatomii, a których nie posiadało wiele uczelni otwierających kierunki lekarskie" — tłumaczy niedawno w rozmowie z portalem XYZ rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego dr hab. Michał Markuszewski.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Obecnie możliwość przyjmowania studentów uzależniono od pozytywnej opinii Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Mimo to nadal istnieją duże wątpliwości co do zaplecza dydaktycznego kierunków lekarskich na uczelniach niemedycznych. Chodzi o studentów, którzy na początku uczyli się w szkołach bez akredytacji PKA, np. nie odbywając zajęć w prosektoriach w pierwszych latach studiów. Inni uczyli się na plastikowych kukłach. Część uczelni krzaków miała też kłopoty z kadrą dydaktyczną, np. ginekolog uczył kardiologii. Inny wykładowca zmarł, ale był wpisany na listę dydaktyków.
Drugim poważnym problemem jest to, że w ostatnim czasie pojawiły się wątpliwości co do działania samej PKA. Według ustaleń "Gazety Wyborczej" część procesów akredytacyjnych prowadzonych przez Polską Komisję Akredytacyjną mogła być obciążona nieprawidłowościami korupcyjnymi.
Z aktu oskarżenia wynika, że były dyrektor biura PKA miał przyjmować korzyści majątkowe od przedstawicieli uczelni w zamian za pomoc w przygotowaniu dokumentacji i uzyskiwaniu pozytywnych opinii dotyczących nowych kierunków studiów. Informacje te wywołały szczególne zaniepokojenie w środowisku medycznym, jako że okres objęty śledztwem pokrywa się z dynamicznym rozwojem nowych kierunków lekarskich w Polsce.
W odpowiedzi na te doniesienia Naczelna Rada Lekarska zaapelowała o ponowną akredytację uczelni kształcących przyszłych lekarzy oraz wymianę składu PKA. Ministerstwo Zdrowia brnie tymczasem w doktrynę pobłażliwości i zapewnia, że nowe kierunki pozostają pod stałym nadzorem i są regularnie kontrolowane. Czyli tematu nie ma.
Nie ilość, ale… specjalizacje
Rozbudowa kierunków lekarskich w Polsce od lat jest uzasadniana niedoborem lekarzy. Problem okazuje się jednak bardziej złożony, niż sugerują hasła polityczne. Według danych przywoływanych przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji w 2024 r. w Polsce przypadało ok. 3,95 lekarza na 1 tys. mieszkańców. To wynik zbliżony do średniej unijnej i o niemal 16 proc. wyższy niż w 2019 r. Dane pokazują, że liczba lekarzy systematycznie rośnie. Nie oznacza to jednak automatycznej poprawy dostępności świadczeń zdrowotnych.
Na koniec 2025 r. specjalizację odbywało ponad 31,4 tys. lekarzy, czyli niemal osiem tys. więcej niż dekadę wcześniej. Jednocześnie pacjenci nadal mają problem z dostępem do wielu specjalistów, szczególnie poza dużymi miastami. Eksperci zwracają uwagę, że najważniejsze wyzwania dotyczą dziś nie ogólnej liczby lekarzy, lecz ich rozmieszczenia oraz struktury specjalizacji.
Choć liczba studentów medycyny rośnie, polski system ochrony zdrowia nadal opiera się na starszych pokoleniach lekarzy. Średni wiek osób mających prawo wykonywania zawodu wynosi ok. 59 lat, a wśród lekarzy aktywnych zawodowo — 51—53 lata. Jeszcze wyraźniej widać to w grupie specjalistów, których średni wiek sięga 56 lat. W przypadku części lekarzy pracujących na kontraktach cywilnoprawnych przekracza on nawet 65 lat. Innymi słowy, znaczna część systemu funkcjonuje dzięki osobom, które formalnie osiągnęły już wiek emerytalny.
Jednocześnie najliczniejszą grupę aktywnych zawodowo lekarzy stanowią obecnie osoby między 25. a 39. rokiem życia, które weszły do zawodu w okresie rozbudowy systemu kształcenia. Co bynajmniej nie oznacza, że problem został rozwiązany. Lekarze po 60. roku życia to nadal prawie jedna trzecia wszystkich aktywnych zawodowo medyków. Bez ich pracy wiele szpitali, szczególnie poza największymi miastami, miałoby dzisiaj poważne trudności z utrzymaniem ciągłości świadczeń.
Prognozy zawarte w Mapach potrzeb zdrowotnych wskazują, że do 2034 r. liczba lekarzy w Polsce wzrośnie z ok. 143 tys. do ponad 180 tys. osób. Sam wzrost liczebności kadry nie oznacza jednak końca zmartwień. W części specjalizacji liczba lekarzy odchodzących na emeryturę będzie bowiem większa niż liczba nowych specjalistów. Najbardziej niepokojące prognozy dotyczą specjalistów w zakresie chorób wewnętrznych, ale niedobory przewidywane są również w chirurgii ogólnej, rehabilitacji medycznej, chorobach płuc, medycynie pracy i otorynolaryngologii.
Znacznie lepiej wyglądają perspektywy pediatrii i medycyny rodzinnej, gdzie liczba nowych specjalistów ma przewyższyć liczbę lekarzy kończących aktywność zawodową. To pokazuje, że samo zwiększanie liczby miejsc na studiach nie wystarczy. O przyszłości systemu zdecyduje również to, jakie specjalizacje wybiorą absolwenci i czy będą gotowi pracować poza największymi ośrodkami akademickimi. W przeciwnym razie lekarzy będzie statystycznie więcej, ale kolejki do niektórych specjalistów pozostaną równie długie jak dziś. Nie potrzebujemy po prostu więcej lekarzy, chodzi o konkretnych specjalistów w konkretnych miejscach na mapie Polski.
Dobry biznes
Kierunki lekarskie, niezależnie od prestiżu uczelni, stały się bardzo oblegane. Na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym o 2233 miejsca walczyło w tym roku niemal 16 tys. kandydatów. W Lublinie liczba zgłoszeń wzrosła o prawie 67 proc. Wysokie wzrosty dotyczą również uczelni w Szczecinie i Białymstoku. Rekrutacja pokazała, że nowe kierunki lekarskie cieszą się obecnie ogromnym zainteresowaniem. Uniwersytet Kaliski odnotował niemal 49 kandydatów na miejsce, Uniwersytet Jana Długosza w Częstochowie ponad 42, a wałbrzyska filia Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu ponad 34. Dla porównania — trzy lata wcześniej w Wałbrzychu o jedno miejsce ubiegało się ok. 10 osób.
Zainteresowanie zawodem lekarza nie wynika wyłącznie z pasji potencjalnych studentów ani z prestiżu zawodu czy niedoborów kadrowych. Coraz większe znaczenie mają też informacje o zarobkach lekarzy, które przyciągają wielu młodych ludzi.
Chociaż na papierze zainteresowanie płatnymi kierunkami lekarskimi jest ogromne, w rzeczywistości duża część kandydatów traktuje je jako rezerwę. Roczne opłaty sięgają od 40 tys. do 76 tys. zł, dlatego po zakończeniu rekrutacji na studia stacjonarne liczba chętnych na prywatnych uczelniach gwałtownie maleje. Ostatecznie konkurencja bywa symboliczna, a kluczowym kryterium przyjęcia stają się możliwości finansowe.
Przez lata słyszeliśmy, że o studiach medycznych decydują wiedza, pracowitość i wyniki matur. Dziś coraz częściej decyduje coś innego: możliwość zapłacenia kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie. Na najbardziej prestiżowych uczelniach kandydaci walczą o każdy punkt. Na części nowych kierunków wystarczy natomiast znaleźć zasoby w domowym budżecie. Zniesienie wymogu uzyskania minimum 30 proc. na maturze rozszerzonej tylko przyśpieszyło ten proces. W rezultacie powstał system, w którym bariera merytoryczna obniża się, a bariera finansowa się podwyższa.
To nie jest sposób na rozwiązanie problemów ochrony zdrowia. To sposób na stworzenie rynku edukacyjnego, który zarabia na marzeniach o zawodzie lekarza. Wszystko przy aprobacie decydentów, którzy zwiększają limity przyjęć na uczelniach.
Jest tylko jeden szczegół, o którym autorzy kolejnych rekordów rekrutacyjnych wolą nie mówić. Ukończenie studiów medycznych nie oznacza jeszcze, że ktoś zostanie specjalistą. Prawdziwe wąskie gardło robi się dopiero później. Ministerstwo Zdrowia z entuzjazmem produkuje kolejne tysiące absolwentów, ale znacznie mniej chętnie tworzy dla nich miejsca specjalizacyjne. W efekcie za kilka lat nowe wydziały medyczne zaczną wypuszczać następne roczniki młodych lekarzy prosto na korek. I nikt nawet nie próbuje udawać, że ten korek się rozładowuje.
To klasyczny przykład mylenia statystyki z rzeczywistością. Łatwo otworzyć nowy kierunek i pochwalić się większą liczbą studentów. Znacznie trudniej znaleźć szpitale, opiekunów specjalizacji i miejsca szkoleniowe. Efekt może być taki, że lekarzy na papierze zrobi się bardzo dużo, a specjalistów przyjmujących pacjentów wcale nie przybędzie. Budujemy bowiem nie system kształcenia, lecz fabrykę dyplomów z permanentnie zatkanym wyjściem ewakuacyjnym.
Mimo to Ministerstwo Zdrowia nie naciska hamulca, przeciwnie — wciska gaz do dechy. Efekty widać na konkretnych przykładach. Akademia Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, uczelnia kojarzona przede wszystkim z działalnością ojca Tadeusza Rydzyka, otrzymała w tym roku aż 80 miejsc na kierunku lekarskim. Trudno o lepszy symbol polityki, w której najważniejsze staje się nie pytanie, gdzie można kształcić lekarzy najlepiej, ale gdzie można ich kształcić więcej.
Waldemar Deska / PAP
Ojciec Tadeusz Rydzyk
Przypomnijmy, że na toruńskiej uczelni kładzie się duży nacisk na znajomość encykliki Jana Pawła II. Studenci powinni również mieć przekonanie, że wiara wzmacnia rozum. Jednocześnie słyszymy, że standardy kształcenia przyszłych medyków określa rozporządzenie ministra nauki dotyczące przygotowania do wykonywania zawodu lekarza. To właśnie na zgodności z tymi wymaganiami Polska Komisja Akredytacyjna miała opierać ocenę zaplecza kadrowego, organizacyjnego i dydaktycznego każdej uczelni. Standardy mają stawiać wyraźną granicę między rzetelną medycyną a dydaktyczną fikcją.
Pytanie jednak, na ile te standardy funkcjonują poza ministerialnymi rozporządzeniami. Jeszcze w zeszłym roku OZZL Porozumienie Rezydentów alarmowało, że na jednej z nowych uczelni aż 46 osób z kadry dydaktycznej nie miało kompetencji spójnych z efektami uczenia przypisanymi do prowadzonych przez tych wykładowców zajęć. W innym ośrodku okazało się, że 42 nauczycieli akademickich otrzymało przydział do prowadzenia zajęć niezgodny z ich kompetencjami.
Na tym jednak wyścig o dyplom lekarza się nie kończy. Pojawiają się również alternatywne ścieżki prowadzące do zawodu. Firma Dream-MED pośredniczy w rekrutacji na kierunki lekarskie w Ukrainie, reklamując ofertę, w której słabe wyniki maturalne, a nawet brak matury, nie muszą przekreślać marzeń o medycynie. Według przedstawianych informacji część zajęć może się odbywać zdalnie, a koszty nauki są znacząco niższe niż na płatnych kierunkach w Polsce. Trudno o lepszy symbol kierunku, w jakim zmierza rynek kształcenia lekarzy. Gdy wymagania okazują się przeszkodą, zawsze znajdzie się ktoś gotowy zaoferować krótszą drogę do białego fartucha.
Nic dziwnego, że takie rozwiązania budzą niepokój samorządu lekarskiego. Problem dotyczy bowiem nie samego czesnego czy formalności, ale kontroli jakości kształcenia. Ukraińskie uczelnie nie podlegają nadzorowi polskich instytucji, a mimo to ich absolwenci mogą później ubiegać się o prawo wykonywania zawodu w Polsce. W państwie, które oficjalnie deklaruje troskę o standardy kształcenia lekarzy, jest to kolejny przykład zaskakująco szeroko otwartych drzwi.
Czy pacjenci zaufają?
Przez lata zapewniano, że wszystkie kontrowersje i wątpliwości dotyczące nowych kierunków lekarskich rozstrzygną akredytacje, kontrole i decyzje ministerialne. Dziś można odnieść wrażenie, że prawdziwą ocenę tylko odroczono, licząc, że "samo się zrobi". Innymi słowy, najpierw otwórzmy kierunki, a później zobaczymy, jakich będziemy mieć absolwentów i czy zostaną lekarzami z krwi i kości.
Problem polega na tym, że pacjent nie jest ekspertem od szkolnictwa wyższego. Osoba czekająca miesiącami na wizytę nie analizuje raportów PKA, nie sprawdza liczby prosektoriów ani dorobku naukowego wykładowców. Chce dostać się do lekarza, usłyszeć trafną diagnozę i wrócić do zdrowia. Sam fakt posiadania prawa wykonywania zawodu traktuje jako gwarancję, że państwo wcześniej zweryfikowało kompetencje medyka odpowiednim egzaminem.
Badania pokazują jednak, że ten kredyt zaufania nie jest bezwarunkowy. Z raportu "Nowy kontrakt społeczny dla ochrony zdrowia" przygotowanego przez Human Answer Institute, Centrum im. Adama Smitha i panel badawczy Ariadna wynika, że 62,1 proc. Polaków pozytywnie ocenia lekarza, z którym ma osobisty kontakt, ale już tylko 49,9 proc. deklaruje zaufanie do środowiska lekarskiego jako całości. To bardzo wymowna różnica. Pacjenci są gotowi zaufać konkretnemu lekarzowi, znacznie ostrożniej podchodzą natomiast do działalności całego systemu. Tymczasem to właśnie system zdecydował się na bezprecedensowy eksperyment polegający na masowym otwieraniu kierunków lekarskich.
Tygodnik Przegląd / Tygodnik Przegląd
Tygodnik "Przeglad" nr 40
Jeśli absolwenci nowych uczelni okażą się dobrze przygotowani, większość pacjentów nigdy nie zapyta, gdzie zdobyli dyplom. Jeśli jednak pojawią się błędy wynikające ze słabego kształcenia, konsekwencje nie ograniczą się do jednej uczelni czy jednego lekarza. Uderzą w zaufanie do całego systemu ochrony zdrowia. Tym bardziej że dyplom lekarza nie daje już automatycznie społecznego autorytetu. Z badań On Board Think Kong wynika, że publicznym wypowiedziom lekarzy wykraczającym poza ich specjalizację ufa zaledwie 29,1 proc. badanych. Społeczne zaufanie jest więc coraz bardziej warunkowe i coraz częściej zależy od rzeczywistych kompetencji, a nie od samego tytułu zawodowego.
To największy paradoks całej reformy. Oficjalnie miała zwiększyć bezpieczeństwo zdrowotne Polaków. W praktyce może doprowadzić do sytuacji, w której odpowiedzialność za ocenę jakości kształcenia zostanie po cichu przerzucona na samych pacjentów. A oni nie zweryfikują jej poprzez analizę programów studiów czy akredytacji. Zweryfikują ją w najprostszy możliwy sposób: podczas stawiania pierwszej diagnozy, przy pierwszym zabiegu i pierwszym błędzie, którego można było uniknąć. Wtedy okaże się, czy doktryna pobłażliwości była reformą, czy tylko kosztownym eksperymentem na społecznym zaufaniu i zdrowiu pacjentów.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.