Nie wierzą Putinowi. Rosjanie uciekają
Od początku września prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin rozpoczął propagandową objazdówkę przed wyborami parlamentarnymi. Ogłasza coraz więcej sukcesów. Mówił, że rosyjskim wojskom zostało "12 km do obwodnicy Sum", choć Sumy nie mają obwodnicy. Teraz rosyjskie media twierdzą, że pod miastem w kotle znalazło się kilka tysięcy Ukraińców. Również w rejonie Charkowa i nad Oskolem miały zostać okrążone tysiące Ukraińców.
Putin ogłosił też zdobycie 14 miejscowości, w tym Świętogorska, choć miasto znajduje się około 20 km od obecnego rejonu walk. Coraz trudniej oprzeć się więc wrażeniu, że rosyjskie dowództwo przedstawia prezydentowi obraz wojny, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, a Putin później powtarza te informacje jako dowód kolejnych rosyjskich sukcesów, byleby tylko uspokoić opinię publiczną.
3 września rosyjski prezydent mówił wręcz, że nie istnieje obecnie scenariusz, który wymagałby uruchomienia mobilizacji. Milblogerzy zauważyli, że zwiększona ofensywa propagandowa i malowanie trawy na zielono mogą oznaczać, że Putin boi się o rzeczywiste wyniki wyborów, bo w tych publicznie ogłoszonych pewnym jest, że wygra Jedna Rosja. Chce przy tym uspokoić Rosjan, że nie będzie przymusowej mobilizacji. Tyle że Rosjanie chyba mu nie wierzą.
Oblężenie granicy
Masowa ucieczka Rosjan zaczęła się już w połowie sierpnia, kiedy Federalna Służba Celna ogłosiła, że 15 i 16 sierpnia przez przejście graniczne w Górnym Larsie w kierunku Gruzji przejeżdżało ponad 19 tys. osób dziennie. 18 sierpnia liczba podróżnych przekroczyła już 20 tys. O wiele więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Teraz ma być jeszcze gorzej. W ostatnim tygodniu sierpnia przez przejście graniczne Górny Lars między Rosją a Gruzją przejechało ponad 113 tys. rosyjskich obywateli.
Rosjanie pamiętają, jak wyglądała mobilizacja w 2022 r. Wtedy Kreml również długo zapewniał, że nie ma powodów do niepokoju, a kiedy mobilizację ogłoszono, tysiące Rosjan próbowały w pośpiechu wydostać się z kraju. Dziś Rosjanie wolą nie czekać na ostatnią chwilę i powoli się ewakuują jeszcze przed jej rozpoczęciem.
Nie oznacza to oczywiście, że nowa mobilizacja została już postanowiona. Choć wiele wskazuje, że po wyborach się rozpocznie. Kreml raczej jej oficjalnie nie ogłosi, żeby nie wywoływać fermentu społecznego, a będzie ukryta. Być może pod przykrywką wezwań na ćwiczenia.
Kreml bowiem najwyraźniej nadal chce uniknąć politycznego kosztu powtórzenia operacji z 2022 r. Problem polega na tym, że wojna pochłania ludzi szybciej, niż państwo chciałoby o tym mówić. Ostatnio ukraińskie władze poinformowały, że rosyjskie straty w zabitych, rannych i zaginionych przekroczyły 1,5 mln. Im dłużej wojna będzie trwała i będą rosły straty, tym trudniej będzie utrzymać przekaz, że Rosja prowadzi ją niemal bez kosztów i jednocześnie nie potrzebuje dodatkowych żołnierzy. Zwłaszcza że wojna zawitała w głąb Rosji.
Obawy Gruzinów
Gruzini mają dość nieprzyjemne wspomnienia z wizyt Rosjan w poprzednich latach, więc nie może dziwić, że ich reakcja jest dość nerwowa. Gruzińska opozycja domaga się od władz reakcji. Grigol Gegelia z Lelo dla Gruzji mówił, że napływ dziesiątek tysięcy Rosjan może stwarzać dla kraju szereg zagrożeń, zwłaszcza jeśli rzeczywiście jest związany z obawami przed mobilizacją. Opozycja chce między innymi większej kontroli migracji i ponownego rozważenia zaostrzenia zasad wjazdu Rosjan.
Co ciekawe, gruziński prorosyjski rząd ma zupełnie inne zdanie niż opozycja. W sierpniu, gdy pojawiły się z rosyjskiej strony informacje o 20 tys. Rosjan przekraczających Lars w ciągu doby, MSW zdementowało te dane i podało, że przez przejście w obu kierunkach przechodziło 7880 osób wjeżdżających i 8406 wyjeżdżających. Władze ostrzegały przed rozpowszechnianiem niezweryfikowanych informacji. Teraz też uspokajają, że nic wielkiego się nie dzieje. Padło nawet stwierdzenie, że to wzmożony ruch przed końcem wakacji, ponieważ Rosjanie chcą skorzystać z uroków gruzińskich gór i morza.
Po wojnie z Rosją w 2008 r. i rosyjskiej okupacji Abchazji oraz Osetii Południowej obecność dużej liczby obywateli Rosji jest odbierana jako zagrożenie dla bezpieczeństwa i niezależności państwa. Gruzini już w 2022 r. protestowali przeciwko wpuszczaniu Rosjan do kraju. Teraz może być inaczej. Obecny rząd Gruzji, kierowany przez Irakli Kobachidze, prowadzi znacznie bardziej przyjazną Moskwie politykę niż rząd Micheila Saakaszwilego. Między innymi wprowadził przepisy o "zagranicznych agentach", wzorowane na rosyjskich, zamroził relacje z Unią Europejską i NATO. Działania rządu wywołały masowy sprzeciw Gruzinów, ponieważ ponad 80 proc. z nich popiera wejście do UE.
Od końca 2024 r. w Tbilisi i innych miastach nieprzerwanie trwają antyrządowe protesty. Demonstranci oskarżają władzę o zdradę konstytucji oraz budowę państwa autorytarnego na wzór rosyjski lub białoruski. Zwłaszcza że rząd zdelegalizował większość partii opozycyjnych. Co do legalności samych wyborów również jest wiele wątpliwości. Stany Zjednoczone nałożyły sankcje personalne oraz wizowe na urzędników Gruzińskiego Marzenia, a Komisja Helsińska przy Kongresie USA wprost uznała obecny rząd za de facto nielegalny po, jak uważają międzynarodowi obserwatorzy, sfałszowanych wyborach parlamentarnych.
Dlatego działania i tłumaczenia rządu ws. rosyjskich uciekinierów niewielu przekonują. A Gruzini nie chcą kolejnej rosyjskiej okupacji. Protesty na nic się jednak zdają. Rząd od dawna przestał słuchać obywateli.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.