Na to liczy Rosja? Eksperci: Chaos wśród polityków, strach wśród Polaków
Po ataku w rejonie polsko-ukraińskiej granicy w niedzielę ewakuowano pracowników i łącznie kilkaset osób z przejść w Dorohusku i Hrebennem, a obie placówki czasowo wstrzymały pracę. Wydarzenia z 13 września nie były jednak pojedynczym incydentem. Wcześniej doszło do ataków na przejście Ukrainy z Mołdawią.
Już 10 września premier Donald Tusk poinformował, że w nocy polskie i ukraińskie służby udaremniły bezpośrednie zagrożenie dla jednego z polsko-ukraińskich przejść granicznych. Nie ujawnił szczegółów. Mnożą się także inne zdarzenia o podobnym charakterze. W poniedziałek w okolicach plaży koło Jarosławia znaleziono drona, który najprawdopodobniej pochodzi z Rosji.
Ppłk rez. Maciej Korowaj, analityk wojskowy z Instytutu Flanki Wschodniej, uważa, że Kreml zaczął świadomie traktować przejścia graniczne, kolej i szlaki logistyczne prowadzące z Polski na Ukrainę jako osobną kategorię celów. - Już kilka dni temu, po atakach na przejścia graniczne na południu Ukrainy, zwracałem uwagę, że może to być wstęp do operacji, która dotknie ważniejszego celu: granicy polsko-ukraińskiej. Teraz widzimy, że ten scenariusz zaczyna się materializować - mówi ekspert.
Analityk zwraca uwagę na nowy wątek. - Polska granica ma swoje uwarunkowania odległościowe. Jeżeli nie ma wsparcia białoruskiego, w tym możliwości wykorzystania znajdujących się nad Białorusią nadajników i innych elementów infrastruktury, Rosjanom trudniej będzie prowadzić operację w rejonie naszej granicy. Moim zdaniem kluczowa dla naszego bezpieczeństwa jest więc Białoruś i postawa białoruskich władz. Polska powinna wywierać na Mińsk presję - uważa Korowaj.
Ponadto Maciej Korowaj wskazuje, że niespójna i opóźniona reakcja państwa może osłabiać zaufanie do rządzących i otwierać pole do wewnętrznych sporów. Jako przykład wskazuje reakcję na lipcowe uderzenie rakiety na polu w Tarnawie (woj. lubelskie). Premier Tusk mówił, że nie ma podstaw, by uznać, że pocisk był celowo skierowany na Polskę. 12 września dowódca operacyjny gen. Ireneusz Nowak powiedział "Rzeczpospolitej", że analiza trasy nad Ukrainą wskazuje na brak alternatywnego celu i że jest w 80 proc. przekonany o intencjonalnym działaniu Rosji.
Korowaj uważa, że rządzący reagują dopiero po zdarzeniu, zamiast mieć wcześniej przygotowane warianty działania. Rosja dzięki temu może obserwować cały polski "cykl decyzyjny": od wykrycia zagrożenia, przez analizę, po decyzję polityczną i komunikat premiera i szefów MON.
Polska celem Rosji? Chodzi o zatrzymanie wsparcia
Swoją ocenę przedstawia w WP Tomasz Sikora z Fundacji Sikorki na Ukrainie, organizacji zajmującej się pomocą dla Ukrainy, w tym bezpośrednim wsparciem żołnierzy walczących na froncie. - Po pierwszych atakach Rosja bacznie przygląda się reakcji polskich władz oraz naszych sojuszników z NATO. Jeśli władze wykażą słabość i niezdecydowanie, Rosjanie pójdą dalej - komentuje dla Wirtualnej Polski.
- Kreml obserwuje nastroje społeczne. Jeśli staniemy się społeczeństwem skłóconym z Ukrainą i przekonanym, że najlepiej odsunąć się od tego problemu, Rosja będzie dalej szła w tym kierunku - dodaje.
Jak tłumaczy, chodzi o to, aby strach dotknął część wolontariuszy, którzy jeżdżą z pomocą na zachodnią i centralną Ukrainę. Jeśli ostrzały przy granicy będą się powtarzać, może zmniejszyć się liczba osób gotowych tam jeździć, a tym samym wolumen przekazywanej pomocy. Rosja chce zakłócić ten strumień.
Zdaniem Sikory wojna w Ukrainie zmienia swoją specyfikę. Nie jest już tylko starciem oddziałów na froncie i wymianą ataków powietrznych. Celem Rosji stają się także społeczeństwa państw wspierających Ukrainę.
Sikora nawiązuje także do incydentu z Borisem Johnsonem, byłym premierem Wielkiej Brytanii, który 13 września został ewakuowany z pociągu w związku z rosyjskim atakiem dronowym w rejonie granicy polsko-ukraińskiej. - To również typowe dla Rosjan. Taki polityk jak Johnson miał osobiście poczuć strach przed śmiercią. Oni pokazują, że nie będzie tak, że kiedy ktoś ważny przyjeżdża do Kijowa, wojna przycicha. To jest komunikat: możemy zaatakować również wtedy, gdy na miejscu są ważne osoby – mówi dalej ekspert.
- Natomiast nękanie Ukrainy kolejnymi atakami i nalotami pokazuje, że Rosja przyjęła taktykę uderzeń, które mają paraliżować funkcjonowanie państwa i jego obywateli. Niszczone są stacje benzynowe we wschodniej Ukrainie, żeby ludzie nie mogli dojechać do pracy, na stanowiska, do szkoły. Po ostatniej kampanii ma być jeszcze gorzej: tak, aby złamać w ludziach chęć do oporu - dodaje Sikora.
Wojna w Ukrainie. Bitwa z dala od linii frontu
Maciej Korowaj zwraca uwagę, że obecna seria ataków i incydentów nie musi oznaczać przygotowania do bezpośredniego uderzenia na terytorium Polski. Rosja może również badać reakcje NATO i szukać punktu, w którym presja na zachodnią flankę Ukrainy przyniesie największy efekt przy relatywnie niewielkim koszcie. - Kreml obserwuje nasze reakcje na alerty RCB, poderwane myśliwce czy konferencje prasowe równie uważnie, jak my obserwujemy jego działania – wskazuje.
Jak zauważa, od wiosny rosyjska kampania wycelowana w system zaopatrywania armii ukraińskiej wyszła poza bezpośrednie zaplecze frontu i objęła praktycznie całe terytorium Ukrainy. Między grudniem a połową maja w jawnych źródłach odnotowano 127 uderzeń w obiekty Kolei Ukraińskich.
- W tej logice przejście graniczne jest najtańszym punktem w całym łańcuchu logistycznym. Nie trzeba niszczyć setek kilometrów torów ani całego węzła. Wystarczy uszkodzić budynek odpraw, zasilanie czy systemy łączności, żeby przepustowość spadła do zera na 24–48 godzin. Tyle według ukraińskich danych trwało awaryjne przywracanie pracy przejść po sierpniowych i wrześniowych uderzeniach - wskazuje Maciej Korowaj.
Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu w Langley, siedzibie CIA, doszło do spotkania, podczas którego Tomasz Siemoniak, minister koordynator służb specjalnych, miał zostać ostrzeżony przed możliwymi próbami eskalacji ze strony Rosji. Chodziło nie tylko o działania wymierzone w Ukrainę, ale także o ryzyko prowokacji i działań wobec państw NATO.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.