Wcale nie Morze Śródziemne. Oto nowe epicentrum kryzysu migracyjnego. "Łodzie nie przestają płynąć"
Wioska rybacka Khor Angar nie wygląda na miejsce położone na jednej z głównych światowych morskich tras przemytu migrantów.
Położone między pustynią a Morzem Czerwonym bielone budynki wydają się drzemać w palącym upale. Nie zdradzają niczego na temat dramatycznych wydarzeń, których świadkiem jest wybrzeże.
Czytaj nas częściej w Google
Mapy wskazują, że z oddalonego o ponad 60 km miasta Obock można dojechać tu drogą. Sporadycznie pojawiające się samochody i motocykle muszą jednak przedzierać się przez wypalony piasek i błotniste równiny.
Jeśli jednak przyjrzymy się plażom wzdłuż tego odcinka wybrzeża Dżibuti, pojawiają się wskazówki co do skali międzykontynentalnego handlu ludźmi.
W piasku leżą na wpół zakopane buty, ubrania, a nawet dokumenty tożsamości. Porzucone rzeczy osobiste przypominają o pospiesznym wsiadaniu do łodzi i wypadkach w niebezpiecznej cieśninie znanej jako Brama Łez (Bab al-Mandab).
Na niektórych plażach znajdują się masowe groby osób, które utonęły. Są oznaczone kamieniami wśród wydm.
Na początku tego miesiąca łódź przewożąca ponad 300 migrantów zatonęła w pobliżu Obock w drodze do Jemenu. Utonęło co najmniej 139 osób, w tym 15 dzieci. W 2025 r. na tej trasie doszło do 700 przypadków utonięć lub zaginięć na morzu.
Migracyjna autostrada
— Łodzie nie przestają płynąć ani w dzień, ani w nocy — mówi "The Telegraph" szef lokalnej straży przybrzeżnej, spoglądając na akwen z krótkofalówką w dłoni. Funkcjonariusz, który nie chciał ujawnić swojego nazwiska, wskazuje na łodzie i kutry rybackie zacumowane w lagunie przed posterunkiem. Skonfiskował je przemytnikom i handlarzom ludźmi.
Świat dobrze zna cieśninę Bab al-Mandab — to jedno z najbardziej zatłoczonych i najważniejszych morskich wąskich gardeł na świecie. Położona na południe od Kanału Sueskiego arteria wschód—zachód przebiegająca przez cieśninę obsługuje ok. 12 do 15 proc. światowego handlu morskiego.
Mniej znanym faktem jest to, że przez cieśninę przebiega również "migracyjna autostrada", łącząca Afrykę z Jemenem i Zatoką Perską.
Etiopscy uchodźcy, którzy musieli wrócić z Jemenu do Dżibuti, 12 kwietnia 2026 r.
Luis Tato / AFP
Każdego roku cieśninę przekraczają dziesiątki tysięcy ludzi. Choć w ostatnich tygodniach na jedynkach mediów pojawili się jemeńscy uchodźcy uciekający przed ofensywą Huti, większość osób, które decydują się na tę przeprawę, zmierza w przeciwnym kierunku.
Według Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) ta morska trasa była ostatnio bardziej ruchliwa niż wszystkie śródziemnomorskie szlaki do Europy.
Skala desperacji
IOM szacuje, że w pierwszych czterech miesiącach 2026 r. odnotowano prawie 64 tys. przepraw przez cieśninę Bab al-Mandab — w porównaniu z nieco ponad 23 tys. przepraw na zachodniej, wschodniej i środkowej trasie Morza Śródziemnego.
Zdecydowana większość osób zmierzających na wschód to Etiopczycy. Są tak zdesperowani, by znaleźć pracę w krajach Zatoki Perskiej, że są gotowi przedzierać się przez ogarnięty wojną Jemen, który w wyniku wojny domowej pogrążył się w kryzysie humanitarnym.
W 2025 r. IOM odnotowała ok. 202 tys. przepraw migrantów z Etiopii do Dżibuti. W 2026 r. liczba ta osiągnęła już poziom 177 tys.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Oczekuje się, że ponowny wybuch wojny w etiopskim Tigraju nasili ruchy migracyjne. Exodus jest jednak hamowany przez eskalację walk wzdłuż wybrzeża Jemenu między ruchem Huti a siłami rządowymi.
Obecnie przez cieśninę może przedostać się mniej osób, co sprawia, że migranci utknęli po zachodniej stronie lub są zmuszeni do wybierania bardziej niebezpiecznych tras.
To wąskie gardło spowodowało nagromadzenie się ludzi — mówi Mylaele Negga, rzeczniczka Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Dżibuti. — Większość chce znaleźć pracę w Arabii Saudyjskiej lub innych krajach Zatoki Perskiej, ale niektórzy będą również próbowali wykorzystać tę trasę, aby dotrzeć aż do Europy — wyjaśnia.
Wąskie gardło migracyjne
— Trasa jest niezwykle zatłoczona i myślę, że chodzi nie tylko o samą przeprawę, ale także o liczbę osób wjeżdżających do Dżibuti i o to, co to oznacza. Wielu migrantów było przyzwyczajonych do korzystania z tej trasy, ale teraz, z powodu sytuacji [w Jemenie], muszą wybierać inne drogi — dodaje Negga. — To tworzy wąskie gardło migracyjne.
Rzeczniczka mówi, że sytuacja w Jemenie nie zniechęca Etiopczyków. Migranci z Rogu Afryki zgłaszali, że podczas podróży przez ten kraj byli przetrzymywani w niewoli, porywani dla okupu oraz zmuszani do służby wojskowej przez walczące strony. — Kiedy ich spotykamy, mówimy im, że trwa wojna. Jednak tych, którzy są w drodze do Jemenu, to nie zniechęca — zauważa Negga.
— Migranci nie są w stanie przedostać się tak jak wcześniej, ale wciąż próbują. Problem polega na tym, że dla nich sytuacja staje się znacznie bardziej skomplikowana i trudniejsza. Mieliśmy też osoby, które wyjechały do Jemenu w poszukiwaniu pracy. Uważają, że tam będzie im łatwiej — dodaje.
Zinab Gebrekristos, 20-latka z Adwy w Tigraju, jest jedną z dziesiątek tysięcy osób, które w tym roku próbowały przedostać się na drugą stronę. Jej łódź zatonęła pod koniec marca. Młoda kobieta przeżyła. — Chciałam wyjechać z powodu problemów w naszym kraju. Sytuacja się pogarsza, więc emigrujemy. Nie ma pokoju. Z powodu tych trudności chciałam móc się utrzymać i zmienić życie mojej rodziny — powiedziała później swoim ratownikom.
"Wiele osób zginęło na naszych oczach"
20-letnia kobieta zapłaciła 320 dol. (według aktualnego kursu 1,2 tys. zł) i została okradziona z dobytku. Następnie pozostawiono ją na trzy dni na wybrzeżu Dżibuti. Później wraz z ponad 300 innymi osobami została załadowana na łódź.
Gdy migranci wchodzili na pokład, zbliżała się burza. Przemytnicy oblali spanikowanych pasażerów benzyną, by ich uspokoić. Statek wkrótce zaczął nabierać wody, a następnie się wywrócił. — Wiele osób zginęło na naszych oczach — przyjaciele i członkowie rodziny — opowiadała Zinab. — Ich ciał nawet nie odnaleziono, ponieważ łódź zatonęła. Ludzie walczyli, by się wydostać, ale nie wiedzieli, w którą stronę płynąć. W tym chaosie ludzie wpadali do morza, nawet o tym nie wiedząc.
Abdourahman Sultan również zaryzykował podróż do Jemenu na łodzi przemytników. Jednak nadzieje na nowe życie prysły, gdy został poparzony w wyniku wybuchu gazu w restauracji, w której pracował.
Zamiast tego Sultan postanowił wrócić z Jemenu. Dziś mówi, że będzie przekonywał innych, by nie podejmowali podróży przez Morze Czerwone.
— Po tym wszystkim nie pójdę tą drogą i będę odradzał innym, by z niej nie korzystali. Jeśli zobaczę ludzi, którzy chcą wyruszyć, będę im to odradzał. Pokażę im moje rany, by udowodnić, że ta droga nie jest dobra — dodaje.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.