"Miałam śmierć w oczach". Pani Sylwia widziała pościg w Krakowie

- Miałam śmierć w oczach, bo to były sekundy. Zostawiłam wszystko - opowiada Wirtualnej Polsce pani Sylwia. Kobieta sprzedaje obwarzanki tuż przy trasie, którą uciekał 24-letni zamachowiec z krakowskiego Rynku. Mimo ogromnej traumy, następnego dnia rano ponownie otworzyła swoje stoisko.
Najważniejsze informacje:
- Reporter WP Mateusz Urban rozmawiał z panią Sylwią, która widziała uciekający tłum i policyjny pościg za sprawcą masakry w Krakowie.
- Świadkini relacjonuje gigantyczną panikę, przez którą musiała ratować się ucieczką na czworakach za pobliski murek.
- Mimo traumatycznych przeżyć kobieta wróciła rano do pracy w centrum miasta, apelując, by nie dać się zastraszyć terrorowi.
Pani Sylwia pracuje przy jednym ze stoisk z tradycyjnymi krakowskimi obwarzankami. W sobotnie popołudnie znajdowała się dokładnie przy trasie, którą uciekał 24-letni sprawca masakry, ścigany zaledwie kilkanaście sekund później przez policyjny radiowóz. Reporter Wirtualnej Polski Mateusz Urban zapytał świadkinię o pierwsze momenty ataku.
- Słyszałam strzały, były dosyć głośne, oddawane ciągiem. Było ich bardzo dużo. Tłum z rynku uciekał. Ludzie krzyczeli. Nie było widać, czy ktoś jedzie, czy ktoś idzie. Nie byliśmy świadomi, czy ktoś strzela z tłumu, czy z samochodu - relacjonuje pani Sylwia.
Kobieta przyznaje, że to właśnie brak wiedzy o tym, skąd padają strzały, budził największe przerażenie wśród przechodniów. - Najbardziej bałam się tego, że ktoś może iść i strzelać po kątach. Myśmy się tu schowali tak w połowie, więc jakby ktoś szedł, to mógłby nas dopaść. Tego baliśmy się najbardziej - dodaje kobieta.
Ucieczka na czworakach przed zamachowcem
Gdy strzały przybrały na sile, a od strony Rynku nadbiegła potężna fala zdezorientowanych ludzi, kobieta rozpoczęła rozpaczliwą ucieczkę, porzucając całe swoje stanowisko pracy.
- Jak usłyszałam, że to są strzały, uciekłam tutaj za róg. Ludzie też zaczęli uciekać. W międzyczasie się przewróciłam i zdążyłam tylko zauważyć z tyłu, że już jechał obok policyjny samochód w pościgu. Bezpośrednio auta zamachowca nie widziałam, bo byłam odwrócona plecami. Ciężko mi się było pozbierać - mówi WP pani Sylwia.
Świadkini ukryła się za niewielkim murkiem. Nie miała czasu zabrać ze sobą absolutnie żadnych rzeczy osobistych, ratując jedynie własne życie.
- Dobiegłam tam już prawie na czworakach, bo uderzyłam się w kolano i jakoś doczłapałam. Żyję tyle lat i jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Naprawdę miałam śmierć w oczach, bo to były sekundy. Nie było czasu na wyciąganie telefonu. Zostawiłam wszystko, pieniądze, dokumenty. Życie jest w takich sytuacjach po prostu ważniejsze - podkreśla stanowczo nasza rozmówczyni.
Pomoc rannym i odważny powrót do pracy
Gdy policyjny pościg przeniósł się w stronę ulicy Dietla, w okolicach stoiska pani Sylwii zapadła chwilowa cisza. Na ulicy znaleźli się jednak ranni, którzy wymagali natychmiastowej interwencji medycznej.
- Kiedy tutaj wróciłam, naprzeciwko leżał ranny człowiek. Ludzie udzielali mu pomocy, a karetka dojechała dopiero po pół godziny, bo najprawdopodobniej w pierwszej kolejności pojechali na rynek. Służb tutaj było mało - opisuje wstrząsające sceny świadkini wydarzeń.
Mimo sobotniej traumy i oglądania krwawiących ofiar z bliska, pani Sylwia w niedzielę o poranku ponownie otworzyła swoje stoisko z obwarzankami. Zapytana przez naszego reportera o strach przed ponownym przyjściem do pracy w centrum miasta, odpowiedziała bez chwili zawahania.
- Kiedy czuję zagrożenie, to mam taką adrenalinę. Nie boję się. W takich sytuacjach nie można stać obojętnie. Uważam, że nikt nie może dać się zastraszyć, bo to jest najgorsze. Jak widać, nie dałam się zastraszyć, jestem tu dzisiaj i nie zamierzam się chować. Trzeba po prostu żyć - podsumowuje mieszkanka Krakowa.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.