Kot utknął w grobie. Akcja ratunkowa na cmentarzu
O nietypowym incydencie na radomskim Firleju zrobiło się głośno 1 listopada. Wówczas jedna z osób odwiedzających tamtejszy cmentarz usłyszała przeraźliwe miałczenie dochodzące spod nagrobka - relacjonował portal echodnia.eu.
Usłyszał hałas w grobowcu. Zaalarmował służby
Świadek niepokojącego incydentu od razu zaalarmował służby. Na miejsce przybyli policjanci, pracownicy cmentarza, obrońcy praw zwierząt i strażnicy miejscy. Poinformowano też właścicieli grobu, że w miejscu, gdzie pochowani są ich bliscy, utknęło niewielkie zwierzę. Wydali oni zgodę na otwarcie grobu i przeprowadzenia nietypowej akcji ratunkowej.
Zgromadzone na miejscu służby natychmiast przystąpili do działania. Kot nie zamierzał jednak z nimi współpracować i ukrył się w trudnodostępnym miejscu grobowca. Akcję trzeba było odłożyć do następnego dnia.
ZOBACZ: Grób zaczął się zapadać, drugi grozi zawaleniem. Szokujący widok na cmentarzu
Jednak kontynuacja misji ratunkowej 2 listopada również nie przyniosła efektów. Kot ponownie nie chciał "współpracować" ze swoimi wybawcami i czmychnął do głębszych partii grobowca. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że każdorazowo trzeba było otwierać i zamykać grobowiec. Ratownicy nie dali jednak za wygraną i zostawili na noc w grobie m.in. żywołapkę z kocimi jedzeniem.
Kot uratowany z cmentarza. Leżał trzy dni w grobie
3 listopada kot w końcu opuścił kryjówkę i tym razem udało się go wydobyć. Straż miejska przekazała, że czworonóg zostanie przebadany przez lokalnego weterynarza, a następnie trafi do schroniska dla zwierząt. Pracownicy placówki postarają się znaleźć nowy dom dla zwierzaka.
- Jeszcze 1 listopada, podczas otwarcia grobu nie widzieliśmy tego kota, więc przeszukiwanie całego grobowca wychodziło już poza te wszystkie ramy prawne i te uprawnienia, które my mamy. O sytuacji zostały poinformowane wszystkie służby, była policja, była rozmowa z prokuratorem, na miejscu były pracownice Sanepidu, które nadzorowały nasze kolejne otwarcie grobowca w poniedziałek. Tego dnia powstał też plan, żeby zostawić jednak klatkę - żywołapkę. Finalnie okazał się to skuteczny plan. Bardzo się cieszę, że wszystko skończyło się dobrze. Trzeba było dać kotu trochę spokoju, wykazać się cierpliwością. Kodek był głodny, ale jest w doskonałym stanie. Zastawione jedzenie z klatki zostało zjedzone i kot trafi teraz do lecznicy weterynaryjnej - wyjaśnił w rozmowie z echodnia.eu powiedział Grzegorz Sambor, zastępca Komendanta Straży Miejskiej w Radomiu.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.