Co dla Polski oznacza wygrana Gibały? To cios w metody Tuska

W kwietniu 2024 roku Łukasz Gibała przegrał ponad dwoma punktami procentowymi z kandydatem wspieranym przez Donalda Tuska Aleksandrem Miszalskim. Dwa lata później Miszalski został odwołany. Dziś Gibała, według różnych exit pool, otwiera się w nowym oknie, wygrał przewagą 11 do 14 punktów procentowych z Moniką Piątkowską, na którą stawiała Koalicja Obywatelska. To ogromna różnica, wielkie zwycięstwo i potężna klęska.
Rządowy spleen
Triumf Gibały jest równie wyrazisty jak klęska jego przeciwniczki. Dla nowego prezydenta to wejście do pierwszej ligi polskiej polityki, z impetem i rozgłosem, jakich nie miał żaden z poprzedników. Zresztą, kto pamięta, kto rządził Krakowem przed wiecznym Jackiem Majchrowskim?
Dla obozu premiera Tuska to utrata wielkiego miasta, ale także efekt buntu wielkomiejskich środowisk, które w 2023 roku były jego sojusznikami: części lewicy, ruchów miejskich i aktywistów. To również klęska metod politycznych charakterystycznych dla tej ekipy, które ostatnio coraz częściej zawodzą. Ponury znak na przyszłość.
A prawica? Ma własne problemy, wcale nie taką świetlaną perspektywę i problemy z własną metodyką, ale z pewnością nie jest to dla niej zła wiadomość. Dla niektórych środowisk może to być nawet okazja do dość egzotycznych sojuszy lub pokojowej koegzystencji. Tak może się stać również w przypadku nowego prezydenta Krakowa, który przecież w przeszłości działał w ruchu Janusza Palikota i afiszował się hasłem ośmiu gwiazdek.
O Krakowie cichosza
Tym razem cisza wyborcza nie była trudna do utrzymania. Po prostu, inaczej niż dwa tygodnie wcześniej, Polska zajęła się czymś innym: szkolnymi dramatami, zagrożeniem ze strony kolejnych nożowników i politycznymi reperkusjami tych wydarzeń. Premier wypowiedział wojnę grom komputerowym, włącznie z… Minecraftem. Wreszcie pojawiły się informacje o planowanym zamachu na rząd i zatrzymaniu sprawcy - człowieka, który wysłał mejla z pogróżkami. Doszły do tego doniesienia o stosowaniu przemocy wobec kobiet i podawaniu im substancji psychoaktywnych przez posła z list KO, byłego wiceministra Michała Kołodziejczaka.
To zbyt wiele, by pasjonować się wyborami, które w opinii wielu rozstrzygnęły się już dwa tygodnie wcześniej. Nawet Kraków jakby z mniejszą powagą podszedł do sprawy. W dniu wyborów zorganizowano duży bieg miejski, co wielu osobom nie ułatwiało dotarcia do lokali wyborczych.
Na tym uśpieniu chciał zagrać sztab Moniki Piątkowskiej. Wykorzystać demobilizujący, przedwczesny triumfalizm elektoratu przeciwnika, a zarazem zmobilizować własnych wyborców alarmistyczną narracją. Nie wyszło.
Na Brackiej nie działa hejt
Jeśli Monika Piątkowska zdecyduje się wrócić do branży wizerunkowo-marketingowej, krakowskich wyborów do CV wpisywać nie powinna. Straszenie, podgrzewanie atmosfery i opowieści o groźbie chaosu obróciły się przeciwko niej. Do tego doszedł modelowy efekt Streisand - niemal identyczny jak w przypadku nagłośnionej sprawy nieruchomości należącej do znanej aktorki.
Opowieści o mediach nachodzących kandydatkę w domu, nagłośniły fakt, że wbrew deklaracjom ma nie mieszkać ona w Krakowie, lecz pod Warszawą. Ogólnie rzecz biorąc, żelazną zasadą marketingu jest to, że nie powinno być widać, iż ma się do czynienia z marketingiem. Tutaj był aż nadto widoczny.
Za dużo było opowieści o hejcie i chaosie, straszenia oraz budowania poczucia zagrożenia. Do tego narratorzy dawnej władzy, a dziś obozu rządzącego, przyzwyczaili dużą część Polaków do interpretacji, że za tymi strasznymi zjawiskami stoi PiS, do którego później dołączyły Konfederacja i środowisko Grzegorza Brauna.
Łukasz Gibała nijak nie pasuje do tej opowieści. To lokalny lider o lewicowo-liberalnej proweniencji, który po prostu skłócił się z ekipą Tuska w ramach walki o władzę. Otrzymał taktyczne poparcie ze strony prawicy, która atakowała Piątkowską. Wynikało ono jednak przede wszystkim z zasady: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, choć oczywiście nie można wykluczyć dealów związanych z podziałem przyszłych wpływów w krakowskim układzie władzy.
Tak czy siak, ta opowieść była niewiarygodna, a pewny zwycięstwa Gibała po prostu zagrał swoje. Nie trzeba było wymyślać niczego genialnego.
Krakowskie wybory nie wpłyną radykalnie na polską politykę. Nie są to prawybory przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Tym bardziej że Kraków wyróżnia się na tle innych polskich miast. To polityczna enklawa, rządząca się własnymi regułami. Sygnały płynące z tych wyborów pokazują jednak, że stare metody stają się coraz mniej skuteczne. Nowego podejścia zaś brakuje, o czym przekonaliśmy się ostatnio również przy okazji innych spraw.
Krzywiecki z Manili: Wizyta Nawrockiego była tematem jedynkowymINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.