"Zawieszeni broni" w Zoo Łączna? „Dla dobra zwierząt trzeba się dogadać”

Wszystkie strony konfliktu związanego z Zoo Łączna usiadły do wspólnego stołu i wypracowały kompromis. Pracownicy ogrodu, pierwszy raz od kilku dni, weszli na jego teren, aby zaopiekować się zwierzętami i ocenić ich stan.
Prywatne Zoo Łączna w Mieroszowie (fot. Maciej Kulczyński) /PAP
Pracownicy zoo przekroczyli dziś bramę ogrodu i weszli do środka. To wielki moment w tym konflikcie, bo wszyscy, którzy od kilku dni spędzali tu dzień i noc, martwili się przede wszystkim o los zwierząt.
Wojewoda zwołała zespół zarządzania kryzysowego. Do stołu usiedli razem przedstawiciele zoo, prokuratury, gminy, policji i wspólnie wypracowali kompromis.
Marta Zając Osowska - pełnomocniczka właściciela zoo i pracowniczka ogrodu - powiedziała, że dla dobra zwierząt trzeba się dogadać:
Z mojej strony deklaruję pełną współpracę pracowników Zoo Łączna. Będziemy też kierować się z prośbami do innych ogrodów zoologicznych o ewentualną pomoc w opiece nad zwierzętami, które są na terenie. Mam deklarację, że na ten moment żadne zwierzęta nie wyjeżdżają z ogrodu zoologicznego. Zostawiamy je tutaj w jak najlepszych rękach. Apeluję do państwa o wyciszenie teraz emocji. Proszę zaufać mi. Mam pełen mandat Marcina Nowaczyka, a także całej załogi Zoo Łączna do tego, żebyśmy zadbali o zwierzęta - deklarowała.
W jakim stanie są zwierzęta?
Ponad 30 zwierząt będących w najgorszym stanie opuściło zoo - to m.in tygrys, antylopy i część ptactwa.
Niestety, część zwierząt uciekła poza ogród i jest w tej chwili na wolności. Z ustaleń reporterki RMF FM Martyny Czerwińskiej wynika, że chodzi o daniele, pawie i muflony. Prokuratura nie chciała odpowiedzieć na pytanie, jak do tego doszło. Będzie to przedmiotem śledztwa.
Prokurator twierdzi, że wywóz i zabezpieczanie zwierząt było dokładnie zaplanowane, a harmonogram tego działania dopracowany. Jednak przez eskalację protestu wszystko legło w gruzach, bo umówione fundacje nie chciały odbierać zwierząt:
To wynik naprawdę niewyobrażalnej fali hejtu, który się rozlał. Ci ludzie na swoich profilach otrzymują liczne wyzwiska, część z nich otrzymuje groźby. To doprowadziło do tego, że wszystko to, co zostało zaplanowane, niestety nie doszło do skutku. (...) Mogę podać przykład. Mieliśmy mężczyznę, który zgodził się za darmo przewozić rzeczy, ponieważ jego firma trudni się zawodowo przewożeniem zwierząt. W momencie, kiedy zaczął otrzymywać różne negatywne informacje, powiedział, że odmawia współpracy, bo obawia się, że jemu i jego pracownikowi coś się stanie, że być może zostanie uszkodzony pojazd. I tak po kolei wycofywały się wszystkie organizacje i wszystkie osoby, które miały z nami współpracować - relacjonował.
Czy to koniec protestu?
Protest słabnie, ale jeszcze się nie zakończył. Część mieszkańców powiedziała reporterce RMF FM, że będzie czekać na całkowite zakończenie sprawy.
Pracownicy zoo zaapelowali natomiast o zakończenie protestu,
Co najmniej do poniedziałku ogród będzie zamknięty.
Bez aresztu dla właściciela ZOO
Wczoraj Sąd Rejonowy w Wałbrzychu odrzucił wniosek prokuratury o zastosowanie aresztu wobec właściciela prywatnego Zoo Łączna w Mieroszowie. Zastosowano wobec niego dozór policyjny i poręczenie majątkowe.
Wobec czterech innych zatrzymanych osób śledczy nie wnioskowali o areszt, ale zastosowali wobec nich wolnościowe środki zapobiegawcze.
Czego dotyczą zarzuty?
Przypomnijmy, że prokuratura twierdzi, że w zoo zaniedbywano aż 561 zwierząt. Według śledczych, podejrzani mieli świadomie dopuszczać do zadawania im bólu i cierpienia, nie zapewniając odpowiednich warunków bytowania, właściwego żywienia i opieki weterynaryjnej.
Podczas oględzin na terenie ogrodu znaleziono również zakopane kości zwierząt, głównie kopytnych, których śmierć nie została jeszcze wyjaśniona.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.