Uczniów sprowadzono do podziemi. Chwile grozy w Lublinie

Syreny alarmowe na Lubelszczyźnie zawyły kilka minut przed godz. 12. W tym samym czasie do części mieszkańców województwa przyszły alerty RCB informujące o ataku powietrznym na terenie Ukrainy. Kilka minut później alert powtórzono, ale komunikat był już bardziej stanowczy:
"UWAGA! UWAGA! Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce. Stosuj się do poleceń służb. Oczekuj dalszych komunikatów".
Alert RCB i syreny alarmowe. Jak zareagowali mieszkańcy Lublina?
Zgodnie z zaleceniem, należało znaleźć schronienie, w którym można przeczekać zagrożenie. Jak zareagowali Lublinianie?
- A to nie jest na rocznicę 17 września? - pyta nas pan Krzysztof. - Zawsze na rocznicę rosyjskiej agresji włączali syrenę - mówi.
Gdy powiedzieliśmy, że chodzi o zagrożenie atakiem z powietrza, dodał: - No to nie wiedziałem. Powiem szczerze, jakoś głośno te syreny nie wyły. Jakbym siedział w domu z zamkniętym oknem, to pewnie bym nie usłyszał.
- Dostałem alert, słyszałem syrenę. Ale niech pan sam powie: co robić, gdzie iść? - dopytuje pan Stanisław.
- Mieszkam tu na Starym Mieście od małego i właśnie specjalnie wylazłem z kamienicy zobaczyć, co się dzieje - opowiada.
Doniesienia o wybuchach i komunikat wojska
Zamieszanie potęgowały niepotwierdzone doniesienia w mediach społecznościowych. Część internautów pisała o dwóch wybuchach słyszalnych w okolicach Ryk i Nałęczowa. Wojsko nie potwierdza jednak jakiegokolwiek naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
Mianem "wybuchów" mieszkańcy najprawdopodobniej określili grom dźwiękowy - efekt powstający w momencie, gdy myśliwce zabezpieczające granicę przekraczają barierę dźwięku.
Rodzice dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym zaczęli otrzymywać wiadomości o ewakuacji uczniów do bezpieczniejszych części budynków, w tym do garaży podziemnych.
Takie informacje przyszły chociażby od dyrekcji Zespołu Szkół Nr 4 w Lublinie, a także Szkoły Podstawowej nr 16.
Na forach internetowych dla rodziców natychmiast rozgorzały dyskusje.
- Odbieracie swoje dzieci? - dopytywała jedna z matek przedszkolaków.
- Moja córka na pewno się boi, chyba po nią pojadę - odpisuje inna.

Takie wiadomości otrzymali rodzice uczniów jednej z lubelskich szkółŁukasz DubaniewiczINTERIA.PL
Lublinianie wskazują na opóźnienia alertów
Osoby śledzące na bieżąco ukraińskie serwisy informujące o zagrożeniach zwracają uwagę na istotny problem - ich zdaniem alerty i syreny były spóźnione o co najmniej kilkadziesiąt minut.
- Proszę zobaczyć, około 11:20 jakieś 50-70 km od granicy Polski pojawia nam się dron. I ten dron znika po godzinie 12. A ludzie dopiero dostali komunikaty o zagrożeniu. Według mnie ten system jest niewydolny, on nie działa - tłumaczy nam pan Mariusz i pokazuje na telefonie historię w aplikacji śledzącej ruchy bezzałogowców przy granicy Polski i Ukrainy.
Alert w Rzeszowie. "Kazali odejść od okien"
Syreny zawyły także w stolicy Podkarpacia. Z relacji mieszkańców miasta i okolic, z którymi rozmawiała Interia, wynika, że w Rzeszowie było nieco mniej nerwowo.
- Słyszeliśmy syreny alarmowe, ale nie było paniki. Nikt się nie poderwał, nie przerwał swoich zajęć, nie było też jakiejś reakcji firmy bądź polecenia, by zacząć schodzić na niższe piętra - mówi Interii Jadwiga pracująca w centrum Rzeszowa w rejonie rynku.
Inaczej wyglądało to w przypadku Agnieszki, również pracującej w Rzeszowie, ale dalej od centrum.
Agnieszka sama syren alarmowych nie słyszała, ale mówi nam, że koledzy z jej pracy już tak. Słowa te wypowiada na korytarzu, gdzie stłoczeni pracownicy czekali na odwołanie alarmu, w tle słychać było gwar rozmów.
- Byliśmy na spotkaniu, w pewnej chwili ludzie zaczęli mówić, że dostali alerty RCB - opowiada. Na tym się jednak nie skończyło.
- Zaraz potem pojawił się specjalny e-mail w skrzynce wewnętrznej, żeby odejść od okien, by wejść do wewnętrznej części budynku i by czekać na odwołanie alarmu - relacjonuje.
- Wyglądało to dosyć chaotycznie i nie było zbytnio zorganizowane - ocenia. I dodaje, że większą reakcję pracujących z nią ludzi wywołał wewnętrzny komunikat niż alert RCB.
W Rzeszowie też ewakuowano uczniów
W części szkół w Rzeszowie dzieci wyprowadzono z sal i sprowadzono na dolne korytarze lub do podziemnych części budynku, gdzie są szatnie - mówi nam jedna z rzeszowskich nauczycielek.
Potwierdza nam to także mama ucznia szkoły podstawowej. Obecnie trudno jednak stwierdzić, jak te działania wyglądały w szkołach na terenie całego miasta.
W rozmowie z Interią psycholog Karolina Pondo zwraca uwagę, że syreny alarmowe to dla dzieci stres - nawet te, które rozbrzmiewały do tej pory tylko w trybie ćwiczeń.
Specjalistka podkreśla konieczność rozmowy rodziców z najmłodszymi i wytłumaczenia im, po co są alerty, jaką pełnią funkcję i co trzeba robić.
- Warto dzieci uświadomić i trochę uspokoić. Wiele małych dzieci boi się ewakuacji, nawet takiej próbnej - zauważa nasza rozmówczyni.
Nie wszędzie było słychać syreny? "Myślałam, że to straż"
Jak wynika z naszych rozmów z mieszkańcami stolicy województwa podkarpackiego, nie w każdej części Rzeszowa było słychać syreny.
Rozmawiamy także z 84-letnią Stanisławą spod Rzeszowa. Gdy pytamy, czy słyszała syreny alarmowe, odpowiada: - No właśnie, to co to było?
Jak mówi nam seniorka, sądziła, iż w okolicy przejeżdżała po prostu straż pożarna. O alercie RCB też nie wiedziała, ponieważ z telefonu komórkowego korzysta jedynie, gdy jedzie do miasta.
Rosyjski dron rozbił się tuż przy granicy z Polską
Na szczęście sytuacja okazała się mniej groźna niż komunikaty RCB oraz dźwięk syren alarmowych. Rosyjski dron nie doleciał bowiem na terytorium Polski.
- Około 3-4 km od naszych granic obiekt uderzył bądź został strącony, jeszcze to potwierdzamy - przekazał Interii rzecznik prasowy Dowództwa Operacyjnego RSZ ppłk Jacek Goryszewski. Jak sprecyzował, do zdarzenia doszło na wysokości Dorohuska.
"Polityczny WF": Histeria czy realna obawa? Burza wokół diety w szkołachINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.