PunchKano begins diphtheria immunisation in five Kano LGsRTP DesportoFrancisco Cabral na final de pares em HangzhouESPN DeportesGrecia derrotó a Alemania por primera vez en la historia y golpeó a Klopp en su debut ante su públicoThe Jerusalem PostIsrair awaits final approval for Tokyo, Miami flights, adds new European destinations for 2027Daily MaverickWe worried AI would make things up, we should also worry when it doesn’tInquirerRains to continue in Visayas, Mindanao due to ITCZ until Sept. 30Bollywood HungamaVinod Kapri's Pyre to release in theaters on October 23, 2026BlickNächstes Amt abgelegt: Jens Spahn zieht sich aus Haushaltsausschuss zurückRapplerPhilippines should fix tax gaps and procurement, not raise tax rates – WBSportstarIndia in Athletics LIVE Updates, Asian Games 2026: Vithya Ramraj breaks National Record to win 400m hurdles bronze; Javelin throw final at 4:45 PM ISTIl Fatto QuotidianoMorto Stefano Milani, il tifoso del Milan diventato famoso su X. Da Bertolucci a Valenti: “Ha lottato come nessuno, mai un passo indietro”7sur7“Pourquoi je perds toujours?”: quand André Agassi taquine Alexander Zverev
The Daily Newsstand · Free, Always
Monday, September 28, 2026

Siedem miesięcy wojny z Iranem. Trump zagubiony

Translate

Wojna, która miała trwać kilka tygodni, tli się już siedem miesięcy. Eksperci i komentatorzy, także ci znający się nawet pobieżnie na historii i współczesności Bliskiego Wschodu, doskonale zdawali sobie sprawę, że te założenia były zdecydowanie zbyt optymistyczne i żadnego blitzkriegu nie będzie.

Że irańscy przywódcy nie skapitulują li tylko na widok armady amerykańskich lotniskowców i niszczycieli, że nie przestraszą się bombowców B-1 ani tym bardziej "ultrapatriotycznych" filmików Pentagonu i bombastycznych pogróżek Donalda Trumpa.

WIDEO

Trump żąda 3 miliardów od Korei. NATO i inni następni? | Wróblewski, Magierowski | BEZ DOKTRYNY #25

Że ajatollahowie są gotowi do daleko idących poświęceń - nie własnych, rzecz jasna, lecz swojego społeczeństwa. A społeczeństwo to, jak wiemy, już nacierpiało się znacząco w wyniku represji ze strony reżimu i z powodu międzynarodowych sankcji. A wręcz przyzwyczaiło się do stanu chronicznego kryzysu gospodarczego, ciągłych niedoborów, szalejącej inflacji. Może więc pocierpieć jeszcze trochę.

Próg wytrzymałości

Amerykańskie społeczeństwo zaś wręcz przeciwnie. W ostatnich miesiącach zachodnie media, głównie te w USA (zapewne nieintencjonalnie i bez świadomej manipulacji), zaczęły umacniać swoich odbiorców w przekonaniu, że ta wojna jest właściwie… bardziej uciążliwa dla nich samych niż dla mieszkańców Teheranu, Isfahanu czy Szirazu.

Wszak bombardowania celów w Iranie są już teraz sporadyczne, z kolei ceny benzyny i diesla na amerykańskich stacjach rosną z dnia na dzień i koszty dla każdego kierowcy (i wyborcy) są coraz boleśniejsze. Mówiąc krótko: "próg cierpienia" dla przeciętnego zjadacza chleba w Kalifornii czy Minnesocie jest dużo niższy niż w przypadku skromnego sprzedawcy arbuzów na irańskim bazarze.

W tym kontekście nasuwają się porównania do amerykańskich interwencji w Wietnamie, Afganistanie czy Iraku, które także po czasie stawały się "Forever Wars", niekończącymi się konfliktami, z tysiącami ofiar po stronie US Army, kosztownymi pod względem i finansowym, i politycznym, z których kolejne administracje nie były w stanie wycofać się bez utraty przynajmniej części reputacji.

Podstawowa różnica polega na tym, że tym razem Trump nie zdecydował się na wysłanie do Iranu oddziałów lądowych. Tutaj jednak dochodzimy do sedna dyskusji o tym, czy Stany Zjednoczone są w stanie tę wojnę wygrać. Jak byśmy nie zdefiniowali tego potencjalnego "triumfu" (Obalenie reżimu? Całkowita i nieodwracalna eliminacja programu nuklearnego? Odblokowanie Cieśniny Ormuz?), to okaże się, że bez "boots on the ground" taki scenariusz jest właściwie niemożliwy. A na wysłanie kontyngentu marines, nawet w ograniczonym zakresie (np. na strategicznie kluczową wyspę Kharg) Trumpa po prostu nie stać – polityczne ryzyko jest w tym wypadku nie do przecenienia.

Jeśli już dziś Departament Obrony manipuluje liczbą ofiar oraz stara się przemilczeć ubytki w sprzęcie, to co dopiero, gdyby Amerykanie stracili nie 18, a 180 żołnierzy oraz nie kilka samolotów, lecz – dajmy na to – 50.

Co rusz słyszymy z ust prezydenta USA sugestie, że będzie bombardował Iran bez litości i że zmiecie ten kraj z powierzchni ziemi. Podczas niedawnego przemówienia w nowojorskiej siedzibie ONZ dopytywał słuchaczy, czy ma "zrzucić Irańczyków w otchłań piekła". Ale nic z tych rzeczy się nie wydarzyło i raczej nie wydarzy, niemniej dla Trumpa ważne jest podtrzymywanie wrażenia, że gdyby jedynie zechciał, szybko zakończyłby tę konfrontację ostateczną, wiekopomną wiktorią.

Trudno powiedzieć, na ile sam Trump wygłasza tego typu deklaracje w sposób cyniczny, a na ile szczerze w nie wierzy. I do jakiego stopnia jest to wynik podszeptów jego najbliższych doradców. Bo na pewno nie amerykańskich generałów, przede wszystkim tych, którzy ukończyli West Point: tam szczególną wagę przykłada się do nauczania historii, a z militarnych dziejów świata wynika jednoznacznie, że samymi bombardowaniami wojen się nie wygrywa.

Sojusznicy, głupcze

Wojen nie wygrywa się też bez wsparcia ze strony sojuszników. Tym bardziej, gdy toczy się je daleko od własnych granic. Zwłaszcza wtedy alianci są niezbędni, nawet w przypadku takich mocarstw jak Stany Zjednoczone.

Trump, przekonany o niedoścignionej potędze Ameryki oraz własnej nieomylności, a przede wszystkim rozochocony operacją w Caracas i porwaniem Nicolása Maduro, uznał, że w przypadku ataku na Teheran czeka go równie łatwe zadanie.

Ten brak zrozumienia dla politycznych, historycznych czy kulturowych różnic między Wenezuelą a Iranem jest uderzający, szczególnie gdy przywódca Stanów Zjednoczonych co kilka tygodni, w różnych okolicznościach, porównuje obie operacje.

Skoro nie byli w stanie – lub nie chcieli – mu tego wytłumaczyć urzędnicy Departamentu Stanu czy Obrony (z Markiem Rubio i Petem Hegsethem na czele), to może powinien wysłuchać właśnie sojuszników z NATO, choćby z Wielkiej Brytanii i Francji, którzy znają Bliski Wschód na wylot. Albo usiąść przy kawie z Billem Clintonem, Georgem W. Bushem i Barackiem Obamą, którzy też noszą głębokie blizny po swoich przygodach w tym regionie świata i mogliby się podzielić doświadczeniami z obecnym prezydentem.

Jednakże Trump wszystko wiedział oczywiście lepiej. Nie tylko nie skonsultował się ze swoimi europejskimi odpowiednikami, nie tylko zignorował płynące z wielu stron ostrzeżenia dotyczące możliwej blokady Cieśniny Ormuz, nie tylko błędnie skalkulował logistyczne zdolności amerykańskiej floty i lotnictwa, lecz zaczął miotać oskarżeniami wobec krajów NATO, które, w jego mniemaniu, okazały się niewdzięczne, nie wspierając w wystarczającym stopniu Ameryki. "My zawsze jesteśmy z nimi, kiedy nas potrzebują. Oni nigdy nie są z nami".

Trump znalazł zatem dość szybko kozła ofiarnego, mimo że w tym samym czasie amerykańskie siły zbrojne korzystały z co najmniej kilku baz m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech i Grecji. Jednocześnie prezydent zdawał się nie rozumieć, jak działa Sojusz Północnoatlantycki i jakie są prawa i obowiązki jego członków.

Gdy zarzuty o "niewdzięczność" okazały się puste, a zgoła absurdalne, Trump zaczął powtarzać niczym mantrę inną frazę: wojna przeciwko Iranowi ma powstrzymać szyicki reżim przed pozyskaniem arsenału atomowego, a tym samym uchronić świat, a w największej mierze Europę, przed nuklearną zagładą.

Ten argument można by jeszcze uznać za logiczny i zasadny, było już jednak za późno, by zmusić Emmanuela Macrona, Friedricha Merza czy Giorgię Meloni do bardziej ochoczej współpracy. Przypomnijmy też, że w tym samym czasie Trump nadal rozpalał spór z Danią o Grenlandię i zapowiadał aneksję Kanady. Nic dziwnego, że zaufanie między najważniejszymi członkami NATO uległo erozji i do dziś nie zostało do końca odbudowane.

Podobne nastroje panują również wśród bliskowschodnich monarchii, które nagle dostrzegły wyraźny kontrast między natarczywą propagandą Białego Domu a rzeczywistą wartością amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Między sloganami o "irańskim zagrożeniu" a partykularnymi biznesami rodziny i przyjaciół Trumpa, z Jaredem Kushnerem i Stevem Witkoffem na czele. Prezydent USA traktuje Arabię Saudyjską, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie nie jako długofalowych wspólników, ważnych z punktu widzenia interesów USA na Bliskim Wschodzie, lecz jako bajecznie bogatych kontrahentów, skarbonki bez dna, do których należy zapewnić dostęp amerykańskim koncernom zbrojeniowym, gigantom z sektora technologicznego oraz… jego synom Ericowi i Donaldowi Juniorowi.

Dwie nowe osie

To także powód, dla którego wspomniane państwa zaczęły się rozglądać za nowymi formatami i nieoczywistymi aliansami, żeby powoli uniezależnić się od militarnego parasola Waszyngtonu – obecnie już mocno wątpliwego.

Najbardziej nagłośniony medialnie był oczywiście Pakt z Mekki, podpisany na początku sierpnia przez Arabię Saudyjską, Turcję i Pakistan. Amerykańska administracja widzi, że na jej oczach rozsypuje się istniejąca od lat i na pozór dość stabilna konfiguracja, w której Stany Zjednoczone są politycznym i wojskowym partnerem zarówno dla Izraela, jak i dla najważniejszych krajów muzułmańskich w Zatoce Perskiej. Układ ten miał zostać scementowany Porozumieniami Abrahamowymi (właśnie minęła szósta rocznica ich ratyfikowania), przewidującymi "normalizację" stosunków między Izraelem a grupą państw arabskich.

Wszyscy regionalni aktorzy wiedzą jednak, że bez formalnego udziału Saudów ta konstelacja będzie niepełna. Dlatego też Trump często powtarza, iż niektóre stolice "za chwilę dołączą do Porozumień Abrahamowych", w niezbyt zawoalowany sposób sugerując, że chodzi o Rijad. Co jest, w gruncie rzeczy, wyrazem jego życzeniowego myślenia, nie zaś zapowiedzią dyplomatycznego przełomu, do którego w najbliższym czasie prawdopodobnie nie dojdzie.

W takiej sytuacji rodzą się w tej części globu dwie nowe osie, aczkolwiek nadal płynne: USA-Izrael-Indie oraz Turcja-Arabia Saudyjska-Pakistan (z wiodącą rolą Ankary), połączone interesami geopolitycznymi i handlowymi. Ameryce coraz trudniej będzie te dwie osie spiąć. W przewidywalnej przyszłości Stany Zjednoczone już nie wrócą do roli głównego rozgrywającego oraz "patrona" zarówno Izraela, jak i zatokowych monarchii.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.