Jeśli Nawrocki jest winien cenom paliw, to ja rozpętałem wojnę trojańską

Ludzie płaczą i płacą, podczas gdy ceny paliw na stacjach biją kolejne rekordy. Drogie paliwa to zaś nie tylko problem zwykłych gospodarstw domowych. To także wyższe koszty funkcjonowania większości przedsiębiorstw: od transportu przez logistykę po rolnictwo. A gdy rosną koszty biznesu to pierwsi czują to na własnej skórze pracownicy. Krótko mówiąc, mamy problem. Problem ekonomiczny i polityczny.
"Panie ministrze, pan powie, gdzie takie tanie paliwo"
Problem ma także władza. Otoczenie Donalda Tuska doskonale wie przecież, że olbrzymia część społeczeństwa oczekuje od polityków aktywnych działań w tej sprawie. Zjednoczona Prawica poprzeczkę zawiesiła wysoko, prowadząc w czasie kryzysu energetycznego z lat 2022-23 bardzo aktywną politykę obniżania detalicznych cen paliw. W dół poszły wtedy VAT i akcyza, co sprawiło, że benzyna czy diesel nawet w najbardziej kryzysowym momencie sięgały najwyżej 7-8 zł za litr. Ówczesna opozycja waliła wtedy w Morawieckiego i Obajtka jak w bęben, lubując się w zdjęciach typu selfie przy stacyjnych wskaźnikach cen. Z obowiązkowym podpisem "PiS = drożyzna".
Teraz ta polityczna karma do nich wraca ze złośliwym chichotem. Dziś czołowi politycy KO najchętniej pokasowaliby te wszystkie wpisy i zdjęcia, bo wyglądają na kiepski żart. "Panie ministrze, pan powie gdzie takie tanie paliwo, to zaraz się tam udamy" - chciałoby się skomentować jego dawne wpisy, na których widać 95-tke po 5,98 a diesla za 6,03. Rzeczywistością jest już bowiem to, że zbliżamy się do granicy 10 złotych za litr.
Tusk zamierza z tego kryzysu wyjść przy pomocy swojego stałego numeru. To znaczy wykonać potrójny fikołek osłaniany partyjnym przekazem dnia owiniętym w perswazję prorządowej medialnej otuliny. Sednem planu jest oczywiście przesunięcie winy a na kogoś innego.
Wina Nawrockiego
Do roli winowajcy wybrany został rzecz jasna prezydent Karol Nawrocki. Pretekstem jest to, że odesłał do TK rządową ustawę o zyskach koncernów paliwowych. Celem tejże było wprowadzenie podatku od ponadnormatywnych zysków spowodowanych inflacją cen paliw. Stawka tego podatku miała wynieść 60 procent od tego, jak urosły marże nafciarzy w porównaniu z rokiem 2025. Co przy podstawie opodatkowania na poziomie 6,7 mld złotych przynieść powinno prawie 4 mld dodatkowych pieniędzy w budżecie na rok 2026.
Prezydent tamtą ustawę odesłał do TK, wskazując jej sprzeczność z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Argumentował, że podatek, który zaplanował rząd, miał być naliczany od zysków osiąganych od dania 1 marca 2026 roku. Ustawa zaś miała wejść w życie dopiero 1 września. Czyli sześć miesięcy później.
W normalnym świecie Nawrocki powinien dostać od rządu kwiaty i bombonierkę, bo niechybnie uratował polskie państwo od potencjalnych skarg ze strony koncernów paliwowych, które - co więcej niż pewne - uruchomiłyby wszystkie możliwe sądy międzynarodowe i arbitrażowe, by bronić swego interesu.
Zamiast kwiatów Nawrocki został jednak ogłoszony przez rządową propagandę głównym winowajcą drogiego paliwa w Polsce. Rząd zakomunikował bowiem, że te 4 mld miały zostać użyte do finansowania mechanizmu CPN. Czyli obniżania cen paliw na stacjach drogą obniżki VAT oraz akcyzy. Czyli faktycznego uszczuplenia wpływów budżetowych.
Ta rządowa opowieść powtarzana jest od tamtej pory niczym zaklęcie. Winny Nawrocki, Nawrocki winny. Tankujecie drogo? To przez Nawrockiego. Gdyby nie Nawrocki. I tak dalej. Wszystko po to, by ukryć faktyczne sedno problemu. Polega on z grubsza na tym, że…
No to policzmy
Po pierwsze, nawet gdyby udało się rządowi uchwalić podatek od zysków koncernów paliwowych, to uzyskane w ten sposób środki tylko częściowo osłoniłyby budżetowe straty poniesione w wyniku wdrażania programu CPN (czyli wspomnianych obniżek VAT i akcyzy).
Policzmy na spokojnie. Cały zysk z podatku za trzy kwartały roku 2026 (od marca do grudnia) wynieść miał wspomniane 4 mld, prawda? Tymczasem koszt programu CPN to jak dotychczas już 5,2 mld. A przecież CPN obowiązywał w sumie tylko przez trzy miesiące. I mam tu na myśli obie jego odsłony. Zarówno pierwszy CPN od końca marca do połowy czerwca. Jak i CPN II przez ostatnie dwa tygodnie wakacji.
Skoro więc te trzy miesiące kosztowały budżet ponad 5 mld uszczuplonych wpływów, to można zakładać, że w skali roku ten koszt będzie nawet czterokrotnie wyższy. Albo więc podatek od zysków będzie musiał być wyższy, albo będziemy musieli finansować CPN długiem. Oczywiście to ostatnie rozwiązanie nie jest - obiektywnie patrząc - końcem świata.
Rząd Tuska ma już jednak i tak rekordowo wysokie zadłużenie, z którym nie bardzo wie, jak sobie poradzić. Tłumaczenia, że wciąż zmaga się z pozostawionymi przez wrednych liczykrupów od Morawieckiego pułapkami fiskalnymi naprawdę już przekonuje chyba tylko najsilniejszych Silnych Razem.
Ropy jest mało, będzie jeszcze mniej
Po drugie, trzeba pamiętać, że drogie paliwo w Polsce jest związane z tym, że mamy go mało. A będziemy mieli jeszcze mniej. Ledwie kilka dni temu główny dostawca ropy dla Orlenu, czyli koncern Saudi Aramco poinformował, że zawiesza część wrześniowych dostaw. Dla Polski to problem, bo od Saudyjczyków bierzemy 40 procent popytu.
Orlen odgraża się, że spokojnie zaspokoi popyt gdzie indziej. Kupi w USA albo Kazachstanie. Ale tam też przecież spotka innych europejskich odbiorców. Dlaczego? Bo Europa własnej ropy ma bardzo niewiele. Mało tego. Przez ostatnich 15 lat w ramach polityk klimatycznych w znacznym stopniu wygasiła własne zdolności rafinacyjne. Co opisałem ze szczegółami w jednym z poprzednich tekstów.
Po trzecie, nawet jeśli rządowi uda się poprawić ustawę o podatku dla koncernów naftowych (a słychać, że projekt jest już w legislacji) a prezydent ją podpisze i program CPN będzie mógł działać permanentnie (a nie tylko na początek i koniec wakacji), to przecież i tak nie rozwiąże problemu podaży ropy i paliw przetworzonych, czyli sedna tego, z czym się dziś zmagamy. Przeciwnie, raczej te problemy przyspieszy. Przecież im tańsze paliwo, tym wyższe jego zużycie, prawda? A im wyższe zużycie, tym szybsze wyczerpywanie zasobów, które i tak są już w całej Europie na poziomie alarmującym. A do tego jeszcze idzie jeszcze ciężka zima.
Od Trumpa do Nawrockiego (przez cieśninę Ormuz)
I po czwarte, można oczywiście uciekać w piętrową geopolitykę. Mówić, że ceny paliw to wina Nawrockiego, bo on jest sojusznikiem Donalda Trumpa. A to wywołanie przez USA wojny z Iranem doprowadziło do wstrzymania dostaw przez cieśninę Ormuz oraz rurociągi pustynne w Arabii Saudyjskiej. W efekcie to Nawrocki winien jest tego, że diesel na stacji zbliża się do dyszki za litr.
Ale tu też warto przecież zachować przynajmniej elementarny rozsądek. Wziąć poprawkę na zerowe przełożenie Nawrockiego na Trumpa w temacie wojny w Iranie. Albo na to, że polska prawica stawia na USA z uzasadnionych powodów. Mianowicie uważa (podobnie jak wciąż większość Polaków), że w sytuacji autentycznego egzystencjonalnego zagrożenia to supermocarstwo USA, a nie bezbronny Zachód, jest jedynym realnym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Tu i teraz - a nie potencjalnie w przyszłości, gdy Europa może wreszcie się ogarnie.
A skoro już o dużej geopolityce mowa, to można ten argument zupełnie spokojnie odwrócić. I postawić zarzut odwrotny. Zapytać kto nas wpuścił w ten energetyczny kanał na poziomie europejskim? Kto projektował klimatyczną politykę dekarbonizacji - a więc odchodzenia od paliw kopalnych i zdolności do ich rafinacji? Kto uzależnił Europę od surowców z Rosji?
Czy nie byli to przypadkiem politycy liberalnego unijnego establishmentu o bardzo konkretnych nazwiskach takich jak Merkel, von der Leyen, Timmermans, których Karol Nawrocki otwarcie krytykuje? A którzy byli współpracownikami Donalda Tuska w czasie jego brukselskiej przygody z lat 2014-2022. A dziś są sojusznikami, a nawet politycznymi protektorami jego rządów w Polsce?
"Polityczny WF": Problem Morawieckiego. Czy odnajdzie się w walce?INTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.