"Netanjahu wykończy nas wszystkich". W Izraelu śmiech przez łzy
Moje występy to już nie tylko śmiech. Ludzie na nich również płaczą, bo lubię osadzać wszystko w polityczno-społecznej rzeczywistości. To mój sposób radzenia sobie z rzeczywistością – mówi Noam Shuster-Eliassi. Izraelska stand-uperka w rozmowie z Wirtualną Polską opowiada m.in. o micie żydowsko-palestyńskiej koegzystencji i zbliżających się wyborach parlamentarnych w Izraelu.
Noam Shuster-Eliassi to izraelska komiczka i aktywistka, która tworzy i występuje w języku arabskim, hebrajskim i angielskim. Dorastała w "Oazie Pokoju", jedynej społeczności, w której Palestyńczycy i Żydzi mieszkają razem z wyboru. To doświadczenie stanowi fundament znacznej części jej twórczości.
Zanim zajęła się komedią, przez lata pracowała na rzecz budowania pokoju i rozwiązywania konfliktów, współpracując m.in. z Organizacją Narodów Zjednoczonych. Jej satyryczne nagrania zyskały dużą popularność w świecie arabskim. W roku 2018 została pierwszą żydowską artystką, która wystąpiła na Festiwalu Komedii w Palestynie (Palestine Comedy Festival).
Jej autorski spektakl "Coexistence, My Ass!" stworzony na Uniwersytecie Harvarda był prezentowany na całym świecie.
WIDEO
Izrael chce reedukować Polaków? | Marek Magierowski, Zbigniew Parafianowicz | BEZ DOKTRYNY #7
WIDEO
Pełnometrażowy film dokumentalny pod tym samym tytułem, w reżyserii Amber Fares, śledzi losy Shuster-Eliassi na przestrzeni pięciu lat, pokazując proces powstawania spektaklu na tle napięć w jej ojczyźnie. Film miał swoją premierę na festiwalu Sundance w 2025 r., gdzie zdobył Nagrodę Specjalną Jury za Wolność Ekspresji, a także znalazł się na krótkiej liście kandydatów do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny w 2026 r.
Szymon Opryszek, Wirtualna Polska: Donald Trump, Władimir Putin i Benjamin Netanjahu tego samego dnia trafiają przed oblicze Boga. Znasz ten żart?
Noam Shuster-Eliassi: Nie znam. Dawaj.
Bóg proponuje każdemu z nich, aby mógł na minutę zadzwonić do swojego kraju. Dzwoni Trump. Kończy, a Bóg wystawia rachunek na milion dolarów i prezydent wypisuje czek. Podobnie Putin, choć ten płaci z funduszy państwowych. W końcu dzwoni Netanjahu: kłóci się o podział stołków, negocjuje z ortodoksami, ogłasza przedterminowe wybory, przedrzeźnia opozycję. Trump i Putin są oburzeni, bo Netanjahu nie dość, że nawija ponad godzinę, to płaci tylko jedną szeklę. Bóg wyjaśnia: "Panowie, spokojnie, dzwoniliście za granicę, a" Bibi "dzwonił z piekła do piekła – to była rozmowa lokalna".
– Niezłe! W swoich występach ironizuję, że Izrael jest tak silną demokracją, że wybory odbywają się co dwa tygodnie. I co dwa tygodnie Netanjahu jest wybierany ponownie.
On sam śmiałby się z tego żartu?
Niewykluczone, bo ma poczucie humoru, choć kiepskie. Potrafi iść na wywiad do telewizji lub do podcastu, śmiać się z najgłupszych rzeczy, by przypodobać się niższym warstwom społecznym. Zależy mu, żeby ludzie myśleli, że jest autentyczny. Wyobrażam sobie, że ogląda izraelskie programy satyryczne, które z niego szydzą i potrafi się śmiać z samego siebie. Potem jednak zwraca się do swoich wyborców i nastawia ich przeciwko satyrykom, których uważa za "spiskowców" i "lewaków".
Podczas jednego z wywiadów Netanjahu został zapytany, jak tragiczne wydarzenia z 7 października 2023 r. wpłynęły na niego. Odparł żartem: "Schudłem".
Ta wypowiedź pokazuje całą prawdę o nim. Człowiek, na którego głosuje tak wielu Izraelczyków, otwarcie przyznaje, że w największej tragedii narodu w ostatnich latach jedyną rzeczą, jaką stracił, są kilogramy. Cały on. To pokazuje też, że jego wyborcy mają wyprane mózgi jego kilkunastoletnią propagandą.
Jeden z polskich polityków, kreujący się na czołowego opozycjonistę z czasów PRL, wspominał w wywiadach, że w dniu wprowadzenia u nas stanu wojennego nie został internowany, bo "długo spał". Podobnie Netanjahu: spał, gdy terroryści z Hamasu dokonywali masakry w Izraelu.
We wrześniu tego roku dziennikarze ustalili, że półtora tygodnia przed atakiem Hamasu szejk Mohamed bin Zayed Al Nahyan ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich ostrzegał Netanjahu, że planowana jest "wielka operacja" Hamasu.
Ale premier zbagatelizował wieści i nie ostrzegł ani armii, ani służb bezpieczeństwa. 7 października spał sobie spokojnie. A gdy doszło do masakry cywili, zaczął oskarżać wszystkich wkoło: współpracowników, służby, establishment, że go nie obudzili. Twierdził nawet, że gdyby to zrobili, to do masakry by nie doszło. Wszyscy są winni, tylko nie on.
Zmierzam do tego, czy z tragedii 7 października można żartować?
Mogę mówić tylko za siebie. Przez pierwsze kilka miesięcy było ciężko. Nie wiedziałam, co robić i co mówić. Moje serce było złamane z wielu powodów. Po pewnym czasie zaczęłam rozumieć, że ludzie – przynajmniej ci z mojego kręgu, moja publiczność, czyli Palestyńczycy i Żydzi, którzy cierpią – chcą być razem.
Moje występy to już nie tylko śmiech. Ludzie na nich również płaczą, bo lubię osadzać wszystko w polityczno-społecznej rzeczywistości. To mój sposób radzenia sobie z rzeczywistością.
Ale bolało też, gdy widziałam, że wielu izraelskich komików bardzo szybko wróciło do występów w bazach wojskowych, by rozśmieszać żołnierzy, zanim ci wyruszą do Strefy Gazy, by popełniać zbrodnie wojenne.
Nie chcę ich demonizować, ale wykorzystali komedię, by stać się częścią tego systemu, tej machiny, tego prania mózgów, któremu wszyscy ulegają – wyśmiewając bombardowania, mieszkańców Gazy czy nawet głodujące palestyńskie dzieci.
Sam słyszałem od taksówkarza w Tel Awiwie z pozoru niewinny żart, który jednak dotyczył ludobójstwa.
Myślę, że ma to związek z wieloletnią dehumanizacją Palestyńczyków. Uznaliśmy za normę fakt, że oni mogą żyć w warunkach blokady i oblężenia, odcięci punktami kontrolnymi. Tymczasem izraelskie społeczeństwo wiedzie własne życie, jednocześnie okupując miliony ludzi, nie dostrzegając problemu. Tamten świat wydaje się odległy, a człowiek nie zdaje sobie sprawy, że problem istnieje tu i teraz – tam, gdzie jest jego dom.
Jako wnuczka osoby ocalałej z Holokaustu, wiem, że humor jest częścią naszego sposobu radzenia sobie z traumą. Żydzi z tego słyną. Ale po 7 października obserwowanie tego było dla mnie naprawdę trudne i bolesne. Zwłaszcza że dla mnie komedia jest potężnym narzędziem, którego używam, by kwestionować status quo, obnażać nadużycia władzy, stawiać jej opór i sprzeciwiać się maszynie wojennej.
Wydaje się, że takie "rewolucyjne" podejście – mówiąc kolokwialnie – wyssałaś z mlekiem matki.
Dorastałem w zupełnie innych warunkach niż większość Izraelczyków, a tożsamość palestyńska stanowi istotną część mojej własnej tożsamości. Moja matka jest irańską Żydówką, a ojciec – rumuńskim Żydem. Są razem od liceum i od zawsze wierzą – jak często żartuję – w niezwykle radykalną ideę, że Izraelczycy i Palestyńczycy zasługują na takie same prawa człowieka.
Gdy miałam cztery latka, ojciec trafił do izraelskiego aresztu wojskowego za odmowę służby na okupowanym Zachodnim Brzegu. Wszyscy ojcowie w moim otoczeniu uchodzili za bohaterów, bo zakładali mundury i szli do wojska. Ale w naszym domu bohaterem był mój tata, bo tego nie robił – zamiast tego trafił za kraty. Wiedziałam więc, że dzieją się bardzo złe rzeczy, a mój ojciec nie bierze w nich udziału.
Gdy miałam siedem lat, rodzice postanowili: "Nie wychowujmy dzieci na typowych Izraelczyków". Przeprowadziliśmy się do jedynego miejsca w kraju, gdzie Żydzi i Palestyńczycy żyją razem z własnego wyboru.
Mówisz o nieco utopijnej "Oazie Pokoju"?
Po arabsku nazywa się: Wahat al-Salam. W języku hebrajskim: Neve Shalom. Ale kiedy wpisuję tę nazwę w iPhonie, autokorekta zmienia ją na "Never Shalom" [Nigdy Szalom]. Lubię z tego żartować. Gdy przeprowadziliśmy się do "Oazy Pokoju", wybuchła właśnie druga Intifada. Był taki moment, że izraelskie służby zabiły trzynastu palestyńskich obywateli Izraela podczas protestów. Znaliśmy niektórych z nich. Braliśmy udział w pogrzebach.
Pamiętam, jak siedziałam w samochodzie i uświadomiłam sobie, że Palestyńczycy zabici podczas demonstracji to ludzie, z którymi żyjemy na co dzień. Że to nie są "jacyś" Palestyńczycy ze Strefy Gazy czy Zachodniego Brzegu, ale nasi sąsiedzi.
Nie mieściło mi się w głowie, że Izrael mógłby zabić także moją najlepszą przyjaciółkę czy właśnie sąsiadów. I wtedy zrozumiałam, że to całe sielankowe życie w "Oazie Pokoju", spotkania, trzymanie się za ręce i śpiewanie o pokoju – ten cały dialog, to całe bla, bla, bla – są całkowicie oderwane od rzeczywistości.
Nie chce mi się wierzyć, że życie w takiej społeczności pozbawione było konfliktów.
Mam sporo zastrzeżeń do tego typu inicjatyw pokojowych. Ale jestem też z nich bardzo dumna. Bo problemy, z którymi się tam mierzyliśmy, to były zwykłe sprawy, z jakimi boryka się każda społeczność. Wspólne życie Żydów i Palestyńczyków nie jest niczym nadzwyczajnym, generuje takie same problemy jak życie każdych innych ludzi. Patrzę czasem na grupę na WhatsAppie dla mieszkańców wioski – jest bardzo zabawna. Kłócimy się o zwyczajne sprawy. Choć mieszkają tu rodziny, które świadomie wybrały koegzystencję, to na przykład kwestia służby wojskowej budzi ogromne emocje.
Po 7 października sytuacja w Strefie Gazy czy na Zachodnim Brzegu jest tak dramatyczna, że nagle patrzę na moją społeczność i myślę: "O, przynajmniej u nas nie jest tak źle". To miejsce, w którym moi palestyńscy przyjaciele mogą mówić po arabsku. Przynajmniej tyle. Czy słyszysz, jak to brzmi?
Całe dzieciństwo byłaś "ambasadorką" koegzystencji. Uczyłaś się w Szkole Pokoju, gdzie, jak śmiejesz się podczas stand-upu, wszystkie dzieci były przygotowane do odebrania Pokojowej Nagrody Nobla. Wręczałaś kwiaty Hillary Clinton, podejmowałaś Jane Fondę i ważnych delegatów ONZ.
Pamiętam siebie i moją najlepszą przyjaciółkę z tamtych czasów. Kiedy dorastałyśmy, dostawałyśmy rozliczne prośby. W stylu: "Czy możecie przyjść do radia? Włączymy mikrofony, a wy zaśpiewacie "Imagine" Johna Lennona?". Ludzie prosili nas o udział w najbardziej symbolicznych wydarzeniach – jakby to miało sprawić, że świat stanie się lepszy, a oni poczują się lepiej.
Bo potem mogli powiedzieć: "O, były tu dwie urocze dziewczynki: Izraelka i Palestynka, razem zaśpiewały "Imagine". A my miałyśmy ochotę im wykrzyczeć: "Dajcie nam święty spokój".
Dosyć szybko zrozumiałam, że istnieją konkretne kroki, które trzeba podjąć, by wspólnie walczyć o równość. Zamiast nucić piosenki Lennona w radiu, musimy toczyć walkę z nierównością i niesprawiedliwością. Samo wspólne mieszkanie nie wystarczy. Trzeba dawać własnym przykładem świadectwo tego, co to znaczy być izraelskim Żydem, co znaczy żyć razem w tej rzeczywistości pełnej nierówności i niesprawiedliwości.
Szybko nauczyłam się języka arabskiego. To nie był taki sztywny arabski, ale język podwórka, którego uczyłam się od palestyńskich przyjaciół, bo po prostu wszyscy żyliśmy razem.
Pewnego razu, gdy byłam już w szkole średniej przeznaczonej tylko dla żydowskich mieszkańców Izraela, wyciągnęli mnie z klasy. Przyszedł oficer i przeprowadził coś w rodzaju przesłuchania. Chwalił mój arabski i dawał do zrozumienia, że czeka mnie świetlana przyszłość. Aż w końcu zrozumiał, że nie jestem tym typem człowieka, że nie wykorzystam swojej znajomości arabskiego do szpiegowania Palestyńczyków.
Zamiast do Mossadu trafiłaś do ONZ. Brałaś udział w konferencjach i przemawiałaś do polityków. I nagle to rzuciłaś i poszłaś w stand-up.
Miałam wrażenie, że ludzie przestali słuchać polityków i aktywistów, a zaczęli słuchać komików i artystów. Czułam desperacką potrzebę dokonania zmiany, by mój głos został usłyszany. Chciałam dotrzeć do nieprzekonanych.
W tamtym czasie Wołodymyr Zełenski został akurat wybrany na prezydenta Ukrainy. Pomyślałem: "O, żydowski komik z Ukrainy, który pisał skecze, postanowił zostać prezydentem – i nim został". I wtedy uznałam, że się tym zajmę.
I napisałam program "Coexistence, My Ass!". Chciałam zacząć dyskusję o micie współistnienia dwóch narodów w kontraście do brutalnej rzeczywistości, z którą musimy się mierzyć w kraju opartym na żydowskiej supremacji.
Chciałam skonfrontować się z brutalną rzeczywistością kryjącą się za pojęciami koegzystencji i pokoju – słowami, którymi szafuje się bez chwili refleksji nad tym, co one tak naprawdę znaczą. Jak Izraelczycy i Palestyńczycy mogą współistnieć, skoro odmawiamy Palestyńczykom prawa do istnienia? Skoro oni żyją pod okupacją i w obliczu trwającego ludobójstwa w Strefie Gazy? Chciałam właśnie postawić te kluczowe pytania o koegzystencję i o to, czym ona naprawdę jest.
Pokój i współistnienie będą skutkiem ubocznym sprawiedliwości – gdy uda nam się zakończyć okupację, gdy pociągniemy Izrael do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne i wszystko to, co robił przez dziesięciolecia.
Widziałem, jak wchodzisz na scenę Palestine Comedy Festival i zwracasz się – ty, izraelska Żydówka – do tłumu Palestyńczyków: "Zostaję tylko na siedem minut, a nie na 70 lat".
Coś takiego naprawdę rozładowuje napięcie – odnosisz się bowiem do kwestii władzy, do układu sił. Na tym właśnie polega piękno komedii: nie musisz rozwiązywać problemów. Używasz żartu, by wydobyć trudne sprawy na światło dzienne.
Komedia dała mi wspaniały dar: możliwość mówienia bez cenzury, bez tłumaczenia się z poglądów. Mówię więc widzom: "Jeśli czujecie ulgę lub utwierdzacie się w przekonaniu, słysząc to od izraelskiej Żydówki, to dlaczego nie wierzycie Palestyńczykom? Dlaczego potrzebujecie izraelskiej Żydówki, by w to uwierzyć?".
To wszystko działo się przed 7 października. A potem Hamas dokonał rzezi cywilów. To był nieludzki akt terroru, który doprowadził do wojny w Strefie Gazy.
Nigdy, przenigdy nie usprawiedliwię tego, co zrobił Hamas. To był potworny dzień, dzień straszliwej masakry, w której straciłam przyjaciół i znajomych. Nigdy nie ma usprawiedliwienia dla krzywdzenia cywilów, porywania starszych kobiet czy dzieci. To było nieludzkie.
Tyle że wojna w Strefie Gazy nie zaczęła się od 7 października. Kontekst jest o wiele szerszy. To m.in. efekt kulminacji 60 lat polityki segregacji, totalnego apartheidu w każdym właściwie aspekcie.
Zgadzam się. Jeśli nie będziemy chcieli zobaczyć szerszej perspektywy i zrozumieć głębszych problemów, z jakimi się mierzymy, to przemoc będzie się dalej napędzać. Zarówno ta ze strony Izraela, jak i ta wymierzona w Izrael. Gdy pisałam program "Coexistence, my ass" takim "słoniem w pokoju" – czyli problemem, którego wszyscy są świadomi, ale o którym się nie mówi, był temat okupacji. Nie przypuszczałam, że w tak krótkim czasie "słoniem" stanie się ludobójstwo – co jest po prostu druzgocące.
Rodacy jeszcze przychodzą na twoje stand-upy?
Przed rokiem 2023 ludzie, tacy jak ja, mieli jeszcze jakieś alternatywne przestrzenie, szczeliny zdrowego rozsądku. A dziś mam o wiele mniej występów w Izraelu. Dwa miesiące temu w Jerozolimie odbył się pokaz filmu o mnie. Na widowni siedziało czterysta osób, a wśród nich były trolle, które przyszły, by zakłócić wydarzenie. Gdy tylko wymieniłam liczbę dzieci zabitych przez Izrael w Strefie Gazy, zaczęli krzyczeć: "Zdrajczyni!".
Niedawno byłam w Tel Awiwie – ktoś zatrzymał samochód, splunął w moją stronę i zaczął mnie wyzywać. Na występy za granicą przychodzi mnóstwo ludzi, a jednocześnie z Izraela docierają do mnie setki hejterskich wiadomości, nawet groźby śmierci.
Jeden z moich dalszych krewnych to zagorzały prawicowy fanatyk. Kiedy napisałam, że popieram film dokumentalny "Naza" [ukazuje mechanizmy działań izraelskich żołnierzy, będące zaplanowanym, masowym zabijaniem Palestyńczyków - red.], zaatakował mnie i powiedział swoim obserwującym, że jesteśmy rodziną, ale że jestem jego wrogiem. Wszyscy rzucili się na mnie z groźbami. W niezamierzony sposób zapewnili mi taki ruch w mediach społecznościowych, że wyprzedałam bilety na całą trasę. Czasem trzeba pokochać swoich hejterów.
Kilka lat temu, podczas demonstracji przeciwko Netanjahu, wielokrotnie pytałaś liberalnych Izraelczyków, czy dostrzegają jakikolwiek związek między tymi protestami a kwestią Palestyny. Większość odpowiadała przecząco.
Mówili: "Stracimy demokrację, a to nie ma nic wspólnego z Palestyńczykami". Jeśli więc typowy izraelski liberał – albo ktoś, kto uważa się za liberała – nie dostrzega związku między kierunkiem, w jakim zmierza izraelska demokracja, a faktem, że od wielu dekad sprawujemy kontrolę nad milionami ludzi, to mamy do czynienia ze społeczeństwem żyjącym w zaprzeczeniu.
Gdzie jest granica obojętności?
Weźmy wspomniany film "Naza". Wcale nie pokazuje Strefy Gazy czy Zachodniego Brzegu, a domy z Tel Awiwu, gdzie ludzie o poglądach lewicowych i liberalnych – należący do ścisłych elit, służący w jednostkach wywiadu wysokiego szczebla – dopuszczają się okropnych rzeczy. Więc nie wiem.
Czy indoktrynacja, której są poddawani Izraelczycy, jakoś ich usprawiedliwia?
Dorastając, jesteśmy uczeni, że pozostajemy ofiarami, choć faktycznie już nimi nie jesteśmy. Mamy własny kraj, silną armię, a jednak wciąż zachowujemy się jak ofiary. Weźmy choćby przekaz, jaki otrzymujemy podczas szkolnych wyjazdów do Polski. Jaki wniosek płynie z tej niezwykle smutnej, mrocznej historii? Co oznacza hasło "nigdy więcej"?
Dla nas oznacza ono "nigdy więcej dla nas", a nie uniwersalne "nigdy więcej" dla wszystkich. Młodzi Izraelczycy słyszą więc, że muszą wracać do kraju i być tak silni, tak bojowo nastawieni i potężni, jak to tylko możliwe. To oznacza, że jeśli Palestyńczycy spróbują się zbuntować, to nie będzie litości, bo przecież wciąż jesteśmy ofiarami i musimy się bronić. Cała ta narracja prowadzi do potężnej indoktrynacji, która ma skłaniać obywateli do działań i przekonań zgodnych z oczekiwaniami władzy.
Łatwo pomstować na Izraelczyków, patrząc z perspektywy Europy. Niby wspieramy Palestynę, ale to zwykle puste gesty.
Rozmawiałem o tym z palestyńskim komikiem, który chce pisać żarty na ten temat. Chodzi o tych zachodnich protestujących, którzy chodzą z przypinkami w kształcie arbuza, opaskami we wzór arbuza, flagami z arbuzem i wszystkim innym w tym stylu. Słuchasz tego, czy tamtego muzyka, klikasz "lubię to", udostępniasz i myślisz, że ratujesz Palestynę.
Ale są przecież znacznie poważniejsze rzeczy do zrobienia – na przykład rozliczanie wybranych przez nas polityków. Rozmawiajcie ze swoimi społecznościami, z rodzinami, nie bójcie się poruszać tych tematów, bo wasze rządy mają w tym swój udział i są współwinne.
Kilka lat temu twoja Szkoła Pokoju została podpalona. Dziś mamy wojnę w Gazie, dziesiątki tysięcy ofiar, dwa miliony przesiedlonych, a do tego kampanię terroru osadników na Zachodnim Brzegu. Widzisz nadzieję?
Ona jest jak kwestia współistnienia narodu izraelskiego i palestyńskiego. To kwestia oczywista. Skoro moi przyjaciele w Gazie przetrwali ludobójstwo i próbują żyć, to kim jestem ja, by mówić, że nie ma nadziei?
Ale czy po tym wszystkim da się jeszcze pisać komedię?
To bardzo trudne, ale w ten właśnie sposób radzę sobie z sytuacją. Moje występy nie kończą się teraz śmiechem, lecz łzami. Mówię o tym, co czuję i czego pragnę. Postulat zakończenia czystek etnicznych nie jest radykalny. Żądanie powstrzymania ludobójstwa nie jest radykalne. Reprezentuję prostą prawdę o równości i mam nadzieję, że przy okazji ludzie będą się też śmiać.
Zaczęliśmy rozmowę od Netanjahu. Jego przeciwnicy często żartują, że gdy obiecuje "natychmiastowy pokój", w rzeczywistości chodzi mu o "święty spokój", czyli brak konieczności przeprowadzania kolejnych wyborów. Ale kolejne wybory już 27 października. Niektórzy uważają, że są najważniejsze w historii Izraela.
Wiem, że zaczęliśmy wywiad od Netanjahu i chcesz na nim skończyć. Muszę cię jednak poprawić: to Netanjahu wykończy nas wszystkich. On nie odchodzi, a przynajmniej na to się nie zanosi. Szczerze mówiąc, nawet w najlepszym możliwym scenariuszu tych wyborów sytuacja jest fatalna. Miną lata, zanim uda się naprawić to, co się dzieje.
Dlatego małe szczegóły, małe głosy są ważne. Bo koniec końców może to oznaczać, że zginie mniej Palestyńczyków.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.