Wywieźli zwierzęta, teraz mówią: otwierajcie. Zaskakujący zwrot prokuratury ws. zoo w Łącznej
- 13 października prokuratura weszła z policją do zoo w Łącznej i zaczęła wywozić zwierzęta. Według śledczych nieprawidłowości dotyczą 561 zwierząt. Zarzuty usłyszało pięć osób, a część zwierząt trafiła m.in. do Holandii.
- Sześć dni później ta sama prokuratura ogłosiła, że zoo może zostać ponownie otwarte. Większość zwierząt została na miejscu pod opieką burmistrza Mieroszowa. Śledczy nie zamierzają płacić za ich utrzymanie, więc pieniądze na karmę mają pochodzić ze sprzedaży biletów.
- Akcja budzi coraz więcej pytań. Pierwsze opinie biegłych dotyczą wyłącznie ptaków. Były prokurator, z którym rozmawiała WP, wytyka śledczym, że przeciek, na który się skarżą, spowodowali sami. Jego zdaniem w wałbrzyskiej prokuraturze powinny posypać się dymisje.
18 maja. Prokuratorzy z Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu po raz pierwszy wchodzą do zoo w Łącznej. Robią to po zawiadomieniach od organizacji zajmujących się ochroną zwierząt. Zdaniem zawiadamiających wybiegi są zbyt małe, zwierzęta niewłaściwie utrzymywane i niedostatecznie chronione przed zimnem.
DLA CIEBIE
Czy OZE mogą wyłączyć prąd?
DLA CIEBIE
Maj–czerwiec. Po wyjściu z ogrodu prokuratorzy – jak twierdzą – konfrontują zebrane na miejscu informacje z opiniami fachowców.
Lipiec. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska na podstawie tych samych zawiadomień wszczyna procedurę, która w ostateczności może doprowadzić do cofnięcia zgody na prowadzenie prywatnego zoo. GDOŚ dotychczas takiej decyzji jednak nie wydała.
Początek października. Robi się coraz chłodniej, a prokuratura przygotowuje się do ponownego wejścia do zoo. Śledczy szukają biegłych oraz miejsc, do których mogłyby trafić odebrane zwierzęta.
13 października. Rusza akcja służb. Policja i prokuratura wchodzą na teren zoo. Rozpoczynają się przeszukania, oględziny oraz badania zwierząt przez biegłych i weterynarzy. Zatrzymane zostają osoby związane z właścicielem i zarządem ogrodu. Ostatecznie zarzuty słyszy pięć osób. Część zwierząt trafia do innych placówek, a pracownicy zoo dostają zakaz wstępu na teren ogrodu.
13–14 października. Przed bramą ogrodu gromadzą się mieszkańcy i sympatycy zoo. Dochodzi do protestów oraz prób blokowania transportów ze zwierzętami. 14 października Prokuratura Rejonowa w Wałbrzychu potwierdza, że w ciągu pierwszej doby od rozpoczęcia interwencji z ogrodu w Łącznej wywieziono już 30 zwierząt. Zdaniem śledczych potwierdzają się informacje o złych warunkach w zoo.
15 października. Według śledczych nieprawidłowości miały dotyczyć 561 zwierząt. Zarzuty obejmują znęcanie się nad zwierzętami oraz doprowadzenie do śmierci części z nich. Służby informują również o odnalezieniu na terenie zoo kości zwierząt. Nie wiadomo jednak, skąd pochodzą. Pojawiają się też zarzuty, że osoby opiekujące się zwierzętami po przejęciu zoo nie radzą sobie z tym zadaniem. W efekcie do pracy wracają dawni pracownicy, którymi kieruje dr Marta Zając-Ossowska, była dyrektorka wrocławskiego zoo. Przekazuje ona dziennikarzom szereg informacji o zaniedbaniach osób, które na zlecenie prokuratury opiekowały się zoo w Łącznej.
18 października. Prokuratura Okręgowa w Świdnicy publikuje komunikat, w którym informuje, że rozważa sprowadzenie zabezpieczonych zwierząt z Holandii z powrotem do Polski. Jednocześnie zwraca uwagę na falę hejtu kierowaną wobec holenderskich organizacji, które przyjęły zwierzęta na prośbę polskich władz.
19 października. Prokuratura Okręgowa w Świdnicy wespół z Prokuraturą Rejonową w Wałbrzychu organizuje konferencję prasową. Śledczy ubolewają, że padają ofiarą hejtu i gróźb. Zdaniem prokuratorów ten sam hejt ma dotykać działaczy organizacji na rzecz praw zwierząt. Prokurator prowadzący konferencję twierdzi, że ma już pierwsze opinie biegłych i potwierdzają one zły stan zwierząt. Równolegle zaskakuje on dziennikarzy, twierdząc, że zoo w Łącznej może być natychmiast ponownie otwarte dla zwiedzających, bo prokuratura tego nie zakazała (nie ma takich uprawnień), a sąd nie zdecydował się na taki krok.
Działania policji i prokuratury z ostatniego tygodnia zostały mocno skrytykowane zarówno przez obrońców zoo, jak i przez część dziennikarzy oraz prawników. Jako mało profesjonalne określa je nawet część działaczy prozwierzęcych. Poniedziałkowa konferencja prasowa miała być więc kontratakiem prokuratury i dowodem na to, że działania służb były słuszne. Ostatecznie po blisko godzinnym wystąpieniu Marcina Witkowskiego i jego zastępcy Marka Rusina pytań bez odpowiedzi jest jeszcze więcej niż wcześniej.
W poniedziałek prokurator Witkowski przedstawił pierwsze trzy opinie biegłych sporządzone już po wejściu policji do zoo w Łącznej. Zapewniał, że każdą z nich przygotowali cenieni naukowcy specjalizujący się w zwierzętach egzotycznych. Jedna opinia ma być już kompletna. Dwie pozostałe są na razie tylko "wnioskami wstępnymi". Opinie te łączy to, że skupiają się na ptakach - konkretnie na egzotycznych ptakach mieszkających w Łącznej. Te zwierzęta miały cierpieć z powodu chłodu i zbyt małych wolier, w których są zamknięte.
Informacje te rodzą pytania o sposób przygotowania i przeprowadzenia akcji. Skoro część ptaków miała cierpieć z powodu chłodu, dlaczego nie przeniesiono ich w pierwszej kolejności, tylko wywożono inne zwierzęta? Do Holandii trafił m.in. tygrys. Jeśli i on cierpiał z powodu zimna, dlaczego prokuratura nie ma jeszcze żadnej – choćby wstępnej – opinii, która by to potwierdzała?
Jeszcze bardziej zastanawiająca jest poniedziałkowa deklaracja prokuratorów odnośnie do tego, że ich zdaniem zoo w Łącznej może, a nawet powinno zostać niezwłocznie ponownie otwarte.
"(...) Pozostawione w zoo zwierzęta zostały dane burmistrzowi miasta Mieroszów jako osobie godnej zaufania z pozostawieniem ich na terenie ZOO. Zaakceptowano przy tym, że ZOO może zostać otwarte dla zwiedzających. Prokuratura nie zastosowała żadnych środków, które by stanowiły podstawę do zamknięcia ZOO; na podstawie decyzji Sądu Rejonowego w Wałbrzychu właściciel ogrodu ma prawo wstępu do niego. Ma ustanowionego pełnomocnika, który w jego imieniu podejmuje decyzję odnośnie do dalszego prowadzenia ZOO. Z uwagi na możliwość kontynuowania tej działalności gospodarczej prokuratura nie zobowiązywała się pokrywać kosztów utrzymania zwierząt" – czytamy w komunikacie Prokuratury Okręgowej w Świdnicy, zamieszczonym na stronie internetowej jednostki już po konferencji prasowej.
Prokuratura utrzymuje, że interwencja była konieczna ze względu na warunki życia zwierząt. Jednocześnie po wywiezieniu części z nich nie planuje dalszych relokacji. Większość zwierząt pozostała w dotychczasowych warunkach. Przez tydzień nie wybudowano dla nich żadnych nowych zabezpieczeń, a przynajmniej nikt o tym nie informował.
Wychodzi więc na to, że teraz zwierzęta cierpią mniej (lub wcale), bo ich tymczasowym opiekunem jest burmistrz Mieroszowa, a nie właściciel ogrodu. Co więcej, zoo może znów przyjmować zwiedzających. Być może nawet musi to robić, bo bez sprzedaży biletów zabraknie pieniędzy na karmę dla zwierząt, a za nią prokurator Witkowski ze środków jednostki płacić nie zamierza. Jasno oświadczył to podczas konferencji prasowej. Wszystko to w sytuacji, gdy temperatury w Polsce w najbliższym czasie będą tylko spadać.
"Prokuratura więc albo sama nie wierzy w stawiane przez siebie zarzuty o fatalnych warunkach życia zwierząt w Zoo Łączna, albo jest przekonana, że te poprawiły się tylko dlatego, że ogrodem tym zarządza teraz tymczasowo nie jego właściciel, ale lokalny samorządowiec" – kpią internauci.
Prokuratura skarży się na "przeciek", który sama spowodowała
– Najśmieszniejszą rzeczą, jaką wypowiedziano na poniedziałkowej konferencji prokuratury, były słowa, w których śledczy żalili się, że cała ich interwencja w zoo poszła nie tak, jak powinna, bo sprawa wypłynęła zbyt wcześnie i właściciel zoo skrzyknął zawczasu pod bramy ogrodu swoich sprzymierzeńców – uważa jeden z byłych małopolskich prokuratorów.
Emerytowany już prawnik przed kilkoma laty szefował Prokuraturze Rejonowej na południu Polski, gdzie prowadził m.in. śledztwa ws. domniemanego znęcania się nad końmi.
– Prokurator mówi więc o "wycieku", który storpedował jej działania, ale po chwili dodaje, że Prokuratura Rejonowa w Wałbrzychu przynajmniej na kilka tygodni przed 13 października szukała w całej Polsce wolontariuszy z organizacji prozwierzęcych, którzy pomogą jej wywozić zwierzęta z Łącznej. Była stworzona jakaś grupa w mediach społecznościowych, gdzie przyszłe działania prokuratury omawiały dziesiątki przypadkowych osób. To kto jest autorem wycieku? No sama prokuratura! Za takie działania w wałbrzyskiej jednostce powinny posypać się dymisje – dodaje nasz rozmówca i przekonuje, że "sprawa ZOO w Łącznej" przez lata powinna być omawiana jako casus na zajęciach dla studentów prawa i aplikantów prokuratorskich.
– To powinien być materiał szkoleniowy pokazujący, jak nie prowadzić takich postępowań – ocenia były prokurator.
Tydzień po głośnej akcji w Łącznej większość zwierząt wciąż żyje w tych samych wolierach i na tych samych wybiegach, które prokuratura uznała za niewystarczające. Zmienił się tylko ich opiekun. Pieniądze na karmę mają pochodzić z biletów, a temperatury będą już tylko spadać. Jeśli zwierzęta naprawdę cierpiały, prokuratura nie dała jak dotąd odpowiedzi, co zmieniło się dla nich na lepsze.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.