Dzieci, które czekają za długo. Gdzie się podziali rodzice adopcyjni?
Z ewidencji Ministerstwa Sprawiedliwości publikowanej przez Główny Urząd Statystyczny w opracowaniu "Pomoc społeczna i opieka nad dzieckiem i rodziną w 2024 r." wynika, że w 2024 r. sądy orzekły przysposobienie wobec 2471 małoletnich. Choć liczba ta od kilku lat utrzymuje się na zbliżonym poziomie, to w porównaniu z 2013 r. (3537 adopcji przytaczanych m.in. w "Raporcie SDG 2024" GUS) spadek jest wyraźny.
Jednocześnie z corocznego sprawozdania rządu wynika, że pogłębiają się dysproporcje statystyczne: na koniec 2024 r. liczba dzieci zakwalifikowanych do adopcji, dla których nie zdołano dobrać rodziców, wzrosła do 2337 (o 8 proc. rok do roku). A liczba oczekujących kandydatów na rodziców z pozytywną opinią kwalifikacyjną spadła do 925 (o 12 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem).
Czytaj nas częściej w Google
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Z kolei z opublikowanego 23 kwietnia 2026 r. raportu GUS "Piecza zastępcza w 2025 r." wynika, że na koniec 2025 r. w placówkach instytucjonalnej pieczy zastępczej przebywało 7,7 tys. dzieci, których oboje rodzice zostali prawomocnie pozbawieni władzy rodzicielskiej, a 4,6 tys. z nich zgłoszono do ośrodków adopcyjnych. Mimo to odsetek wychowanków trafiających do rodzin adopcyjnych bezpośrednio z placówek wynosi rocznie niespełna 5 proc. (w 2024 r. było to ok. 200 dzieci z 4,5 tys. opuszczających placówki, a w 2025 r. — 183 z 3,9 tys.). Znacznie częściej adopcje następują z rodzinnej pieczy zastępczej (1,4 tys. w 2024 r. i 1,2 tys. w 2025 r.).
Kryzys kandydatów
— Stwierdzenie "kryzys adopcyjny" jest niefortunne. Nie widzimy go w samej procedurze, lecz w tym, że zgłasza się coraz mniej kandydatów na rodziców — wyjaśnia Katarzyna Mężykowska, psycholog z Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego w Gdańsku. — Kiedyś dzieci zgłaszane do przysposobienia w ogóle nie czekały na nowych rodziców. Dziś zdarza się, że to my czekamy, aż nowi rodzice zostaną zakwalifikowani i ukończą proces diagnostyczny. Zastanawiamy się, na ile wiąże się to ze zjawiskiem ogólnej rezygnacji ludzi z posiadania potomstwa — dodaje specjalistka.
Podobne wnioski płyną także z południa kraju. Anna Wójcik, kierownik Oddziału ds. Adopcji i Wspierania Rodziny w Śląskim Ośrodku Adopcyjnym w Katowicach, wskazuje na tło socjologiczne: Zaczynamy obserwować spadek liczby kandydatów od momentu, kiedy w małżeństwach stopniowo zaczęła spadać liczba dzieci biologicznych. Młodzi ludzie odkładają rodzicielstwo najdłużej, jak się da: najpierw jest szkoła, potem studia, praca, mieszkanie. Kiedy przychodzi stabilizacja materialna, często albo już po prostu nie chcą mieć dzieci, albo nie mogą ich mieć. Jeżeli ludzie nie chcą mieć dzieci biologicznych, nie zostają też rodziną adopcyjną ani zastępczą.
Pracownicy ośrodków tłumaczą, że czas oczekiwania nie wynika z długich kolejek chętnych — Katarzyna Mężykowska wprost mitem nazywa "paradoks kolejki", wskazując, że dziś kandydaci na rodziców czekają krócej niż dawniej. Trudność polega na zderzeniu wyobrażeń dorosłych z realiami.
Wielu kandydatów marzy o adopcji niemowlęcia — całkowicie zdrowego i bez trudnej przeszłości. — Wtedy musimy spokojnie porozmawiać o rzeczywistości: dzieci zupełnie zdrowe, bez obciążeń praktycznie nie są do nas zgłaszane — podkreśla Katarzyna Mężykowska. — Gdy w prawidłowo funkcjonującej rodzinie dochodzi do tragedii, opiekę niemal zawsze przejmują krewni: ciocia, babcia. Dzieci kwalifikowane do przysposobienia to najczęściej maluchy z bagażem niewydolności wychowawczej rodziców, uzależnień, nieleczonych chorób psychicznych, niepełnosprawności intelektualnej czy przemocy. To niesie ryzyko zaburzeń z grupy FASD oraz traumę odrzucenia. Ośrodek nie dobiera dziecka do życzeń dorosłych — naszą rolą jest dobór rodziców do potrzeb konkretnego dziecka.
Język i procedury
W odbiorze społecznym relacje adopcyjne wciąż bywają traktowane z dystansem, jako rozwiązanie drugorzędne wobec biologii.
Zwraca na to uwagę dr Anna Krawczak z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, antropolożka i ekspertka ds. praw dziecka. — W języku funkcjonują dwa określenia: "rodzina prawdziwa" oraz "rodzina naturalna". To pierwsze pojawia się w pytaniach o "prawdziwych rodziców", utożsamiających prawdę z biologią. Drugie zadomowiło się w żargonie urzędowym jako rzekomo neutralny synonim rodziny biologicznej. Skoro rodzina biologiczna jest "naturalna", to adopcyjna staje się w tym ujęciu "nienaturalna" czy sztuczna. To buduje krzywdzące przekonanie, że tylko krew decyduje o wartości relacji. Warto mówić po prostu "rodzina" i "dziecko", bez zbędnych etykiet.
Ekspertka odnosi się także do zarzutów o rzekomo niebotyczne bariery stawiane kandydatom. — Opowieści o barierach często tworzą osoby z zewnątrz. Kryteria kwalifikacyjne to elementarny fundament bezpieczeństwa dziecka: zaświadczenie o niekaralności, brak uzależnień, środki na utrzymanie, opinia psychiatry i testy psychologiczne to minimum wymagań. Z kolei szkolenie trwa zgodnie z przepisami co najmniej 35 godzin dydaktycznych — to nie jest dużo czasu. Te procedury nie służą utrudnianiu życia dorosłym, lecz chronią dziecko przed powtórnym porzuceniem.
Anna Wójcik opisuje, jak wygląda to w Śląskim Ośrodku Adopcyjnym. — Ośrodki nie narzucają warunków w postaci posiadania willi z basenem. Sprawdzamy, czy rodzina ma warunki bytowe, miejsce dla dziecka i czy utrzyma się z własnych funduszy. Kluczowa jest dojrzała motywacja. Jeśli ktoś traktuje adopcję wyłącznie jako natychmiastowe lekarstwo na ból po niespełnionym rodzicielstwie biologicznym, radzimy dać sobie czas. Dziecko nie może być plasterkiem na cudze rany. Trzeba jednak pamiętać: im dłużej dziecko czeka na adopcję, tym trudniej jest mu zaufać i zbudować w nim poczucie, że jest dla kogoś ważne.
Praktyka kwalifikacyjna bywa różnie oceniana. — W teorii przepisy są jasne: przysposobić dziecko może osoba samotna albo małżonkowie, o ile spełniają wymagane warunki i uzyskają kwalifikację. Najsprawniej procedurę przechodzą pary wpisujące się w tradycyjny model: z kilkuletnim stażem małżeńskim, stabilną sytuacją zawodową i mieszkaniową oraz bez istotnych problemów zdrowotnych. Takie sprawy nie wymagają zwykle wsparcia prawnego — mówi adwokatka Joanna Parafianowicz, specjalizująca się w prawie rodzinnym. — Do kancelarii trafiają natomiast klienci, których sytuacja życiowa choćby nieznacznie odbiega od tego modelu. Wówczas pojawiają się trudności — zdarza się, że ośrodki adopcyjne formułują wymagania, które nie wynikają z powszechnie obowiązujących przepisów — dodaje.
Adwokatka zwraca też uwagę na sytuację dzieci w pieczy zastępczej. — Problemem jest również przewlekłość działań instytucji odpowiedzialnych za uregulowanie sytuacji prawnej tych dzieci. Część z nich przez długi czas nie może zostać zakwalifikowana do adopcji, ponieważ postępowania dotyczące ograniczenia lub pozbawienia władzy rodzicielskiej trwają zbyt długo.
Widzi też problemy o charakterze systemowym. — W mojej ocenie istotnym problemem są także ograniczenia organizacyjne po stronie ośrodków adopcyjnych: jest ich za mało, a przygotowanie kandydatów w dużej mierze koncentruje się na teorii. Po wydaniu postanowienia o przysposobieniu rodzina przestaje być objęta systematycznym wsparciem związanym z procesem adopcyjnym i w przypadku późniejszych trudności często pozostaje z nimi sama.
Test na determinację i dojrzałość
O tym, jak weryfikacja wygląda w praktyce, opowiada pani Kamila (imię zmienione na jej prośbę), która w wieku 44 lat samodzielnie adoptowała pięcioletniego chłopca. — Myśl o adopcji dojrzewała we mnie kilka lat. Adoptowałam syna rok temu — to był ostatni dzwonek ze względu na cezurę wieku. Reakcje otoczenia były różne: jeden ze znajomych stwierdził, że samotnej kobiecie nikt dziecka nie powierzy. W jednym z ośrodków adopcyjnych usłyszałam wprost, że przepisy pozwalają na złożenie wniosku, ale u nich dziecka nie dostanę, bo w bazie mają już kilka osób samotnych. Nie zniechęciłam się, zadzwoniłam do innego ośrodka, najbliżej domu, i tam spotkałam się z zupełnie innym podejściem.
Początki wymagały jednak siły psychicznej. Pierwszą rozmowę z dyrekcją pani Kamila odebrała jako próbę ostudzenia emocji. — Pytano mnie bez ogródek: "Czy pani wie, jak zmieni się pani życie? Że to nie jest american dream, ale że to będą problemy?". Wyszłam wkurzona. Dopiero mama uświadomiła mi, że to był test mojej determinacji. Podeszłam do sprawy zadaniowo. Od złożenia papierów do poznania syna minął dokładnie rok.
Rodzina i najbliższe otoczenie przyjęły chłopca z miłością, wparcia udzielili także dotychczasowi opiekunowie z rodziny zastępczej. Codzienność przyniosła jednak wyzwania: syn w momentach złości powtarzał wulgaryzmy wyniesione z dawnego domu. — Przez pierwsze miesiące zasypialiśmy ze "starą mamą". Mówił, że ją kocha i chciałby, żeby tu przyszła. Tłumaczyłam mu spokojnie, że to naturalne, ale z ważnych powodów nie mogą być razem. Trzeba założyć filtr i pamiętać, że złość zagubionego dziecka nie jest wymierzona w nas. Gdy po pół roku poczuł się bezpiecznie, zaczął po dziecięcemu stawiać granice i marudzić przy myciu zębów. Ucieszyłam się, bo to był znak, że czuje się u mnie dobrze. Nie bójcie się procedur, bo one naprawdę są do przejścia. I nie wstydźcie się prosić o pomoc — na każdym etapie. Otworzyłam swoje serce i dom dla drugiego człowieka. Nigdy w życiu nie byłam tak zakochana i tak szczęśliwa, jak jestem teraz — mówi.
Pani Magda i jej mąż (ze wschodniej Polski) są małżeństwem od 10 lat. Od niedawna wychowują niespełna dwuletniego synka. — O adopcji myśleliśmy od pięciu lat. W pierwszym ośrodku, do którego trafiliśmy na wstępną rozmowę, pracownicy poradzili nam, byśmy dali sobie jeszcze czas na przemyślenie sprawy. Odebraliśmy to wtedy jako czepialstwo, bo przecież czytaliśmy książki i czuliśmy się gotowi. Z perspektywy czasu wiem, że dopuszczenie nas do kursu na tamtym etapie byłoby błędem. Mieliśmy naiwne wyobrażenie, że miłość wszystko wyleczy i wszystko będzie proste. Przy drugim podejściu mieliśmy już bardziej realistyczne wyobrażenia — mówią.
Formalności zajęły niecały rok. Gdy zadzwonił telefon z propozycją poznania karty chłopca, sprawy potoczyły się błyskawicznie — dwa tygodnie po pierwszym spotkaniu maluch był z nimi w domu.
— Najtrudniejszym momentem było zostawianie małego syna w placówce opiekuńczo-wychowawczej po naszych codziennych wizytach. Kursy częściej skupiają się na dzieciach z rodzin zastępczych, a nasz syn przebywał w placówce. Opiekunki robiły, co mogły, ale widok płaczącego malucha rozrywał serce. Mieliśmy szczęście do sędziego, który błyskawicznie wyznaczył rozprawę o osobistą styczność (często nazywaną sprawą o powierzenie pieczy preadopcyjnej — przyp. red.). Znamy jednak parę z kursu, która przez opieszałość sądu wciąż czeka na ten krok.
Tygodnik Przegląd / Tygodnik Przegląd
"Tygodnik Przegląd" nr 39
— Same badania i wywiady psychologiczne dotyczą bardzo prywatnych spraw — dodaje pani Magda. — To wielogodzinne, głębokie rozmowy o dzieciństwie, relacjach małżeńskich czy trudnych emocjach związanych ze staraniami o dziecko. Nie odebraliśmy ich jako inwazyjne, bo ośrodek musi wiedzieć, z czym człowiek potrafi sobie poradzić. Zaufaliśmy pracownikom i gdy u syna pojawiły się napady histerycznego płaczu, dostaliśmy wsparcie specjalistów.
Adopcja wymaga przede wszystkim czasu, szczerości i gotowości, by towarzyszyć dziecku w trudnych chwilach i dać mu siłę do poradzenia sobie z traumą przeszłości.
— Dzieci czekają. Warto przyjść do ośrodka choćby na rozmowę informacyjną. Nie każde przyjście łączy się z rozpoczęciem procedury. Pracują u nas psycholodzy i pedagodzy, bardzo otwarci i życzliwi — zachęca Anna Wójcik ze Śląskiego Ośrodka Adopcyjnego.
Oceny systemu adopcyjnego w Polsce pozostają podzielone: ilu pytanych ludzi, tyle spostrzeżeń. Rozmówczynie z ośrodków podkreślają, że wymagania służą dziecku, a prawniczka, że praktyka bywa surowsza niż przepisy. Opisane historie adopcji potoczyły się szczęśliwie, choć wiele zależało od ludzi, na których rodziny trafiły — od ośrodka po sędziego. Powinniśmy jednak pamiętać, że w centrum całego procesu jest dziecko, a odpowiedni rodzic to dla niego szansa na lepsze życie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.