NATO górą. Nad Polską i Bałtykiem komunikat dla Władimira Putina

We wtorek, 18 sierpnia 2026 roku, lotnicze serwisy śledzące ruch radarowy zarejestrowały nadzwyczajne zagęszczenie maszyn Sojuszu w przestrzeni powietrznej Polski, państw bałtyckich oraz nad cieśniną Skagerrak. W przeciwieństwie do corocznych głośno omawianych manewrów, ta operacja miała charakter cichego testu w warunkach realnego kryzysu (snap exercise). Warto zaznaczyć, że koncepcja takich manewrów była wykorzystywana przez Rosję i to wielokrotnie. Między 26 lutego a 3 marca 2014 roku Moskwa przeprowadziła takie „niezapowiedziane, nagłe” ćwiczenia i pod tym pretekstem rozmieściła duży kontyngent wojsk na Krymie i w jego pobliżu. Następstwem było zajęcie półwyspu.
Przedstawiciele Dowództwa Sił Powietrznych NATO odmówili podania szczegółowych zadań operacji, powołując się na wymogi bezpieczeństwa operacyjnego. Ograniczyli się jedynie do oświadczenia o stałym doskonaleniu zdolności obronnych Sojuszu.
Manewrom towarzyszyła także zaskakująca cisza medialna. Podobne wydarzenia są zazwyczaj nie tylko komentowane przez szefów obrony państw natowskich, ale także opatrywane obszerną dokumentacją fotograficzną i filmową. Dowody, że NATO nie stroni od autopromocji, można znaleźć w mediach społecznościowych i na stronie Sojuszu. A jednak tym razem, „ćwiczenia” zostały przeprowadzone bez wcześniejszych ostrzeżeń i nadal (mimo tego, że trwają kolejny dzień) nie ma o nich wzmianki w oficjalnych kanałach natowskich.
Samoloty natowskie latały jednak z włączonymi transponderami, jakby Sojusz chciał wysłać wyraźny sygnał: tu jesteśmy.
NATO wysyła najbardziej zaawansowane maszyny
Zamiast standardowych patroli myśliwskich, NATO poderwało do lotu wysoce zintegrowany zespół maszyn o bardzo wąskich i zaawansowanych specjalizacjach z USA, Polski, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Norwegii.
Zarejestrowano więc przeloty E-3A Sentry AWACS, czyli latającego stanowiska dowodzenia i nadzoru przestrzeni powietrznej. Dalej, Gulfstream G550, czyli samoloty rozpoznania i dowodzenia Sił Powietrznych RP. Dalej, brytyjski P-8A Poseidon, czyli specjalistyczną, maszynę patrolową przeznaczoną do wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych i nawodnych. Dalej, AH-64E Apache Guardian i A330 MRTT, czyli po pierwsze śmigłowce szturmowe do wspierania operacji lądowych oraz latające cysterny, służące do wydłużania czasu trwania misji.
Wreszcie, amerykański EA-37B Compass Call II - to najnowsza platforma walki radioelektronicznej dalekiego zasięgu, zdolna do obezwładniania wrogich stacji radiolokacyjnych i systemów dowodzenia. EA-37B zostały oddane do użycia w sierpniu 2024 roku, co oznacza, że działania nad Bałtykiem są jednym z pierwszych operacyjnych sprawdzianów tego typu uzbrojenia w bezpośrednim sąsiedztwie potencjalnego przeciwnika.
Według serwisu Militarnyi aktywność P-8A Poseidona zaobserwowano w cieśninie Skagerrak, między Norwegią a Danią. Wraz z niemieckim samolotem wojskowym miał oblatywać obszar przez kilka godzin.
Główna aktywność natowskich maszyn dotyczyła jednak północy i północnego-wschodu Polski w rejonie obwodu królewieckiego.
Obecność samolotu EA-37B Compass Call II u granic obwodu królewieckiego ma kluczowe znaczenie. Królewiec pozostaje mocno ufortyfikowaną enklawą, najeżoną systemami obrony powietrznej S-400 oraz wyrzutniami rakiet Iskander.
Ćwiczenia mogły mieć na celu przetestowanie procedur SEAD/DEAD, czyli neutralizacji i zakłócania wrogich radarów wczesnego ostrzegania w przypadku wybuchu konfliktu. Równoległa aktywność brytyjskiego samolotu Poseidon nad cieśniną Skagerrak dowodzi, że prawdopodobnie symulowano pełny scenariusz obrony regionu – od zabezpieczenia podwodnej infrastruktury po elektroniczną dominację w powietrzu.
Wśród rosyjskich blogerów wojennych panuje przekonanie, że taka aktywność służy prowokowaniu pododdziałów obrony powietrznej do włączania stacji radiolokacyjnych w tryb bojowy w celu rejestracji parametrów promieniowania i ujawnienia swoich współrzędnych.
Zestaw użytych platform wskazuje, że w działaniach uczestniczyły jednostki o różnych zadaniach — od rozpoznania i dowodzenia, przez walkę elektroniczną, po wsparcie logistyczne oraz operacje śmigłowcowe. NATO nie ujawniło jednak scenariusza ani konkretnych celów manewrów.
Reakcja na rosyjską aktywność?
Jednocześnie pojawiły się informacje o wzmożonej aktywności rosyjskiej marynarki wojennej na Morzu Bałtyckim. W poniedziałek w pobliżu niemieckiej wyspy Fehmarn zauważono fregatę Admirał Kasatonow, która opuszczała Bałtyk.
Okręt może przenosić hipersoniczne pociski Cyrkon. Pod koniec lipca w tym samym rejonie widziano także inny rosyjski okręt Floty Północnej - Admirała Lewczenkę. Obie jednostki na co dzień stacjonują znacznie dalej na północy.
Nie ma jednak dowodów na to, że najnowsze działania NATO były bezpośrednią odpowiedzią na ruchy rosyjskich okrętów.
„Nie ulegajcie trwodze”
Brak wcześniejszej zapowiedzi manewrów wywołał odczuwalne poruszenie w rosyjskich mediach i na wojskowych kanałach w serwisie Telegram. Lokalny portal Kaliningrad News alarmował o jednoczesnym pojawieniu się kilku natowskich samolotów zwiadowczych tuż przy granicy.
Sytuacja stała się na tyle głośna, że wiceprzewodniczący komitetu ds. bezpieczeństwa zgromadzenia w Królewcu, Jewgienij Miszyn, wystosował oficjalny apel do mieszkańców, prosząc ich o „nieuleganie trwodze” i zapewniając, że granice są pod pełną ochroną Floty Bałtyckiej.
NATO odpowiada na ciągłe testowanie
Kilka dni temu w komentarzu dla agencji Bloomberga były naczelny dowódca sił Sojuszu w Europie, admirał James Stavridis odniósł się do doniesień, według których Władimir Putin miał rozważać sprawdzenie determinacji i zdolności reakcji bojowej Sojuszu w ciągu najbliższych lat. Jako przykłady potencjalnie niepokojących incydentów wymienił drona z materiałami wybuchowymi, który znalazł się na pasie lotniska w Lipsku, oraz rosyjski pocisk manewrujący, który spadł kilkadziesiąt kilometrów w głąb Polski.
Były dowódca NATO przekonuje, że Moskwa nie musi dążyć do otwartego konfliktu z całym Sojuszem. Jej celem miałoby być raczej zastraszenie części europejskich państw i podważenie ich gotowości do dalszego wspierania Ukrainy.
„Wyobraźmy sobie (Władimira) Putina jako włamywacza, który próbuje wyważyć frontowe drzwi Europy, atakując Ukrainę. Drzwi nie ustąpiły, więc spróbuje okien i tylnego wejścia” – pisze Stavridis. Wojskowy przewiduje, że Kreml może kontynuować lub zwiększać ataki cybernetyczne. Wskazuje, że systemy finansowe i wojskowe państw Zachodu są zazwyczaj lepiej chronione niż infrastruktura przemysłowa i komunalna.
W najbardziej agresywnym scenariuszu Rosja mogłaby — zdaniem admirała — wykorzystać nieumundurowane grupy specjalne do działań sabotażowych w Estonii, na Łotwie lub Litwie. Stavridis nawiązuje w ten sposób do tzw. zielonych ludzików, czyli żołnierzy bez oznaczeń, którzy pojawili się na Krymie podczas rosyjskiej operacji w 2014 roku.
Były naczelny dowódca NATO uważa, że Sojusz powinien przygotować się na takie zagrożenia, zanim dojdzie do sytuacji wymagającej dużej operacji wojskowej. Postuluje przeprowadzenie ćwiczeń obejmujących współpracę amerykańskiego wywiadu z europejskimi wojskami lądowymi oraz zorganizowanie silnej kampanii obrony cybernetycznej.
Stavridis sugeruje też opracowanie planów proporcjonalnej odpowiedzi na ewentualne rosyjskie działania. Jako obszar, w którym NATO mogłoby zademonstrować zdolność do reakcji, wskazuje rosyjski obwód królewiecki.
Kilka dni po artykule Stavridisa niemiecki „Bild” ujawnił plan obrony NATO przed ewentualnym atakiem Rosji. W ramach koncepcji gros działań Sojuszu miałoby zostać skierowane na neutralizację rosyjskich możliwości w Królewcu.
Wojskowy podsumowuje: „Jeśli Rosjanie będą sondować z bagnetem i natrafią na papkę, prawdopodobnie będą kontynuować. Jeśli znajdą stal, wycofają się”.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.