Cena bokserskiej pasji [OPINIA]
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Prezydent Karol Nawrocki spotkał się ostatnio z wyborcami z północnej Polski i przy okazji wziął udział w gali boksu, kibicując (zresztą wiernie) jednemu z zawodników.
Politycy koalicji rządzącej wyzłośliwiają się, że było odwrotnie, że prezydent był raczej w pierwszej kolejności na gali, a przy okazji spotkał się z wyborcami. Ale ta rytualna polityczna obelga ma niewielkie znaczenie z analitycznego punktu widzenia. Kluczowe jest spojrzenie na ten element prezydenckiej aktywności z perspektywy zysków i strat wizerunkowych - indywidualnie dla prezydenta oraz dla urzędu, który piastuje.
Swój chłop
To, że Karol Nawrocki trenował boks, było wiadomo od początku. Wyborcy dali mu władzę ze świadomością tego faktu. Co więcej, nie sądzę, aby była to skaza na wizerunku. Dla wielu wyborców było dokładnie odwrotnie - fakt ten stanowił wręcz atut. Boks był nie tylko pozytywnie odbieranym atrybutem siły, ale sprawiał też, że Karol Nawrocki zyskiwał coś niezwykle ważnego we współczesnej polityce: był postrzegany jako wiarygodny, jako polityk "z ludu", swój chłop.
Ta sama grupa, której to wówczas nie przeszkadzało, a wręcz imponowało, dziś utwierdza się w przekonaniu, że dobrze zainwestowała swoje polityczne emocje. Prezydent pozostał człowiekiem, który nie odciął się od swoich pasji, słowem, nie odcina się od korzeni, pozostał sobą.
Obserwujemy w tym wypadku mechanizm, który jest główną składową komunikacji współczesnych populistów, na czele z Donaldem Trumpem. To bardzo skuteczne narzędzie wpływu. Jego siła polega na tym, że politycy ci są dla wyborców autentyczni - nie są wydumanymi elitami oderwanymi od ludu, lecz mówią i robią to, co nie jest przeciętnemu człowiekowi obce. Komunikują się w sposób prosty, a przede wszystkim zrozumiały, nie wstydzą się. Tyle, i aż tyle.
Na rzecz spójności wizerunkowej prezydenta przemawia dodatkowo fakt, że nie jest to aktywność nowa, wytworzona na potrzeby prezydentury - wręcz przeciwnie, ona od zawsze była i została podtrzymana pomimo objęcia urzędu. Pytanie, czy swojej pasji do sportu i boksu nie mógłby celebrować w nieco inny sposób niż akurat na galach tego typu. To już pytanie do doradców prezydenta, moim zdaniem warte uwagi.
Póki co prezydent nie ma jednak powodów, by uważać, że to mu w jakikolwiek sposób szkodziło. Jest jednak jedno "ale". Każdy polityk musi myśleć o poszerzaniu elektoratu w perspektywie. Innymi słowy: wybory w 2025 r. już się odbyły i będą kolejne.
Granice ludyczności
Fascynacja boksem Prezydenta Nawrockiego ma też drugie oblicze: publiczne. I tu zaczynają się schody. Jeśli prezydent lubi boks i trenuje w zaciszu, to nic nikomu do tego. Jednak prezydent reprezentuje państwo i sprawuje najwyższy urząd w kraju. A to już robi ogromną różnicę. Funkcja ta z jednej strony zobowiązuje, a z drugiej mocno ogranicza. W dłuższej perspektywie ta ludyczność - czy, mówiąc bardziej nowocześnie, ta postpolityka - może w pewnym momencie stać się politycznie i wizerunkowo trudna. Bo trzeba podkreślić, że udział prezydenta akurat w tego typu wydarzeniach niesie duże ryzyko pod wieloma względami.
Może on bowiem znaleźć się w wybitnie niekorzystnych, nieprzewidywalnych i nieprzystających do urzędu okolicznościach. Nie szukając daleko: ostatnio w Koszalinie anturaż głównego zawodnika nawiązujący wprost do brutalnej przemocy stanowił otoczenie, w którym prezydent po prostu nie powinien przebywać.
Głowa państwa nie jest wolnym elektronem i nie funkcjonuje na lokalnym podwórku, ale często reprezentuje kraj poza granicami i spotyka się z najważniejszymi ludźmi na świecie. Trzeba brać pod uwagę, jak takie obrazki mogą rezonować w polityce poza naszym krajem.
Czy Karol Nawrocki będzie poważnie traktowanym politykiem? Czy po prostu trzeba będzie jego prezydenturę przetrwać? Tak jak widać to w przypadku zdroworozsądkowych polityków europejskich w stosunku do prezydenta USA. Którego zresztą jego ideologiczni zwolennicy w Europie kopiują niemal wiernie.
W czasach pop-polityki i cyfrowego populizmu liczy się przyciągnięcie uwagi, a wyborcy przyzwyczajeni są do igrzysk (a czasem wręcz ich oczekują). W dobie głębokich nastrojów antyelitarnych takie obrazki "swojego chłopa" na salonach bywają budujące.
Taki wizerunek prezydenta Nawrockiego może jednak stać się kłopotliwy, jak pilną potrzebą polityczną okaże się poszukiwanie nowych wyborców.
Co, jeśli wyborcy zaczną postrzegać urząd prezydenta jako funkcję politycznego influencera z własnymi czapeczkami, gadżetami, a także ofertami biznesowymi? Wypływające w ostatnich miesiącach informacje do mediów na taki obraz zaczynają się składać. Summa summarum - może się okazać, że ta autentyczność Karola Nawrockiego, która tak ujęła wyborców w kampanii, stanie się, lekko ujmując, niesmaczna i wątpliwa.
W przypadku tak ważnych funkcji państwowych chodzi nie tylko o smak i estetykę, ale także o prostą, choć zapomnianą już rzecz: będąc politykiem i najważniejszą osobą w państwie, możesz naprawdę dużo, ale warto się zastanowić, czy to na pewno jest wizerunkowo bezpieczne, politycznie opłacalne i tak po ludzku - czy przystoi i wypada.
Inną sprawą jest fakt, że przypadek polityków w Polsce, Europie i na świecie pokazuje, iż granica tego, co wypada, mocno się przesunęła. W dobie cyfrowego populizmu stawia się raczej pytanie: "czy to zbuduje zasięgi?".
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.