"Imperium" Sergieja Łoźnicy wygrywa Festiwal Filmowy w Londynie. Chwalą film Szumowskiej
"Ojczyzna" w reżyserii Pawła Pawlikowskiego - zwiastun
Źródło wideo: Kino Świat
Źródło zdj. gł.: Kadr z filmu "Imperium"/London Film Festival
Niezorientowanym warto przypomnieć, że na tym najważniejszym brytyjskim festiwalu filmowym zaczęła się międzynarodowa kariera "Idy" Pawła Pawlikowskiego. Zresztą także w tym roku Pawlikowski przyjechał ze swoim nowym filmem, choć nie ścigał się o laur w konkursie.
BFI London Film Festival, bo tak brzmi jego pełna nazwa, słynie z talentu do wyławiania perełek światowego kina. Jedną z ostatnich był duński obraz "Na rauszu" Thomasa Vinterberga - podobnie jak "Ida" - zdobywca Oscara za najlepszy film międzynarodowy.
"Imperium" to absolutnie unikatowy, 176-minutowy tzw. dokument montażowy, który nie posiada klasycznie rozumianej historii czy choćby narratora z offu. Film w całości opowiada o codziennym życiu w Związku Radzieckim na początku lat 70. XX wieku, a co najciekawsze - widzianym oczami... włoskich operatorów filmowych.
Co wiemy o filmie Sergieja Łoźnicy?
Niemal trzygodzinny film Łoźnicy - prezentowany już wcześniej poza konkursem na festiwalu w Wenecji - natychmiast wzbudził zachwyt krytyków z całego świata. Sergiej Łoźnica dotarł do nagranych na 16-milimetrowej taśmie materiałów, które od ponad pół wieku zalegały we włoskich laboratoriach filmowych. Ich historia jest niesamowita.
Otóż w latach 1970-1973 Włoska Partia Komunistyczna (wtedy najbardziej wpływowa partia komunistyczna w Europie Zachodniej) zorganizowała oficjalną wyprawę filmową do Związku Radzieckiego. Kreml dał im błogosławieństwo i oficjalne przepustki, a nade wszystko nieosiągalny dla ludzi z Zachodu dostęp do wszystkich zakątków ZSRR. Mieli nakręcić potężny, wieloodcinkowy materiał dokumentalny, który pokazałby zachodniej Europie "wspaniałość i różnorodność radzieckiej utopii".
Co najważniejsze - ponieważ patrzyli na to "zachodnim okiem" - kamera unikała topornej, radzieckiej propagandy sukcesu. Zamiast tego z szacunkiem i ciekawością rejestrowała codzienność zwykłych ludzi i ich otoczenie.
Po powrocie do Włoch z 60 godzin nagranego materiału wyemitowano w telewizji tylko kilka krótkich odcinków. Reszta z gigantycznego zapisu życia radzieckich obywateli na ponad pół wieku utknęła w rzymskim archiwum. Dopiero Łoźnica dotarł do tych materiałów i zadbał o ich odrestaurowanie. Materiał, który włoscy komuniści kręcili po to, by "pokazać potęgę i jedność ZSRR", ukraiński reżyser przemontował tak, by - unikając własnego komentarza - obnażyć opresyjny charakter i fałsz tamtego świata. Nie dodał nawet minuty współczesnych materiałów, widzimy wyłącznie to, co włoscy operatorzy zarejestrowali 55 lat temu.
Zaczyna się w potężnym, monumentalnym centrum władzy, w Moskwie - widzimy Plac Czerwony i pełen ludzi dom towarowy GUM. Następnie kamera przemieszcza się na wschód: przez prowincjonalne rosyjskie miasteczka (Suzdal, Włodzimierz), głęboką Syberię (gdzie rejestruje rdzenne kultury hodowców reniferów i wielbłądów), aż po republiki Azji Centralnej (Kazachstan, Uzbekistan) oraz kraje bałtyckie i Leningrad.
Kluczowym motywem, który Łoźnica wyciąga na wierzch z pomocą samego montażu, jest głęboki paradoks. Z jednej strony pokazuje wszechobecne radzieckie symbole, pomniki Lenina i próby narzucenia wszystkim jednej, zunifikowanej tożsamości "człowieka radzieckiego". Z drugiej strony prezentuje całkowite jej przeciwieństwo: różnorodność etniczną, kulturową i religijną. Kamera pokazuje, jak w odległych republikach ludzie żyją własnym, niezmienionym rytmem, kultywując dawne tradycje, język i lokalne obyczaje, które stawiały cichy opór "centrali" w Moskwie.
Tytułowe "Imperium" odnosi się do łacińskiego rozumienia tego słowa. Łoźnica pokazuje ZSRR nie jako zjednoczone państwo, ale sztuczny twór siłą spięty w jeden organizm - skrajnie różne narody i światy wbrew swojej woli "zjednoczone", od początku skazane na późniejszy rozpad.
"Imperium" Sergieja Łoźnicy wygrywa Festiwal Filmowy w Londynie
Źródło zdjęcia: Kadr z filmu "Imperium"/London Film Festival
Sergiej Łoźnica - kontrowersyjny i antyputinowski
Sama postać Sergieja Łoźnicy - ukraińskiego reżysera białoruskiego pochodzenia - zasługuje na przybliżenie mniej obeznanym z kinem widzom.
Łoźnica (rocznik 1964) od początku swojej kariery zwracał uwagę niepokornością i własnym, niepodrabialnym językiem filmowym. Swoje pierwsze, głośne dokumenty krótkometrażowe (jak choćby kultowa "Blokada" z 2005 roku) realizował w Studiu Filmów Dokumentalnych w Petersburgu.
Szybko zwrócił na siebie uwagę zachodnich studiów filmowych i na początku tego wieku zamieszkał na stałe w Berlinie. Miał więc luksus i możliwość realizacji filmów w koproducji, z czego korzystał. Jego fabularny debiut "Szczęście moje" (2010) to mroczna i bezkompromisowa dekonstrukcja współczesnej rosyjskiej prowincji. Z kolei "Łagodna" (2017) to brutalna, wręcz kafkowska alegoria współczesnej Rosji jako państwa-więzienia. Żadna z tych jawnie antyputinowskich produkcji nie pozostawiała złudzeń co do jego światopoglądu.
Łoźnica nakręcił też wybitne filmy w obronie ukraińskiej tożsamości, jak dokumentalny "Majdan" (2014) czy najgłośniejszy fabularny "Donbas" (2018). Od początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie głośno potępia rosyjską agresję, a na festiwalach (jak w Cannes w 2025 roku) wprost nazywa rządy Putina "powrotem do stalinizmu". Mimo to w 2022 roku doszło do jawnego konfliktu z ukraińskimi filmowcami i wykluczenia go z Ukraińskiej Akademii Filmowej.
Powodem stała się radykalna różnica zdań w kwestii bojkotu rosyjskiej kultury. Łoźnica nie godził się na wykluczenie i bojkot rosyjskich artystów, do którego ukraińscy twórcy (także europejscy) nawoływali. Twierdził, że kultura nie powinna podlegać odpowiedzialności zbiorowej. Apelował, by nie wrzucać do jednego worka propagandy Kremla i niezależnych rosyjskich artystów (jak np. Kiriłł Sieriebriennikow), którzy otwarcie potępili wojnę i musieli opuścić swój kraj.
Dla ukraińskiej branży, która w tamtym dramatycznym momencie walczyła o izolację Rosji na arenie międzynarodowej, postawa Łoźnicy została uznana za niedopuszczalny kompromis i doprowadziła do usunięcia go z grona członków Akademii.
Sam reżyser odpowiedział wtedy listem otwartym, w którym nazwał tę decyzję przejawem cenzury i nacjonalizmu, podkreślając, że od lat jednoznacznie potępia agresję Rosji, ale odmawia dzielenia ludzi "wyłącznie według paszportu".
Ekipa "The Idiot(s)" w środku Małgorzata Szumowska, obok niej główni aktorzy: Johnny Flynn i Aimee Lou Wood
Źródło zdjęcia: David Fisher/Shutterstock/EastNews
Niezwykła żona Dostojewskiego
Wśród zaledwie 10 tytułów, jakie organizatorzy Festiwalu Filmowego w Londynie wybrali do rywalizacji w Konkursie Głównym, znalazł się m.in. polsko-brytyjski film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta "The Idiot(s)". Jak zwykle w przypadku kina Szumowskiej film spolaryzował widzów i krytyków, choć tym ostatnim podobał się chyba bardziej.
Tytuł nawiązuje oczywiście do powieści rosyjskiego pisarza. Tak naprawdę jest jednak nieco szaloną historią jego żony, która uratowała życie Fiodorowi Dostojewskiemu. Zarazem jako pierwsza kobieta w kraju założyła własne wydawnictwo, stając się pionierką w historii narodowej literatury. W głównych rolach wystąpili: gwiazda m.in. "Białego lotosu" Aimee Lou Wood (ponoć tu znakomita) oraz Johnny Flynn ("Strefa gangsterów").
Renomowane amerykańskie magazyny filmowe chwalą produkcję za przewrotność. "The Hollywood Reporter" ocenił obraz jako "pełen specyficznego humoru hołd dla niedocenionej żony pisarza". Z kolei brytyjski "Screen Daily" nazwał go "odważnym portretem Dostojewskich oraz niekonwencjonalnym i ekscentrycznym spojrzeniem na ich burzliwy związek". Wszystkie recenzje podkreślają prześmiewczy ton i "ekstrawaganckie ozdobniki".
I nawet jeśli recenzje użytkowników na portalach filmowych (IMDb, Letterboxd) są mniej entuzjastyczne, kontrowersje są przecież wpisane w odbiór dzieł nietuzinkowych.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.