Mieszkańcy Gibraltaru należą do najlepiej zarabiających na świecie, obok mieszkają dużo biedniejsi Hiszpanie
W czasach, kiedy w Europie coraz więcej granic istnieje tylko na papierze, ogrodzenie oddzielające terytorium brytyjskie od hiszpańskiego było wstydliwym wyrzutem sumienia dla Starego Kontynentu. Choć bardzo różniło się od tego dzielącego obie części Berlina, a miejscami było zwykłą drucianą siatką, nikt nie ośmielał się go forsować — konsekwencje takiej zuchwałości mogły być poważne.
Tego lata Gibraltar został objęty unią celną z UE i zintegrowany ze strefą Schengen. Zmiany te oznaczają swobodny przepływ osób przez — wcześniej obfitujące w zasieki i płoty — rozległe przejście graniczne we wschodniej części Gibraltaru.
Choć w wielu mediach znajdziemy informacje, że Gibraltar wszedł do Schengen, formalnie pozostaje on poza strefą swobodnego przemieszczania. W praktyce jednak, pod nadzorem Hiszpanii, będą obowiązywały go te same zasady, co innych członków strefy. Podwójne, unijne i brytyjskie, kontrole mają obowiązywać już tylko w porcie i na lotnisku w Gibraltarze, które obsługuje jednak niewiele lotów, głównie z i do Londynu. Tam odprawy będą przeprowadzane zarówno przez Hiszpanów, jak i służby Gibraltaru.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Zajmujący powierzchnię 6,5 km kw. Gibraltar zamieszkiwany jest przez niespełna 38 tys. ludzi. Tak niewielka powierzchnia powoduje, że najlepszych środkiem przemieszczania się po niej są… nasze nogi, a także często widywane na przejściu granicznym rowery. Położony na skalistym i wąskim półwyspie Gibraltar (zaledwie 14 km od brzegów Maroka) od północy graniczy z hiszpańskim miastem La Línea de la Concepción.
La Terase / shutterstock / Shutterstock
Gibraltar
I to właśnie z tej i do tej hiszpańskiej miejscowości codziennie przemieszczają się tysiące osób. Według danych hiszpańskich to nawet 15 tys. osób na dobę. Powód tej intensywnej, codziennej migracji jest banalny. Mieszkańcy Gibraltaru należą do najlepiej zarabiających na świecie. Ci z kolei, którzy zamieszkują ponad 60-tysięczne La Línea de la Concepción, zaliczają się do najsłabiej uposażonych w Hiszpanii. Bezrobocie na terenach południowej Andaluzji sięga dziś 25 proc.
Symbolem maleńkiego Gibraltaru, przyciągającym najliczniejsze rzesze turystów, jest wnosząca się na wysokość 426 m skała. W rezerwacie wokół Skały Gibraltarskiej żyje ok. 250 małp magotów. Są jedynymi wolno żyjącymi tego typu małpami w Europie.
Począwszy od tego lata, także polscy turyści, by wspiąć się na słynną Skałę Gibraltarską i zwiedzić gibraltarskie katedry, zamek czy pomnik gen. Władysława Sikorskiego (odsłonięty w 2013 r.), z Hiszpanii do Gibraltaru dostaną się bez kontroli granicznych.
farec / Shutterstock
Małpy z Gibraltaru — magoty.
Na otwarciu granicy korzystają nie tylko mieszkańcy i turyści, ale i bukmacherzy. Od początku XXI w. Gibraltar jest bowiem siedzibą wielu firm bukmacherskich oraz sektora gier online. To zasługa sprzyjającego systemu fiskalnego i braku tradycyjnego podatku VAT. Branża gier i zakładów odpowiada tam za prawie 25 proc. lokalnego PKB. Związane z nią firmy warte są dziś 15 mld euro i zatrudniają ponad 3 tys. osób. Obecnie w Gibraltarze znajduje się ponad 33 tys. firm korzystających ze specjalnego statusu brytyjskiego terytorium. A znaczna część gospodarki pozostaje w szarej strefie.
Budżet Gibraltaru uzupełniają też wpływy pochodzące z sektora żeglugi morskiej, turystyki i handlu.
To nie koniec sporów?
Hiszpan José Luis Martínez Gordo (zmarł w 1969 r.) w patriotycznym utworze "Gibraltar Español" (hiszpański Gibraltar) śpiewał, że "Bóg wie, iż Gibraltar był i będzie hiszpański". Słowa tego utworu przemawiały i chyba wciąż przemawiają do wielu hiszpańskich dusz. Bo jakaż to była granica państwa, skoro przebiegała tylko przez terytorium hiszpańskie. I to tak krótko.
Gibraltar, skalisty półwysep na styku południa Europy i północy Afryki, od wieków był świadkiem wielu bitew i sporów związanych z jego suwerennością. Brytyjskie terytorium zależne przez 13 lat było odcięte od świata blokadą, którą w mrocznych dla Hiszpanii latach 70. wprowadził gen. Francisco Franco. Trwała ona do połowy lat 80. Reżim w Madrycie uznał, że odcięcie enklawy rzuci ją gospodarczo na kolana i zmusi Wielką Brytanię do zrzeczenia się zwierzchności nad tym terytorium. Dzisiejsza Hiszpania pozostaje w czołówce, jeśli chodzi o swobody obyczajowe i polityczne oraz globalne zaangażowanie w prawa człowieka (vide postawa Madrytu w stosunku do Palestyńczyków). Mimo to kolejne pokolenia Gibraltarczyków postrzegają ją wciąż przez pryzmat dyktatury frankistowskiej. I postawy, wobec której należy zachować daleko idąca czujność.
- Czytaj także: Spółka Arkadiusza Milika planuje wielkie osiedle w Katowicach. "To, co państwo tu proponujecie, to jest rzeź"
Ta swoista polityczna czujność dobitnie wybrzmiała w czasie referendum, które 10 lat temu zdecydowało o brexicie. W 2016 r. aż 96 proc. (!) mieszkańców Gibraltaru zagłosowało za tym, by Zjednoczone Królestwo pozostało członkiem Unii Europejskiej. W Wielkiej Brytanii wyniki były zupełnie inne — tam aż 51,9 proc. obywateli było za opuszczeniem UE. Stanowisko Gibraltarczyków wynikało przede wszystkim z obaw, że opuszczenie Unii zachęci Hiszpanię do roszczeń wobec ich suwerenności oraz stanie się przyczyną całkiem realnych problemów logistycznych.
Premier Hiszpanii Pedro Sánchez przyznał, że podpisanie lipcowego porozumienia jest korzystne dla obywateli obu krajów i stosunków z Wielką Brytanią. Z dumą stwierdził o "zaleczeniu raz na zawsze otwartej, hiszpańsko-brytyjskiej rany". Jednocześnie podkreślił, że postęp w sprawie granicy nie oznacza "rezygnacji z roszczeń do zwrotu Gibraltaru", który od 1713 r., na mocy traktatu z Utrechtu, znajduje się pod jurysdykcją brytyjską. Część polityków hiszpańskich dopinguje premiera, by ten nie zapominał o hiszpańskim rodowodzie tego miejsca.
Tygodnik Przegląd
"Tygodnik Przegląd" nr 34
Mury wciąż dzielą
W wielu europejskich mediach można przeczytać, że lipcowa likwidacja muru między Hiszpanią a brytyjskim Gibraltarem oznacza, że we współczesnej Europie nie ma już murów dzielących kraj czy miasto. Niestety, tak nie jest.
Mur, płot i kolczaste druty wciąż rozdzielają np. dwie części Nikozji — grecką (południe) i turecką (północ). Ogrodzenie (a dokładniej strefa buforowa i linia rozgraniczająca zwana Zieloną Linią) powstała po raz pierwszy w 1964 r., a jej ostateczna, obecna forma ukształtowała się w 1974 r.
Niewiele wskazuje na to, że to dzielące obie części miasta ogrodzenie wkrótce zniknie. Tak więc udając się na spacer z części greckiej (i prawosławnej) do tureckiej (muzułmańskiej), musimy na granicy pokazać dokument tożsamości. Mało osób wie, że od kilku już lat do Turcji, a także tureckiego Cypru Północnego, wejdziemy czy wjedziemy za okazaniem dowodu osobistego. To niewątpliwe ułatwienie, zwłaszcza w sezonie letnim, choć Cypr dla wielu jest krajem odległym, "przedsionkiem" Bliskiego Wschodu i tlącego się tam od dekad konfliktu.
Twierdzenie, że ostatecznie pozbyliśmy się dziś murów dzielących miasta w kontynentalnej Europie, nie dotyczy też miast Narwa i Iwangorod na styku Estonii i Rosji. Kiedyś był to jeden zwarty organizm miejski, który dzieliła jedynie wartko płynąca rzeka Narwa. Dziś to dwa zupełnie inne światy. W czasach Związku Radzieckiego nikomu nie przychodziło do głowy, że most na rzece u podnóży twierdz położonych na obu jej brzegach stanie się mostem granicznym. Jeszcze do niedawna mostem na rosyjsko-estońskim przejściu mogły przejeżdżać samochody. Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny w Ukrainie władze estońskie zezwoliły jedynie na ruch pieszych.
To miejsce naszpikowane kontrolną elektroniką stanowi strategiczną granicę unijną, od strony estońskiej jest zatem nieustannie wzmacniane. System zasieków zaś zaczął przypominać ten, który w minionych czasach bronił granicy między ZSRR a Polską i innymi tzw. bratnimi państwami.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.