Naga reklama Sweeney. Ludzie dyskutują, biznes się kręci [OPINIA]
Feministki są oburzone, choć przecież kobieta ma prawo robić ze swoim ciałem, co chce, prawda? Jeśli chce, może reklamować wszystko swoim ciałem, wszak o to walczono, o wolność wyboru i decydowania. Sportsmenki są wściekłe, bo nie tak wygląda kobieta, która ćwiczy. Tylko czy ta kampania, w której naga kobieta przytula, pozując w różnych pozycjach, do swojego idealnego ciała sprzęt sportowy, jest o sporcie?
Sydney Sweeney reklamuje hazard, jedną z najbardziej typowo "męskich" i ryzykownych zabaw. Ona nie ma być tutaj ani feministką, ani sportsmenką, ona jest ucieleśnionym męskim marzeniem, wyciągniętym żywcem ze zdjęć w szafkach na siłowniach, zerwanym ze ścian w chłopięcych pokojach, wydrukowanym na pocztówkach sprzedawanych w sklepach dla dorosłych w czasach, kiedy towarzyszył nagości jeszcze rumieniec wstydu, bo nie wygumkowano słowa "wstyd". Ona ma zachęcać do hazardu, do zaryzykowania pieniędzy, do nałogu.
I teraz cały świat wie o tym, jak i o tej firmie bukmacherskiej, którą zareklamowała i w której, nie zapominajmy o tym, ma udziały (jak podały media, to ona zgłosiła się do twórców tej firmy z propozycją zakupu udziałów).
Jeszcze nie tak dawno temu nagie kobiety reklamowały ciągniki, kosiarki czy opony. Magazyny "dla panów" masowo seksualizowały i sprzedawały kobiety, które stały w kolejce do tego, by tam się pokazać. Bo powiedziano im, że to ważne dla ich kariery, że to potwierdza ich kobiecość, że to odważne.
Mamy jednak 2026 r. i po latach wbijania nam do głów, że seksualizacja i uprzedmiotowienie to zło, wszyscy oburzają się tym, że dorosła kobieta reklamuje swój biznes swoim ciałem. Tylko że ona robi to celowo, tak jak wystąpiła rok temu w reklamie jeansów, jak do mistrzostwa sprowadziła swoją świadomie prowokacyjną obecność w internecie i przestrzeni publicznej. Prowokuje, bawi się, zarabia. Nie wiem, jaki jest ekwiwalent reklamowy artykułów, postów i dyskusji na jej temat, ale podejrzewam, że ogromny. Nagie zdjęcie Sweeney wisi w centrum Nowego Jorku, ludzie dyskutują, biznes się kręci.
Czy Sydney musi być feministką? Nie musi. Czy umacnia seksizm taką reklamą? Oczywiście, robi to świadomie. Czy może zarabiać? Oczywiście. Czy musimy wszystkiemu, co robi, nadawać rangę ważnego wydarzenia? Raczej nie. Ale mamy czasy dyktatury rage baitu i wariujemy, bo jakaś pani w reklamie, do pewnego momentu nieznanej firmy, pokazała pupę i biust. Czyli zagraliśmy w grę, której scenariusz napisała sama Sydney.
Problem gdzie indziej
Serio, ja bym wolała, żeby osoby oburzone ostentacyjnie seksistowską i erotyczną reklamą Sydney i jej zgrabną pupą zajęły się tym, że w mainstreamie prostytucję i seksualizację na niebieskiej platformie, czyli OnlyFans, nazywa się "zwykłą pracą", sprzedaje się ją dzieciakom, głównie młodym dziewczynom, jako fajną opcję do zarobienia "szybkich, bezpiecznych i łatwych" pieniędzy.
Może trzeba mocniej krzyczeć o tym, że coraz młodsze i bardzo zasięgowe w sieci kobiety modyfikują chirurgicznie swoje ciała, żeby sprostać nieosiągalnym wzorcom, a coraz bardziej zidiociałe media temu przyklaskują? Bo się boją, że nie będą wystarczająco feministyczne, że ktoś im zarzuci, że "hejtują kobiety" i ich świadome wybory? Dlaczego jedne wybory nas wkurzają, a innych nie zauważamy, bo tak nam wygodnie?
Może warto nie ulegać gołej prowokacji wykreowanej dla pieniędzy? Bo łatwo nam się oburzać na dorosłą kobietę i jej nagie ciało w towarzystwie piłki, a jakoś trudniej zająć się realnymi problemami. Cóż, takie mamy czasy. Goła dupa zawsze górą. Bez względu na algorytmy.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.