Hegseth rozjuszył wojskowych. Generał: to deptanie grobów
Szef Pentagonu Pete Hegseth wywołał burzę. Podczas wystąpienia skrytykował udział państw sojuszniczych w misji w Afganistanie, kpiąc, że tylko kilka z nich miało realny wpływ na operację.
– Byłem kapitanem w Afganistanie i jeździliśmy do kwatery głównej w Kabulu, gdzie było 50 flag. To był piękny widok: 50 różnych krajów wspierających sojusz NATO i misję ISAF. Oprócz tego wkład w działania miało może pięć z nich. Pod koniec misji zaledwie jedno lub dwa państwa faktycznie uczestniczyły w działaniach bojowych. Żartowaliśmy nawet, że naszywka ISAF (International Security Assistance Force – Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa w Afganistanie) oznaczała "Widziałem Walczących Amerykanów (I Saw Americans Fighting)" – powiedział Hegseth.
To nie pierwsza taka sytuacja. Już na początku roku, w styczniu, prezydent USA Donald Trump przekonywał, że sojusznicy w Afganistanie "trzymali się z dala od linii frontu". Przypomnijmy: podczas misji zginęło 44 polskich żołnierzy.
Generał: byliśmy na pierwszej linii
– To jest porażające, że znów wraca ta sama narracja – powiedział w rozmowie z Wirtualną Polską gen. Roman Polko, były dowódca GROM, który sam uczestniczył w misjach z Amerykanami nie tylko w Afganistanie. Przypomniał, że podobne słowa na początku roku powiedział prezydent USA Donald Trump.
– Byliśmy na pierwszej linii, nawet GROM przekazywał obiekty amerykańskim jednostkom. Chociaż trudno się bić o to, kto był na pierwszej czy drugiej linii, bo wszyscy, którzy uczestniczą w tego typu misjach, tworzą jeden zespół – dodaje.
Wskazał, że takich słów nigdy nie słyszał od wojskowych, którzy wielokrotnie podkreślali braterstwo m.in. z polskimi żołnierzami. – Tych gestów było mnóstwo w stosunku do naszych żołnierzy odznaczeń amerykańskich, a teraz tak jakby to miało pójść w niebyt – mówi.
Gen. Polko dodaje, że wypowiedź Hegsetha jest dla niego "deptaniem grobów tych, którzy polegli w tych misjach". – I jest to też upokorzenie ich rodzin, które zostały po tych żołnierzach – mówi.
Przyznał jednak, że wojskowi niektórych krajów faktycznie "przyglądali się" operacjom. – Kraje wprowadzały ograniczenia narodowe, pojawiał się problem, jeżeli chodzi o zakres użycia. Ale Polska nie była jednym z tych krajów i wrzucanie wszystkich do jednego worka to jest rozbijanie spójności, zwartości NATO, tej kompanii braci, którą na tych misjach między wszystkimi żołnierzami udało się zbudować – powiedział wojskowy.
Słowa to nie przypadek? Wskazuje na Rosję
Zdaniem gen. Polko to nie jest przypadek, że te słowa padają akurat w okresie, gdy USA próbują dogadywać się z Rosją.
– Myśmy wysyłali żołnierzy jako Polacy bez ograniczeń na wszystkie misje, do których od wstąpienia do NATO zapraszali nas Amerykanie, a nawet wcześniej, bo to było inwestowanie w taki strategiczny sojusz czy partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi, pokazanie, że nie uchylamy się od tego, co jest naszym obowiązkiem i wręcz idziemy do przodu na 100 proc. i jeszcze trochę – mówi.
– Myśmy to robili po to, żeby w sytuacji zagrożenia Polski móc liczyć w takim samym stopniu na Stany Zjednoczone. I przyszedł ten czas, kiedy Europa, kiedy Polska mówi "sprawdzam". Myślę, że USA szukają usprawiedliwienia, dlaczego nie angażują się Stany Zjednoczone w takim stopniu, na jaki je stać we wspieranie Polski w działaniach przeciwko rosyjskiej agresji, przeciwko rosyjskiej wojnie hybrydowej, przeciwko tym zagrożeniom, które generuje Putin – dodaje generał.
– Amerykanie wyraźnie zapisali w strategii, że ograniczają swoją obecność w Europie i wsparcie, mówią, że to Europa sama musi sobie zapewnić bezpieczeństwo. I teraz jako usprawiedliwienie podają to, że myśmy ich nie wspierali wtedy, kiedy oni potrzebowali pomocy w tamtych misjach – podkreśla.
Co powinna zrobić Polska?
Według byłego dowódcy GROM, Polska potrzebuje w takiej sytuacji "mądrej i wyważonej dyplomacji".
– Amerykanie są dla nas najważniejszym partnerem, bardzo ważnym partnerem dla Europy, dla Polski. Ale musimy też prowadzić dyplomację zachowywania własnej godności, szacunku do samego siebie. I minister Sikorski potrafi w taki sposób artykułować to nasze stanowisko, upominając się o na przykład tych żołnierzy czy rodziny poległych żołnierzy, którzy w tych misjach oddali to, co jest najcenniejsze, czyli własne życie. Oczekiwałbym tego też przede wszystkim od zwierzchnika sił zbrojnych (prezydenta – red.), który skoro ma dobre relacje z prezydentem Trumpem, to warto je wykorzystać – podkreśla.
Generał Polko oczekuje też reakcji od ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza.
– Kiedy toczył się spór po raz pierwszy, gdy pierwszy raz tego typu spadły, to był w USA i zachowywał się wybitnie asekuracyjnie i nie powiedział jednoznacznie, tylko gdzieś tam dookoła uciekał. Wojsko mówi twardym językiem, prostym, oczywistym, konkretnym. A nie na zasadzie ciepłej kluchy, która ani w jedną, ani w drugą stronę – zaznacza wojskowy.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.