CNN TürkNecati Arabacı suç örgütünün yöneticisi Manisa’da yakalandıThe Jerusalem PostTrump could woo North Korea after midterm setback, but Kim may not respond - analysisPunchDavido had no role in Naira Marley, VDM Mohbad saga — AideInquirerZalameda asked to restore people’s trust in the justice systemSky TG24Guerra Iran, Reuters: "Teheran ha inviato agli Usa una proposta sul nucleare". LIVEBollywood HungamaRanveer Singh’s Pralay shoot sparks BIG controversy at Mumbai’s Azad Maidan; Under-14 and Under-16 cricket matches POSTPONED; MCA FUMES over disruption한겨레노사정, 초광역특구 정주지원 논의…다음주 ‘노동특례’ 본격 논의ZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioMintChina’s Type 004, the world’s largest aircraft carrier, may be nuclear-powered; launch likely in 2027 | DetailsThe Sydney Morning HeraldCrow evades capture at Coles North Lakes20 MinutenEin weisses Band: Hier findet in einer Woche zwei Skirennen stattWirtualna PolskaSceny pod Trybunałem Konstytucyjnym. Kłeczek śpiewał do piosenki AI
The Daily Newsstand · Free, Always
Friday, November 6, 2026

Zabił 19-latkę w centrum miasta. "Nie mogę oczekiwać wybaczenia"

Translate

31 lipca 2021 r. Łukasz T., kierowca autobusu z Katowic, wydał wyrok. 19-letnią Basię skazał na natychmiastową śmierć. Jej dzieci na życie bez matki. A swoich rodziców na załamanie nerwowe i samotność. – Krzywd, które wyrządziłem, nie da się naprawić – mówi Wirtualnej Polsce kilka lat po głośnej tragedii.

  • Ponad pięć lat temu Łukasz T. przejechał w centrum Katowic 19-letnią Basię. Sąd zakwalifikował to jako zabójstwo z zamiarem ewentualnym i skazał go na 16 lat więzienia.
  • Rodzina Basi nadal przeżywa jej śmierć. Zwłaszcza matka. Jak tłumaczy siostra ofiary, rozmowa o tragedii byłaby dla niej zbyt bolesna. Basia była jej najmłodszą córką.
  • Łukasz T.: – Gdybym mógł cofnąć czas, to bym to zrobił. Nie mogę oczekiwać przebaczenia. Dzieci straciły przeze mnie matkę.
  • Ojciec sprawcy: – Po wypadku żona całkowicie się załamała. Nocami nie spała. Miała do mnie żal, że to przeze mnie został kierowcą.

Scenariusz zwykle jest podobny.

Wystarczy kilka sekund. Czasem słychać pisk opon i huk. Jeśli są świadkowie, potem zwykle krzyk albo płacz. Migające niebieskie światła. Ratownik jest na czas, ale nie ma za wiele roboty. Policjant odgradza parawanem ciało. Cedzi do krótkofalówki, że przez 20 lat służby czegoś takiego jeszcze nie widział.

Pokazują cię w telewizji z paskiem na oczach obok czarno-białego zdjęcia ofiary.

W programie śniadaniowym debata o bezpieczeństwie na drogach. Lokalny urzędnik obiecuje progi zwalniające, a jakiś polityk grzmi, że musisz dostać wysoki wyrok. Kiedy cię przesłuchują, dziennikarze pielgrzymują z kamerami do rodziców ofiary, żeby opowiedzieli zapłakani o swoim końcu świata.

A potem zapada cisza.

Ją przykrywa ziemia. Ciebie przykrywa kurz.

Wczorajsze tragedie nikogo dziś nie obchodzą. Nieraz tylko w celi ktoś rzuci, że to ty jesteś tym chu..., który zabił. Ale nie łudź się, to dopiero początek. Z perspektywy widzi się wyraźniej, a ty masz na przemyślenia 16 lat. Choćbyś odwracał wzrok, w końcu i tak to zobaczysz.

Zniszczyłeś dużo więcej niż jedno życie.

WIDEO

"Ja tego nie podpisywałem." Zaginął dzień po przesłuchaniu, śledczy nie widzą związku:

Trzecie okrążenie

Budzik dzwoni o 2.30.

Łukasz zwleka się z łóżka, przemywa twarz i pakuje kanapki. W zajezdni pobiera dokumenty od dyspozytora, który przydziela mu pojazd. Numer boczny 1330. Łukasz sprawdza olej, płyn chłodniczy i dokręcenie kół. W końcu przekręca kluczyk w stacyjce. Na pierwszy przystanek, zgodnie z rozkładem linii 910, zajeżdża o 3:36.

W środku nocy autobus jest prawie pusty, tak jak ulice. Pierwsze dwa okrążenia przebiegają bez problemów. Trzecie będzie ostatnim w życiu Łukasza.

O 5.45 jest na ul. Mickiewicza w centrum Katowic. Nagle dostrzega na ulicy grupę ludzi. Jakaś awantura. Podjeżdża bardzo blisko, ma ich tuż przed maską. Robi się jeszcze większe zamieszanie. Ktoś kopie w drzwi, co uruchamia automatyczny hamulec. Autobus na chwilę staje. Łukasz boi się, że grupka wedrze się do środka i coś mu zrobi – tak przynajmniej opowie później przed sądem.

Łukasz
Basia zdążyła złapać narzeczonego za rękę. Próbował ją wyciągnąć, ale było za późno © YouTube

Gwałtownie rusza. Słyszy huk.

Zatrzymuje się kawałek dalej na przystanku, ale widzi w lusterku ludzi biegnących za autobusem. Ktoś krzyczy: "Ja cię, ku..., zabiję!". Tak przynajmniej zezna Łukasz. Nie otwiera drzwi, jedzie prosto na zajezdnię, kilometr dalej. Decyduje, że dopiero tam wysadzi pasażerów. Chyba mocno się przestraszyli. Początkowo jadą w ciszy, słychać tylko warkot silnika. Później głośny płacz.

Przed szlabanem do bazy drogę zajeżdża policja. Widocznie ktoś zgłosił bójkę. Łukasz na widok radiowozu czuje się bezpiecznie (tak przynajmniej później zezna), ale ulga szybko mija. Zakuwają go w kajdanki. Tymczasem na Mickiewicza przerażenie i płacz. Policja, która przyjeżdża na miejsce, prosi o wsparcie. Ratownik mówi dyspozytorowi, że czegoś takiego jeszcze nie widział.

Na ulicy leży zmasakrowane ciało 19-letniej Basi.

Winny

Październik 2026 r. Świętochłowice.

Rzędy familoków z odrapanymi ścianami pomazanymi graffiti. Ciemne bramy, w podwórzach ubita ziemia. W deszczowe dni trzeba robić slalom między kałużami. Gdzieniegdzie okna zabite dyktą. Lipiny, dawna dzielnica robotnicza, ma opinię biednej i zapomnianej. Takiej, do której po zmroku lepiej się nie zapuszczać.

Tu Basia mieszkała z narzeczonym. Zaręczyli się w 2019 r. On pracował przy produkcji palet, ona opiekowała się dziećmi – dwuletnią córką i siedmiomiesięcznym synem. Narzeczony opowiadał w sądzie, że była świetną matką. Nie piła. Nie paliła. W tamten ciepły lipcowy wieczór 2021 r. wyszła się rozerwać pierwszy raz od dawna.

Pojechali ze znajomymi na dyskotekę. Nad ranem chcieli wrócić taksówką, ale na postoju żywej duszy. Ktoś rzucił, że na Mickiewicza zaraz podjedzie autobus do Świętochłowic. Przy przystanku wybuchła jakaś awantura. Basia powiedziała do narzeczonego, że w bójce uczestniczy chyba jego kolega. Zaraz podbiegł do grupy, chcąc uspokoić sytuację. A ona za nim.

Sąd ustalił, że było tak:

Autobus, którym kierował Łukasz, o 5.45 podjechał do grupy na ulicy. Najpierw lekko potrącił inną kobietę. Upadła. Gdyby nie reakcja znajomych, którzy pociągnęli ją za rękę, to ona zginęłaby pod kołami. Łukasz zatrzymał autobus, lecz po chwili znowu ruszył. Wjechał w Basię, która była tuż przed maską. Zdążyła złapać narzeczonego za rękę. Próbował ją wyciągnąć, ale było za późno. Uderzał w autobus, krzycząc do kierowcy, że ma człowieka pod kołami. Ale tym razem ten już się nie zatrzymał. Najechał na Basię i wlókł ją pod podwoziem.

Zginęła na miejscu.

Po uderzeniu w Basię. ludzie rzucili się w pościg za odjeżdżającym autobusem
Po uderzeniu w Basię. ludzie rzucili się w pościg za odjeżdżającym autobusem © YouTube

Łukasz zarzekał się, że jej nie widział. A o tym, że kogoś zabił, dowiedział się dopiero od policji. Tłumaczył przed sądem: czuł się zagrożony, bo kilka osób uderzało w autobus. Nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że pojazd ruszył. Wyrażał żal. Przepraszał rodzinę Basi, deklarując, że chce zapracować na rekompensatę finansową dla jej bliskich. Utrzymywał, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, nie zabójstwa.

Sąd ocenił to inaczej.

"Analiza zapisu z kamer wyklucza, aby zachowanie kierującego autobusem było podyktowane obawami o własne życie (...). W materiale dowodowym nie ma potwierdzenia faktu agresywnego zachowania się uczestników grupy w stosunku do kierującego autobusem i szarpania drzwi przednich w celu dostania się do środka pojazdu" – napisano w uzasadnieniu wyroku.

Zapis z kamery autobusu stojącego obok potwierdził, że ktoś kopnął w drzwi, ale już po tym, jak Łukasz potrącił pierwszą kobietę. Inni zaczęli uderzać w pojazd dopiero, gdy wjechał w Basię. Biegły ocenił, że chcieli w ten sposób doprowadzić do zatrzymania autobusu, by ratować kobietę.

"Dowody wykazały, że oskarżony patrzył na wprost i obserwował przedpole jazdy. Kontynuując jazdę, chciał pokazać stojącym na jezdni, że nie stanowią dla niego przeszkody i jeśli nie schodzą z jezdni, poniosą tego konsekwencje".

W organizmie Łukasza wykryto tramadol – przeciwbólowy lek opioidowy – o stężeniu przekraczającym zakres terapeutyczny. Kierowca tłumaczył, że to przez tabletki na rzucenie palenia, ale to też sąd podważył: "Przeczą temu wyniki badań próbek krwi". Sędzia nie uwierzył nawet w jego skruchę i łzy – uznał, że oskarżony chciał dostać jak najniższy wyrok.

Sąd ocenił, że zabicie osób na jezdni nie było celem Łukasza, ale ruszając, znał możliwe konsekwencje. Uznał go winnym zabójstwa z zamiarem ewentualnym, usiłowania zabójstwa trzech innych osób i prowadzenia pod wpływem środka działającego podobnie do alkoholu.

W czerwcu 2024 r. skazał go prawomocnie na 16 lat. Zasądził też łącznie 220 tys. zł nawiązki i zadośćuczynienia dla dzieci Basi i jej narzeczonego.

Nic nie przywróci 19-latce życia – to Łukasz wiedział od razu.

Ale początkowo nie miał świadomości, jak wiele osób skrzywdził.

Zamek

Budzi się w celi o 4.30. Czasem o piątej.

Uczy się słówek z angielskiego i francuskiego, dopóki chłopaki nie zaczną rozwozić śniadania. O 8.00 zaczyna robotę w kuchni. Gotują dla administracji i oddziałowych. Gwiazdki Michelin raczej by nie zdobył, "przynieś, podaj, pozamiataj". Po pracy czyta kryminał albo ogląda "Pierwszą miłość", potem idzie nieraz do łaźni.

I tak dzień za dniem.

Siedzi na "zamku", czyli oddziale zamkniętym Aresztu Śledczego w Katowicach. Cela zamknięta przez całą dobę, dwa widzenia w miesiącu. Jeśli Łukasz przemieszcza się na terenie aresztu, zawsze ma przy sobie anioła stróża w mundurze.

Krótkie ciemne włosy, wąskie usta. Tak przynajmniej wygląda na zdjęciach sprzed kilku lat. Nie zgadza się na widzenie z reporterem. Boi się, że służba więzienna nie byłaby zachwycona.

Ale chce opowiedzieć, co czuje.

Jak tylko będzie mógł, zadzwoni.

Telefon nr 1. O czyimś żalu

Nieznajomy numer. Cichy, spokojny głos:

– Cześć.

Wczoraj był u mnie tata. Przekazał, że czekasz na telefon. Mam niecałe dziesięć minut. Ale przynajmniej się usłyszymy.

U mnie w porządku. Do pracy, na celę i tak w kółko.

Gdybym mógł cofnąć czas, to bym to zrobił. Żałuję, że to wszystko się wydarzyło. Dzieci straciły matkę. Tego w żaden sposób nie da się naprawić. Co bym powiedział bliskim tej kobiety? Trudne pytanie. Gdybym przed nimi stanął, pewnie by mnie zamurowało. W sądzie przepraszałem i mówiłem o rekompensacie nie po to, żeby złagodzić wyrok, tylko żeby choć trochę się zrehabilitować.

Broń Boże, nie chciałem nikogo zabić. Wyrok uważam za zbyt surowy.

Policja pracuje na miejscu, w którym doszło do tragedii
Policja pracuje na miejscu, w którym doszło do tragedii © PAP | Hanna Bardo

Byłem dumny ze swojej pracy. Uwielbiałem ją. W tamtej sytuacji spanikowałem. Popełniłem błąd. Zlekceważyłem zagrożenie. Ale nie chciałem nikogo skrzywdzić. Chciałbym, żeby bliscy ofiary to wiedzieli.

Najważniejsze są ich uczucia, moje schodzą na drugi plan. Kiedy mówili, że chcą dla mnie dożywocia, rozumiałem ich emocje. Ich żal. Przebaczenie jest kwestią indywidualną. Spotkałem w areszcie człowieka, który kogoś zamordował, i wiem, że rodzina ofiary mu wybaczyła. Ale ja nie mogę tego oczekiwać. Nie mam dzieci. Nie wiem, czy sam potrafiłbym wybaczyć, gdyby ktoś zabił mi córkę.

Gdy byłem na wolności, koleżanka z osiedla chodziła jako wolontariuszka do domu spokojnej starości. Kilka razy mnie zabrała. Widziałem, jak trudno jest starszym ludziom, którzy nie mają już rodziny. A co dopiero, gdy małe dzieci stracą matkę.

Jak żyć z tym, że pozbawiło się kogoś życia? Dobre pytanie. Na początku chciałem po prostu przetrwać. Na podwórku zdarzały się jakieś przepychanki, bójki. Ale żeby zabić człowieka? Byłem przerażony. Kraty, cela, zamknięcie. Bałem się, jak będzie wyglądał każdy kolejny dzień. Starałem się załatwić telefon do domu, widzenie z ojcem czy mamą. Po miesiącu, półtora zeszły ze mnie pierwsze emocje. Dużo myślałem o wypadku. Raz w tygodniu chodziłem do psychologa. To było dla mnie trudne. Wiem, co się stało. Przestałem już to jednak analizować, żeby nie zwariować.

Odsunąłem to od siebie, bo bym tego nie dźwignął. Tak jakbym to wyparł.

Opowiadam o tym nie żeby pokazać, jak cierpię. Może dzięki temu inni unikną moich błędów. Wyciągną wnioski. Może ktoś inny na moim miejscu zamknąłby się w sobie. Ja podchodzę do tego inaczej. Warto mówić otwarcie, jaką cenę płacą ludzie za takie zdarzenie.

Przepraszam, oddziałowy kiwa głową, żebym kończył. Zadzwonię najwcześniej za tydzień. O tej samej porze co dziś.

Cyfrowy lincz

– Ciągle bardzo przeżywają to, co się stało – mówi adwokat rodziny Basi, Paweł Dłóciok.

Mimo upływu lat trudno im podnieść się po tragedii. Zwłaszcza matce. Straciła najmłodszą córkę, rozmowa o tym byłaby dla niej zbyt bolesna, tłumaczy siostra Basi.

O tragedii było głośno. W internecie ofiarę i jej rodzinę zalał hejt. Jak opisywał "Newsweek", na profilu Basi pojawiły się dziesiątki obraźliwych komentarzy. Internauci pytali, jak w wieku 19 lat można mieć dwójkę dzieci? Jak młoda matka może wyjść na imprezę? Nazywali Basię "patologią". Ktoś wrzucił nawet zdjęcie ciała zza policyjnego parawanu. Były sędzia Jarosław Gwizdak nazywał to w rozmowie z Onetem "cyfrowym bezczeszczeniem zwłok".

To kolejny powód, dla którego bliscy Basi wolą dziś milczeć.

Pod salą sądową z mediami rozmawiał jedynie jej ojciec. Domagał się dla sprawcy dożywocia. Nie przyjął jego przeprosin. Nie doczekał prawomocnego wyroku. Zmarł w maju 2024 r. po ciężkiej chorobie.

Łukasz T. w sądzie
Łukasz T. w sądzie © East News | AGENCJA SE

Narzeczony Basi został sam z dwójką dzieci. Mówił, że Łukasz zniszczył mu życie. Gdy policja odwiozła go do domu, usłyszał od córki, że "nie ma już mamy". Gdziekolwiek razem jechali, pytała o Basię. Siedmiomiesięczny syn nie rozumiał jeszcze, co się stało. Dzieci jakiś czas przebywały w pieczy zastępczej. Dziś – jak informuje siostra Basi – są pod opieką ojca.

Tamtego lipcowego dnia robił wszystko, żeby ratować ich matkę. Rzucił się w pogoń za autobusem. Gdy uświadomił sobie, że Basi nie da się już pomóc, usiadł zrozpaczony na krawężniku.

Mniej więcej w tym samym czasie Kazimierz, kierowca autobusu nr 48, szedł do pracy ulicą Sokolską. Przy skrzyżowaniu z Mickiewicza zobaczył w oddali migające światła. Pomyślał, że pewnie jakiś wypadek, ale zbytnio nie zawracał sobie nim głowy.

Dotarł na zajezdnię przed czasem. Pobrał od dyspozytora dokumenty i odnalazł swój autobus. Ale zanim ruszył w trasę, zatrzymał go kierownik.

"Wracaj do domu. Twój syn spowodował śmiertelny wypadek".

Mur

– Proszę śmiało pytać o wszystko.

Kazimierz miesza herbatę i zapada się głębiej w fotelu. Przywykł, że gdy ktoś zaczyna temat Łukasza, spuszcza wzrok w obawie, jak zareaguje. Ale on zawsze zachęca, by mówić wprost. Przeszłości przecież nie zmieni. A uciekanie od niej nic nie da.

Trzy miesiące po wypadku zawiózł żonę na pierwsze widzenie z synem. Sam nie mógł wejść, czekał w samochodzie. Inni odwiedzający zaczęli opuszczać areszt, a po niej ani śladu. Wyszła jako ostatnia ze spuchniętymi oczami.

Wracali do domu w milczeniu.

Swojego pierwszego widzenia Kazimierz też nie zapomni. Zostawił rzeczy w szafce, strażnik zaprowadził go do boksu. Gdy Łukasz usiadł za oddzielającą ich pleksą, ojciec ostrożnie podniósł słuchawkę. Tyle chciał przekazać synowi, ale w środku coś go ściskało, a najważniejsze słowa nie przechodziły przez gardło. Sztywna rozmowa pełna ogólników. "Jak ci tu jest?". "Co słychać w domu?".

Łukasz nie wiedział, że tamtego lipca zbudował między rodzicami mur. Gdy ojciec budził się w środku nocy, często widział w salonie niebieskie światło monitora. To matka godzinami sprawdzała, co piszą o Łukaszu w internecie.

– Dziołcha, nie czytaj tego, bo się wykończysz – błagał ją Kazimierz, ale nie słuchała.

Każdy przeżywał koniec świata na swój sposób. O tamtym nie rozmawiali. Najbezpieczniej było milczeć, bo jeszcze by się pozabijali. Emocje buzowały. Matka wiedziała swoje: gdyby nie mąż, Łukasz nie trafiłby do więzienia.

Przecież to Kazek zaraził Łukasza i jego brata miłością do autobusów.

To on kupił Łukaszowi na osiemnastkę kurs na prawo jazdy.

To on sprawił, że zostali kierowcami.

Zanim się stało "tamto", żartowała na rodzinnych imprezach, że ucieka do kuchni, bo jej chłopcy gadają tylko o autobusach. Synowie od dziecka byli do siebie podobni: skryci, spokojni, żadni chuligani. Łukasz chciał zostać informatykiem, ale nie żałował, że poszedł w ślady ojca. Obaj dobrze sobie radzili, byli lubiani. Nieraz rodzice mówili z uśmiechem, że synowie im się udali.

Po wyroku żadnego uśmiechu w ich domu już nie było.

Tylko pojedyncze, nieistotne zdania o codzienności. Głównie cisza.

– Nie miałem do żony żalu, że mnie obwinia. Rozumiałem, że to przez ból – mówi Kazimierz. Jest kierowcą od 52 lat. Zawsze powtarzał synom, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Pasażerów i ich własne.

"Jak siadacie za kółko, macie obok prokuratora, którego nie widzicie".

Po tragedii mówił żonie: czasu nie cofniemy, trzeba jakoś żyć dalej.

Widział, że się załamała. A gdy wykryto u niej nowotwór wątroby – opowiada Kazimierz – od razu się poddała. Wstydziła się choroby, praktycznie przestała wychodzić z domu. Jeździła tylko na widzenia. Najpierw o kulach, później na wózku inwalidzkim. Kazimierz sam robił jej zastrzyki z morfiny. Liczyła się z tym, że każda kolejna wizyta w areszcie może być jej ostatnią. Słabła w oczach.

Tyle dobrze, że puścili Łukasza na pogrzeb.

Stał z tyłu w kajdankach w asyście strażników. Gdy ludzie składali im kondolencje, mogli chwilę porozmawiać. Kazimierz dużo by dał, by częściej mieć syna przy sobie. Przed tragedią odwiedzał rodziców codziennie. Teraz widzą się raz w miesiącu. Do aresztu na Mikołowskiej ojciec ma dwa przystanki.

Pamięta, jak opowiadał żartobliwie synom, że ze względu na sąd i areszt to najdłuższa ulica w Katowicach. "Jak już wejdziesz, to prędko nie wyjdziesz". Łukasz prawdopodobnie zostanie na Mikołowskiej jeszcze dziesięć lat.

Telefon nr 2. O rozłące

– Cześć. Po dziewięciu minutach może nas rozłączyć.

Co jest w więzieniu najtrudniejsze? Rozłąka z rodziną. Mama i tata zapłacili wysoką cenę. Mam wrażenie, że jeszcze wyższą niż ja. Mocno ucierpieli. Całe życie miałem ich na co dzień. Dla mnie to był szok, że nagle rozmawiam z matką przez szybę. Posadzili mnie w jakimś pudełku. Słuchawka trzeszczała. Ledwo się słyszeliśmy. Matka się rozpłakała, ja zresztą też. Była w takich emocjach, że nie pamiętała później, o czym rozmawialiśmy.

Zażywała silne leki, była osłabiona. Ale przychodziła na widzenia. Nie pamiętam, kiedy odwiedziła mnie ostatni raz. Musiałbym zerknąć do kalendarza. Zadzwoniła, że nie da rady przyjść, bo gorzej się czuje. Potem nagle jej się poprawiło. Sama wstała, przygotowała sobie jedzenie. Tata był w szoku. Myślałem, że będzie dobrze. Kiedy zadzwoniłem następnym razem, była w agonii.

Powinienem pomóc jej w chorobie. Wspierać rodziców, a nie siedzieć w celi. Dobrze mnie wychowali. Na widzeniu w Mysłowicach powiedziałem im: "Przepraszam, że zamiast się wami opiekować, to wy musicie opiekować się mną". Czułem się winny.

Szesnaście lat zmarnowane, część życia zniszczona. Znalazłem się na dnie. Jedyne rozwiązanie to teraz coś ze sobą zrobić. I próbować się odbić. Chodzę do pracy, na różne kursy. Nie załamałem się. Jakoś funkcjonuję. Poznałem tu ludzi widzących we mnie nie tylko człowieka, który kogoś zabił. Odwiedza mnie tata, brat, kilkoro znajomych. Między innymi kierowca, który przez lata był moim zmiennikiem.

Ojciec bardzo mnie wspiera. Regularnie przychodzi na widzenia. Chciałbym kiedyś jeszcze porozmawiać z nim w domu. Zjeść razem obiad. Może kiedyś wyjdę na przepustkę i doczekam. Do wypadku już raczej nie wracamy.

Ja opowiadam, co u mnie. On – co słychać na zajezdni.

Oddziałowy daje znać. Muszę kończyć.

Szczęściarz

Budzik dzwoni o trzeciej. Czwarta z groszami Kazimierz musi być już na zajezdni. Pierwszy przystanek linii 48: Sądowa.

Na zakładzie dziwili się Kazimierzowi, że po takiej tragedii szybko wrócił do pracy. Niektórzy drwili, że pięknie wychował synalka. Pytali ironicznie, co porabia Łukasz. Ale szefowie i najbliżsi koledzy go wsparli. Przecież on nikogo nie zabił.

Od pięciu lat mógłby być na emeryturze, a nadal jeździ na pełen etat. W domu by nie wytrzymał. Kilka razy złapał się na tym, że otwiera drzwi i rzuca "cześć". Zawsze odpowiada mu cisza. Towarzyszy mu na co dzień. Czasem zakłóca ją jedynie telewizor.

W autobusie jest dużo łatwiej. Kiedy łapie za kierownicę i wrzuca pierwszy bieg, ból znika. Liczy się tylko, by bezpiecznie dowieźć pasażerów. Może Kazimierz świata swoją pracą nie zmienia, ale przynajmniej czuje się potrzebny. No i nie jest sam. Codziennie widzi twarze, które dobrze zna. Ten się ukłoni, tamten zapyta o samopoczucie.

"Uszanowanie, panie Kaziu, do następnego".

Nigdy nie myślał o sobie jako ojcu mordercy. Nie zamierza syna wybielać ani usprawiedliwiać. Wie, że to nie ich rodzina ucierpiała najmocniej. On sam nigdy nie miał jednak do Łukasza żalu. Wierzy mu, że nie chciał nikogo skrzywdzić.

– Stało się, jak się stało. Musi ponieść karę – ucina. – Co by się nie działo, rodzic powinien wspierać swoje dziecko, nie oceniać czy potępiać. Czasem myślę, że nie dożyję końca wyroku. Ale póki mogę, będę pomagał Łukaszowi. Od tego jest ojciec.

Pomylił się tylko co do jednego: świat wcale się nie skończył. Ani jego, ani Łukasza. W pandemii oddzielała ich szyba z pleksi, teraz mogą usiąść przy jednym stole. Nawet jeśli Kazimierz widzi syna raz w miesiącu, a obok stoją strażnicy, jest szczęśliwy, że może mu spojrzeć w oczy. Dotknąć go. Usłyszeć.

Gdy matka Basi odwiedzi córkę na cmentarzu, nikt jej nie odpowie.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.