Stok zbudują nawet wbrew góralom. Senatorowie chcą polskiego "prawa śniegu"
Senatorowie wzorują się na alpejskim "prawie śniegu". Chcą, by podobne przepisy działały w całej Polsce i objęły nie tylko stoki narciarskie, lecz także inne obiekty sportowe.
"Prawo śniegu" w różnych formach obowiązuje w Austrii, Szwajcarii, Niemczech i Francji. W uproszczeniu chodzi o to, by chronić stacje narciarskie przed zamknięciem. Właściciel gruntu pod trasą nie może po latach zmienić zdania i przegrodzić stoku płotem, bo na czas, gdy leży śnieg, jego prawo własności jest ograniczone. W zamian dostaje odszkodowanie.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Narciarzy przybywa, ziemi pod stoki nie
Narciarzy w Polsce przybywa z roku na rok, ale jak na coraz zamożniejsze społeczeństwo Polacy wciąż jeżdżą na nartach i snowboardzie stosunkowo rzadko. Z badań wynika, że zimą na stok wybiera się nie więcej niż 13 proc. Polaków. W Europie Zachodniej narciarzami jest nawet 25 proc. mieszkańców.
Branża szykuje się na kolejnych klientów i szuka miejsc pod nowe trasy. Operatorzy działających już stacji mają inny problem: muszą bronić ich przed zamknięciem. Na wielu stokach zbudowanych w latach 90. właśnie kończą się 20- i 30-letnie umowy dzierżawy gruntu.
- Podpisujemy nowe umowy dzierżawy, ale to jest cholernie trudne zadanie. Część właścicieli gruntów żąda od nas nawet trzykrotnego podniesienia opłat. Nie stać nas na to, bo wówczas cały biznes przestanie się finansowo spinać. Z drugiej strony czasem wystarczy jeden właściciel z działką w poprzek stoku, który postawi płot i stacja narciarska umrze z dnia na dzień. Doskonały przykład to zakopiańska Gubałówka
- mówi WP jeden z prezesów stacji narciarskiej w okolicy Białki Tatrzańskiej.
Trasa zjazdowa z Gubałówki działała od 1938 r. Zamknięto ją w 2005 r. po sporze Polskich Kolei Linowych z rodziną Gąsieniców-Byrcynów. Ich działki zajmują zaledwie ok. 10 proc. powierzchni trasy, ale przecinają ją na całej szerokości. Właściciele postawili płot i posadzili drzewka. Mimo kilku prób porozumienia narciarze nie zjechali stamtąd do dziś.
W sukurs branży narciarskiej postanowiła więc pójść grupa 12 senatorów PSL, Polski 2050 oraz klubu Nowa Polska-Centrum. Co ciekawe, to senatorowie głównie z północy i centrum Polski. Wśród inicjatorów projektu brakuje parlamentarzystów z gór.
Wnioskodawców w Senacie reprezentuje Zygmunt Frankiewicz (Nowa Polska). W uzasadnieniu projektu senatorowie piszą o potrzebie stworzenia "stabilnych ram prawnych" dla rozwoju infrastruktury narciarskiej i turystyki zimowej oraz o ochronie działających stacji przed zamknięciem. Jako przykłady podają trasy na Gubałówce, Butorowym Wierchu i Maciejowej. Pomysł popierają m.in. Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne oraz Polski Związek Narciarski.
Wspomniana grupa parlamentarzystów stworzyła projekt ustawy, który obecnie funkcjonuje jako "senacki druk nr 784". Pomysłodawcy zapewniają, że dotyczy on nie tylko stacji narciarskich, ale też każdej innej działalności sportowo-rekreacyjnej, która mogłaby powstać w naszym kraju: torów wyścigowych, tras biegowych, szos rowerowych i tak dalej.
Senatorowie proponują, by nawet na 30 lat można było ograniczyć prawo własności tym właścicielom ziemi, którzy nie chcą oddać jej pod obiekt sportowo-rekreacyjny. Procedura ma wyglądać tak: inwestor najpierw negocjuje z właścicielami gruntów. Jeśli na dzierżawę dobrowolnie zgodzą się właściciele co najmniej 75 proc. potrzebnego terenu, inwestor może wystąpić do wójta, burmistrza lub prezydenta miasta o decyzję ograniczającą prawo własności pozostałych.
Wcześniej inwestor musi jednak uzyskać zgodę rady gminy lub miasta. Przez cały okres ograniczenia własności operator stoku czy innego obiektu sportowego będzie płacił właścicielom, którzy się nie zgodzili, czynsz dzierżawny oraz jednorazową opłatę początkową wraz z odszkodowaniem.
Górale i ministerstwa na "nie"
Górale z Podhala są przekonani, że to zamach głównie na ich pola. Podobne obawy słychać na Mazurach, gdzie nowe prawo pozwalałoby budować mariny na prywatnych gruntach. Federacja Obrony Podhala przekonuje, że przepisy, jeśli wejdą w życie, złamią konstytucję. To nie pierwsze starcie górali z "prawem śniegu". Na przełomie 2005 i 2006 r. posłowie LPR zaproponowali przymusowe służebności pod stoki, ale po gwałtownych protestach na Podhalu projekt szybko upadł. Kolejna próba, z lat 2011–2013, również skończyła się fiaskiem.
- Przecież to brzmi jak prawo tworzone w jakimś kraju trzeciego świata - irytuje się Józefa Chromik "Matuska", prezeska Federacji, w przeszłości polska olimpijka i ciotka europosłanki (KO) Jagny Marczułajtis-Walczak.
– To proponowane nowe prawo oznacza, że na podstawie decyzji administracyjnej prywatny operator mógłby uzyskać wieloletnie uprawnienie do korzystania z prywatnej nieruchomości na potrzeby prowadzonej działalności. Czy prywatny, odpłatny biznes powinien otrzymać możliwość korzystania z cudzej ziemi przez dziesięciolecia na podstawie decyzji administracyjnej? Federacja Obrony Podhala uważa, że rozwój sportu i turystyki jest potrzebny, ale nie może odbywać się kosztem podstawowego prawa właściciela do decydowania o swojej własności. Budujmy stoki tam, gdzie wszyscy ich chcą – dodaje góralka z Poronina.
Góralska federacja nie jest w swoim sprzeciwie sama. Na stronie internetowej Senatu są już opinie wielu instytucji na temat proponowanych zmian w prawie. Przeciwko rozwiązaniom proponowanym przez grupę senatorów są Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz Ministerstwo Sprawiedliwości.
Jak czytamy w analizie opracowanej w tym ostatnim resorcie i podpisanej przez wiceministra Arkadiusza Myrchę, projektowane rozwiązania budzą "istotne wątpliwości z punktu widzenia ochrony prawa własności oraz dopuszczalnych granic ingerencji w to prawo".
Resort sprawiedliwości zwraca uwagę, że projekt opiera się na mechanizmie nazywanym "wywłaszczeniem przez ograniczenie". W praktyce oznacza to, że właściciel formalnie zachowuje swoją działkę, ale przez lata nie może swobodnie z niej korzystać, bo ktoś inny prowadzi na niej biznes. Ministerstwu nie podoba się też, że inwestycja prywatnej firmy miałaby zostać uznana za "cel publiczny". Taki status mają zwykle drogi czy linie kolejowe, z których korzystają wszyscy. Tu zarabiałby na tym przez lata prywatny operator.
Na przeciwnym biegunie są Polskie Koleje Linowe, spółka kontrolowana przez państwo za pośrednictwem Polskiego Funduszu Rozwoju. Według PKL polska wersja "prawa śniegu" pozwoli wreszcie branży "rozwinąć skrzydła". Spółka przekonuje, że w polskich górach żyją tysiące właścicieli, którzy chcieliby budować na swojej ziemi stoki narciarskie, ale przez rozdrobnienie gruntów ich plany blokują pojedynczy "maruderzy".
Projekt trafił już pod pierwsze w kraju konsultacje społeczne. 17 września zorganizowała je gmina Kościelisko (pow. tatrzański), a przeprowadził wójt Roman Krupa. To postać nieprzypadkowa: zanim w 2018 r. wygrał wybory, sam był prezesem ośrodka narciarskiego WitówSki w Witowie na Podhalu. W przeszłości był też zaufanym człowiekiem posła Andrzeja Guta-Mostowego (dziś Rozwój Plus), byłego wiceministra sportu i turystyki w rządzie Mateusza Morawieckiego.
Głosowanie nad senackim drukiem nr 784 jeszcze się nie odbyło. Nawet jeśli projekt poprze większość senatorów, musi go jeszcze przegłosować Sejm i podpisać prezydent. Górale nie zamierzają czekać. Federacja Obrony Podhala zbiera podpisy przeciwko projektowi.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.