Bolesna porażka Trumpa. Plan na kluczowe wybory legł w gruzach

Niedługo po wyborach prezydenckich w 2020 r. cała Ameryka pękała ze śmiechu. Były burmistrz Nowego Jorku, Rudy Giuliani, który stał się zatwardziałym zwolennikiem Donalda Trumpa i jego adwokatem, zorganizował konferencję prasową w Waszyngtonie.
Zamiast słuchać, co Giuliani ma do powiedzenia, wszyscy ekscytowali się ciemną strużką spływającą po jego spoconej twarzy. Podejrzewano, że to efekt zabiegów kosmetycznych, które miały przykryć siwiznę na jego głowie.
Farbowanie włosów współgra z tematem konferencji - rzekomymi fałszerstwami wyborczymi, które miały pozbawić Donalda Trumpa reelekcji i dać zwycięstwo Joe Bidenowi.
Giuliani bezpodstawnie przekonywał, że przegrana jego mocodawcy to efekt wielkiego spisku, by w rządzonych przez demokratów dużych miastach manipulować wynikami wyborów.
Oprócz zhakowanych maszyn do głosowania, komunistycznych i globalistycznych sabotażystów na konferencji pojawiło się oskarżenie, które od wielu miesięcy było osią narracyjną Donalda Trumpa - rzekome masowe fałszerstwa, będące wynikiem głosowania pocztowego.
Oskarżenia Trumpa i jego ekipy okazały się równie prawdziwe, jak kolor włosów Rudy'ego Giulianiego.
Przekonanie Trumpa, że głosowanie pocztowe to wymierzony w niego spisek, pozostało jednak do dzisiaj. Choć on sam głosuje właśnie w ten sposób.
Wybory do Kongresu. Amerykańska Poczta wchodzi do gry
Przed tegorocznymi wyborami połówkowymi, które będą kluczowym starciem o to, kto ma większość w Kongresie, Donald Trump postanowił uderzyć w tę popularną formę głosowania. Orężem w tej batalii miała być Poczta Stanów Zjednoczonych.
W marcu prezydent USA podpisał dekret, który miał ograniczyć głosowanie pocztowe i stworzyć w każdym stanie listę obywateli, by ustalić, kto jest uprawniony do głosowania.
Jeśli dekret zacząłby obowiązywać, Poczta Stanów Zjednoczonych miałaby prawo nie dostarczyć kart do głosowania w stanach, które nie udostępniłyby jej danych wyborców.
Do jej zadań należałoby też sprawdzenie każdej koperty pod kątem tego, czy spełnia nowe standardy, zanim wyśle je do wyborców.
Takie stawianie sprawy budziło poważne obawy dotyczące tego, czy w ten sposób miliony Amerykanów nie zostaną pozbawieni prawa do głosowania.
Zarzuty dotyczyły także tego, że powierzenie Poczcie Stanów Zjednoczonych nadzoru nad głosowaniem korespondencyjnym byłoby niekonstytucyjnym zawłaszczaniem władzy, a sama Poczta nie jest przygotowana, by przeprowadzić cały proces.
Trump próbował wypaczyć wynik wyborów?
Co do intencji Trumpa, wiele mówią jego słowa skierowane w marcu do republikańskich kongresmenów. Stwierdził wtedy, że ograniczenie głosowania pocztowego poprzez uchwalenie restrykcyjnej identyfikacji wyborców zagwarantuje jego partii wygraną w jesiennych wyborach.
Ustawa SAVE America Act, która miała to zagwarantować, ciągle nie weszła w życie, bo utknęła w Senacie. Trumpowi został więc jego dekret i pomoc amerykańskiej poczty.
Kalkulacje Trumpa dotyczące głosowania pocztowego, choć są ewidentną próbą wpłynięcia na wynik wyborów, nie są zupełnie bezpodstawne.
Według szacunków States United Democracy Center w wyborach w 2024 r. ponad jedna trzecia wyborców Partii Demokratycznej głosowała za pomocą poczty. Dla porównania ten sposób uczestnictwa w wyborach wybrała jedna czwarta elektoratu republikańskiego.
Gdyby Trumpowi udało się ograniczyć głosowanie pocztowe, mogłoby to zwiększyć szanse Partii Republikańskiej na obronę większości w Kongresie.
Dotyczy to choćby wyborów do Senatu w Michigan. To jeden z tych wyścigów wyborczych, które demokraci muszą wygrać, by przejąć władzę w wyższej izbie Kongresu. W 2024 r. aż 37 proc. wyborców w tym stanie zdecydowało się głosować korespondencyjnie.
Sąd Najwyższy przeciwstawił się Trumpowi
Ruch Trumpa został już latem zablokowany przez decyzje sądów federalnych.
Poniedziałkowa decyzja Sądu Najwyższego, w którym większość ma namaszczone przez Trumpa skrzydło konserwatywne, podtrzymała ich orzeczenia, sugerując w uzasadnieniu, że powierzenie Poczcie nadzoru nad wyborami byłoby przekroczeniem ram konstytucji.
Do czasu publikacji tego tekstu, głosu w sprawie nie zabrał sam Donald Trump ani przedstawiciele jego administracji.
Decyzja Sądu wywołała jednak entuzjastyczne reakcje osób zajmujących się uczciwością amerykańskich wyborów oraz polityków Partii Demokratycznej.
Główna doradczyni prawna NAACP, najstarszej i najbardziej wpływowej organizacji zajmującej się prawami obywatelskimi, Kristen Clarke, uznała ją za "wielkie zwycięstwo" dla wyborców.
- Sąd Najwyższy słusznie odrzucił próbę, która utrudniłaby milionom Amerykanów udział w wyborach - powiedziała Clarke. - Decyzja Sądu (…) potwierdza, że nasza demokracja działa najlepiej wtedy, gdy każdy uprawniony wyborca może wziąć w niej udział - dodała.
Kongresmen z Partii Demokratycznej Robert Garcia mówił zaś wprost: - Donald Trump próbował nielegalnie ingerować w wybory i podważyć głosowanie korespondencyjne dla milionów Amerykanów. Poniósł porażkę.
Nie oznacza to jednak, że w przyszłości plany Trumpa się nie zmaterializują.
Konserwatywny sędzia Brett Kavanaugh, choć nie sprzeciwił się decyzji większości, stwierdził, że Poczta Stanów Zjednoczonych może mieć kompetencje, by brać udział w organizacji wyborów. Przekonywał jednak, że "urzędnicy wyborczy na szczeblu stanowym i lokalnym nie mają wystarczająco dużo czasu, aby w racjonalny sposób wdrożyć te przepisy przed wyborami".
Batalia o głosowanie korespondencyjne może mieć więc inne rozstrzygnięcie, jeśli chodzi o wybory w 2028 r.
"Polityczny WF": Konfederacja nie chce powtórzyć błędu. Koryguje taktykęINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.