"Nie chciałem słyszeć krzyku piekieł". Były naczelnik terroru CBŚP o sprawach, które śnią mu się po nocach

Przez pięć dni szukał ciała zamordowanego chłopca. Gołymi rękami rozbroił ładunek w samochodzie porywacza i stał przy lodówce z 17,5 litra nitroglikolu. Mariusz Pośnik, ps. Dragon, przez dekadę naczelnik wydziału terroru CBŚP, w rozmowie na kanale Teraz WP opowiada o sprawach, które nie dają mu spokoju.
- Ta praca jest 24 godziny z tobą, jest cały czas w twojej głowie - mówi Mariusz Pośnik. W policji przepracował 25 lat. Zaczynał jako pirotechnik na lotnisku, a w latach 2013–2023 kierował wydziałem CBŚP do walki z przestępczością kryminalną i aktami terroru. Od trzech lat jest na emeryturze. Pytany przez Mateusza Baczyńskiego, czy są historie, które śnią mu się po nocach, nie waha się ani chwili.
"Mój młody był w takim samym wieku"
Szukali go pięć dni. Do poszukiwań włączył się nawet ówczesny zastępca komendanta głównego Kamil Bracha. - Generał kończył wręczanie medali w Legionowie, dzwonił i mówił: "Podjedźcie po mnie". Zakładał bojówki, brał kij i szedł w krzaki szukać - wspomina Pośnik. - To był nieludzki wysiłek. Ja rozwaliłem swój samochód, bo miałem przerwę w działaniach, ale coś mi nie dawało spokoju - dodaje.
Policjantom z oddziałów prewencji mówił wprost, o co chodzi. - Tu nie chodzi o to, że szukamy zwłok dziecka. Prosimy, żebyście podeszli do tego po to, żeby mama się mogła pożegnać - opowiada.
Ciało znaleziono w sobotę rano. - W momencie, gdy przyjechała mama na miejsce, ja stamtąd uciekłem. Nie mogłem. Nie chciałem słyszeć tego krzyku piekieł - mówi.
Ta sprawa wciąż do niego wraca. - Do dzisiaj pamiętam wszystkie szczegóły. Do dzisiaj bardzo często jeżdżę tamtą trasą. Za każdym razem widzę, jak ten ojciec się zatrzymuje samochodem, jak kładzie ciało dziecka na ramię - mówi. Wspomnienie przeniosło się też do domu. - Nosiłem małego na rękach i zastanawiałem się: jakbym cię zabił, jak daleko bym cię odniósł, bo jesteś cięższy. Tak to sobie analizowałem - przyznaje.
"Nie bój się, nawet nie poczujesz"
Druga sprawa to porwanie około 10-letniego chłopca sprzed szkoły w Krakowie. - Dostajesz telefon: "Potrzebuję cię w Krakowie. Wiem, że zrobisz to dobrze. Zbieraj chłopaków, przyjedź". Jest zima, jest ślisko, jest minus 15 stopni - opowiada Pośnik.
Na miejscu stał samochód porywacza, a w nim ładunek wybuchowy, który nie zadziałał. - Nie wiesz, czy to błąd, czy pułapka. Wiesz tylko jedno: że jest ładunek. I że w samochodzie jest materiał DNA - mówi. Standardowa neutralizacja mogła zniszczyć ślady, więc zdecydował się na "wejście ręczne". Sam podszedł do auta i rozebrał urządzenie.
Co wtedy czuł? Przywołuje słowa instruktora z lotniska. - Mówił: "Nie bój się, nawet nie poczujesz." Robisz to mechanicznie, automatycznie - mówi Pośnik. Strach przychodzi później. - Jak wracasz do domu po tygodniu i masz chwilę pauzy, zaczynasz odczuwać, że coś w tobie zostało. Nie możesz usnąć. Budzisz się o czwartej w nocy. Sam nie wiesz, o co chodzi - opisuje.
Porywacz grał z policją. Podsłuchiwał mieszkanie rodziców, w którym pracowali śledczy. - Wysyłał im wiadomości, że przyjechali goście z terroru, którzy chcą tylko medale i kwiaty. Mieliśmy wrażenie, że ktoś między nami jest kretem. Zaczęła się weryfikacja, kto współpracuje z porywaczem - wspomina Pośnik.
Chłopiec wrócił do rodziców po zapłaceniu okupu. Sprawcę zatrzymano kilka miesięcy później. Wtedy wyszło na jaw jego wcześniejsze porwanie. Uprowadził 76-letniego biznesmena i trzymał go w drewnianej skrzyni zakopanej w ziemi. Mężczyzna zmarł, bo nie dostał insuliny. - Wyobraź sobie, co ten człowiek przed śmiercią czuł - mówi Pośnik. Z całej sprawy najbardziej zapamiętał jednak coś innego. - Utkwiło mi przede wszystkim to zimno - mówi.
"Wystarczyło kopnięcie w tę lodówkę"
Raz naprawdę mógł nie wrócić do domu. W Płocku policjanci zatrzymali mężczyznę, który chwalił się w internecie zakupami. W jego lodówce stał pojemnik z substancją, którą zatrzymany nazwał glikolem. - Dwie, trzy krople. Doszło do mikroeksplozji, urwało głowę od młotka. Otwieram lodówkę, a tam 17,5 litra nitroglikolu - opowiada Pośnik.
Według niego to równowartość około 50 kg trotylu. - Wystarczyło kopnięcie w tę lodówkę, szarpnięcie mocniej drzwiami. Złożyłby ten blok bez żadnego problemu - mówi.
Trzeba było ewakuować około 900 mieszkańców. Komendant Bracha dzwonił co cztery minuty. - Mówię: "Kamilu, mam prośbę. Możesz do mnie nie dzwonić? Jak to spartolę, wtedy dzwoń". I faktycznie, generał, jak powiedział, że nie dzwoni, to nie dzwonił - wspomina. Pracowali od 16 jednego dnia do 23 następnego. - Kawa, papieros i do przodu - mówi.
"Kiedy wrócę? Nie wiem"
Za taką służbę płaci rodzina. Gdy wybuchła bomba we Wrocławiu, jego syn miał dwa tygodnie. - Żona dzwoniła: "Zatrzymaliście go? W telewizji powiedzieli, że tak". Mówię: "Ewciu, jeszcze musisz poczekać, jeszcze ze dwa dni" - wspomina.
Takich wyjazdów było wiele. - Dzwonisz do domu: "Spakuj mi trzy kosmetyki i dwie pary spodni". Wchodzisz, bierzesz torbę i mówisz: "See you". Kiedy wrócę? Nie wiem - opowiada.
Jednej rzeczy żałuję do dziś. - Mój ojciec umierał, a ja musiałem jeszcze zrobić jedne dokumenty. Mogłem te dwie godziny wcześniej dłużej z nim porozmawiać. Nie byłem świadomy tego, że za chwilę go nie będzie - mówi.
O wszystkich tych sprawach mówi to samo: - Musisz się nauczyć z tym żyć.
Jeśli przeżywasz trudności i myślisz o odebraniu sobie życia lub chcesz pomóc osobie zagrożonej samobójstwem, możesz skorzystać z bezpłatnych numerów pomocowych: Centrum Wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym: 800 70 22 22, Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111, Telefon Zaufania dla dorosłych: 116 123.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.