Miliony wyświetleń za pieniądze o niejasnym źródle. Tak się wpływa na krakowskie wybory
Bartosz Bocheńczak nie złożył wymaganej liczby prawidłowych podpisów
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: Facebook
Średniowiecze, centrum Krakowa. W imitacji parku Bednarskiego na drewnianym stołku stoi ubrana w niebieską suknię senator Monika Piątkowska. Wokół żywo gestykulującej kandydatki na prezydenta Krakowa z ramienia KO i PSL gromadzi się skromniej odziana grupka osób. Narrator krzyczy: "kasztelanka Piątkowska ogłosiła wszem i wobec, że jest niczyja, a na dowód wyliczyła po kolei wszystkich, czyja jest". W tle kolejnego kadru wyrasta Pałac Kultury i Nauki, a na pierwszym planie obok Piątkowskiej staje premier Donald Tusk. Narrator zaczyna śpiewać: "Niczyja, a sam Donald ją w Warszawie ogłosił, a Władysław drugie ramię podstawił".
Wszystko tutaj jest wytworem sztucznej inteligencji. Tak jak siedem innych satyrycznych filmików, które od 17 czerwca opublikowano na profilu "Krakowianka" na Facebooku.
Oprócz "Krakowianki" zidentyfikowaliśmy jeszcze dwie inne strony, na których publikowane są wygenerowane przez AI treści o kandydatach na prezydenta Krakowa. To "Raport krakowski" i "Po krakowsku". Wszystkie powstały po referendum, w którym stanowisko stracił prezydent miasta Aleksander Miszalski z KO. I uderzają w Monikę Piątkowską. Są skrojone pod przedterminowe wybory, których pierwsza tura odbędzie się 27 września.
Wpisy sponsorowane w kampanii wyborczej w Krakowie
Źródło zdjęcia: Facebook
Dla jasności - podobne polityczne wpisy generowane przez AI pojawiają się od kilku miesięcy na facebookowych stronach przychylnych Monice Piątkowskiej. Zalewają lokalne grupy hejterskimi treściami, uderzając przede wszystkim w lidera sondaży, bezpartyjnego Łukasza Gibałę. Różnica polega na tym, że ich zasięgi nie są budowane za pomocą płatnej reklamy.
Donald Tusk i Monika Piątkowska
Źródło zdjęcia: PAP/Łukasz Gągulski
Miliony wyświetleń, tysiące na promocję
Do założenia wspomnianych stron nie przyznaje się żaden komitet ani kandydat. Według naszych wyliczeń wszystkie sponsorowane treści były wyświetlone łącznie między 2,5 a 3 miliony razy, a ich promowanie kosztowało razem między 18 a 28 tysięcy złotych. Choć strony praktycznie nie mają obserwujących, ich wpisy otrzymują setki reakcji, komentarzy i udostępnień.
W swoich obliczeniach bazowaliśmy na oficjalnych danych z biblioteki Mety - firmy, która jest właścicielem Facebooka. Gdy zaczęliśmy w sierpniu badać sprawę, kwoty i liczba wyświetleń były ukryte, bo serwis nie zakwalifikował ich jako treści o tematyce politycznej, wyborczej lub społecznej.
Firma Meta jest właścicielem Facebooka i Instagrama
Źródło zdjęcia: stock.adobe.com
Gdyby algorytm lub pracownicy Mety zadziałali wcześniej, reklamy zostałyby usunięte, bo w październiku 2025 roku firma zablokowała możliwość płatnej promocji wpisów o takiej tematyce. Politycy, z którymi rozmawialiśmy, przyznają, że sami mają z tym problem.
- Nie da się już puścić treści społecznych i politycznych przez moje konto. Nie ma takiej możliwości. Nawet jak próbowałem zamieścić reklamę budżetu obywatelskiego, to było to automatycznie zablokowane - powiedział nam jeden z ważnych polityków KO w Małopolsce. Podobne stwierdzenia usłyszeliśmy od działaczy innych ugrupowań.
Z tego powodu sponsorowanych wpisów od blisko roku nie zobaczymy już na oficjalnych kontach polityków i partii politycznych. Ale dziurawy algorytm Mety wykorzystują konta tworzone na potrzeby konkretnych wyborów. Ich autorzy udają satyryków i lokalnych komentatorów. Kim są naprawdę? Tego z oficjalnych danych Mety się nie dowiemy. Wysłaliśmy pytania do opisywanych stron, ale nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.
Dlaczego nikt nie chce podpisać się pod propagandowymi treściami? Być może chodzi nie tylko o to, by podnieść skuteczność przekazu, ale też o to, by ukryć źródła jej finansowania. A tym samym zapewnić sobie możliwość wydania większej sumy w kampanii pomimo obowiązujących limitów. W tych wyborach każdy komitet może wydać maksymalnie po niespełna 400 tysięcy złotych.
- Zdecydowanie jest to próba ominięcia przepisów. Urok internetu polega na tym, że szereg rozmaitych działań politycznych wymyka się standardowej kontroli. Wydaje mi się, że Państwowa Komisja Wyborcza jest w takich przypadkach bezradna. To wymagałoby ogromnej determinacji - skomentował w rozmowie z nami profesor Marek Bankowicz, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Meta usuwa reklamy
19 sierpnia o sprawę spytaliśmy biuro prasowe Mety. Chcieliśmy się dowiedzieć, czy reklamy nie łamią wewnętrznych regulacji serwisu, a także czy nie łamią unijnych przepisów - do tej kwestii jeszcze wrócimy.
24 sierpnia nadeszła odpowiedź. "Zgodnie z naszymi zasadami reklamodawcy nie mogą wyświetlać w UE reklam dotyczących kwestii społecznych, wyborów i polityki. Sprawdziliśmy zgłoszone nam reklamy i odrzuciliśmy te, które naruszały te zasady" - poinformowała nas przedstawicielka Mety Magdalena Szulc.
Po usunięciu reklam Meta ujawniła ich zasięgi i wydane na promocję kwoty
Źródło zdjęcia: Meta
Usunięcie kilkudziesięciu reklam było jednak mocno spóźnione, bo te od dłuższego czasu nie były już aktywne. Dwie z wytypowanych przez nas stron po naszych pytaniach zostały usunięte. Jedną z nich - Raport Krakowski - zastąpiła nowa, o tej samej nazwie. Znów publikuje reklamy, których Meta nie zakwalifikowała jako polityczne. I zapowiada start strony internetowej.
Reklamy polityczne w Unii Europejskiej muszą spełniać wymogi rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady UE z 13 marca 2024 roku "w sprawie przejrzystości i targetowania reklamy politycznej", w skrócie: TTPA. Zdecydowana większość przepisów tego rozporządzenia weszła w życie 10 października 2025 roku.
Nowe prawo wprowadza obowiązki dla sponsorów, dostawców i wydawców reklam politycznych. Zmusza między innymi do ujawniania, kto i ile za nie płaci, odpowiedniego ich oznaczania i wprowadzenia mechanizmów przeciwdziałających dezinformacji. Zakazuje też ingerencji państw trzecich w wybory.
Część tych wymogów już wcześniej spełniały Meta i Google, ujawniając w swoich publicznych bibliotekach reklam kwoty wydane na reklamy o charakterze politycznym lub społecznym. Jednak w związku z rozporządzeniem TTPA obie firmy wycofały się całkowicie z możliwości opłacania reklam politycznych za ich pośrednictwem. Jak czytamy w oświadczeniu Mety, wymogi "generują niedopuszczalny poziom złożoności oraz niepewność prawną dla reklamodawców i platform działających w UE".
- TTPA jest bardzo oczywiste w stosowaniu jeśli chodzi o oficjalne działania komitetów wyborczych, kandydatów i partii politycznych. Gorzej jest, jeśli przekazy o charakterze reklamy politycznej, treści opłaconej, która może wpływać na wynik wyborów, są na innych profilach, określanych na przykład jako twórca cyfrowy - skomentowała w rozmowie z tvn24.pl dr Agnieszka Całek, medioznawczyni z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Zdaniem ekspertki można założyć, że "takie nieoczywiste rozwiązania Mecie umykają, bo najprawdopodobniej automatycznie nie są kontrolowane pod tym kątem wszystkie profile, a tylko te, które są powiązane z działalnością polityczną i wewnętrze algorytmy natychmiast to identyfikują".
- To jest luka, która powoduje, że treści na takich "niezależnych" kontach mogą być swobodnie targetowane i opłacane, a sytuacja, w której TTPA mogłoby zadziałać wymagałaby intecjonalnego zgłaszania tego rodzaju treści przez użytkowników i to na dużą skalę. Pojedyncze zgłoszenia zwykle nie przynoszą żadnego efektu - zaznaczyła naukowczyni z UJ.
Pytaliśmy krakowskich polityków z różnych opcji politycznych, czy mają coś wspólnego z kontami, na których pojawiają się wpisy. - Nic o tym nie wiemy - usłyszeliśmy w komitetach od prawa do lewa.
Nowa ustawa da narzędzia PKW
Państwowe organy są póki co bezzębne w kwestii nadzoru nad przestrzeganiem w Polsce rozporządzenia TTPA, bo brakuje krajowych przepisów, które regulowałyby tę kwestię. Unijne prawo wskazuje co prawda prezesa UODO, ale ten ma kompetencje dotyczące wyłącznie danych osobowych.
By w pełni zaimplementować unijne prawo, Senat przygotował ustawę o "organach właściwych i postępowaniach w sprawie reklamy politycznej oraz odpowiedzialności za naruszenie obowiązków". 6 września przegłosował ją Sejm przy sprzeciwie Prawa i Sprawiedliwości, Rozwoju Plus i Konfederacji.
- Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której obywatel nie wie, kto finansuje przekaz, który ma wpływać na jego decyzję wyborczą - mówiła w Sejmie posłanka KO Iwona Karolewska, sprawozdawczyni ustawy. Poseł Paweł Szrot z PiS utyskiwał z mównicy sejmowej na "nadregulację".
Ale nie tylko prawica miała wątpliwości. Urzędnicy Państwowej Komisji Wyborczej sprzeciwiali się przepisom tej ustawy, argumentując, że PKW nie powinna angażować się w rywalizację polityczną. - Raz podważona wiarygodność organu jest niezwykle trudna do odbudowania - mówił na posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości dyrektor Zespołu Kontroli Finansowania Partii Politycznych i Kampanii Wyborczych w PKW Tomasz Gąsior.
Przegłosowana ustawa wróci teraz do Senatu, a później ma trafić do podpisu na biurko prezydenta. Jeśli wejdzie w życie, za stwierdzone nieprawidłowości PKW będzie mogła nałożyć karę w wysokości do sześciu procent rocznego przychodu "sponsora, wydawcy lub dostawcy usług reklamy politycznej".
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.