Sensacyjna operacja "Vivaldi". Nawet 8000 ofiar po stronie Rosji. Dowódca: jeszcze nie skończyliśmy [WYWIAD]
W ramach operacji "Vivaldi" — kontrofensywy na Donbasie — Ukraina, według danych 3. Korpusu Armii, odzyskała 270 km kw. terytorium oraz zabiła i raniła co najmniej 8000 rosyjskich żołnierzy. Instytut Badań nad Wojną (ISW) nie potwierdza wprawdzie dokładnych liczb, ale ogólne zdobycze terytorialne już tak.
W wywiadzie na wyłączność z reporterem serwisu Die Welt dowódca drugiego batalionu zmechanizowanego 125. brygady, znany pod pseudonimem "Darwin", opowiada o szczegółach operacji Vivaldi.
Razem ze swoim batalionem bierze pan udział w operacji "Vivaldi" — przez większość czasu znajdował się pan na pierwszej linii frontu. W jakim stopniu strategia tej operacji różni się od wszystkiego, co miało miejsce dotychczas?
"Darwin": Tak, wraz z moimi żołnierzami brałem udział w całej operacji "Vivaldi", ale przede wszystkim w decydującej pierwszej i drugiej fazie. Oczywiście każda operacja jest inna; nigdy nie ma czegoś takiego jak "kopiuj-wklej". Zdecydowaliśmy się zastosować nowe taktyki i technologie. Chodzi o innowacje w zakresie wykorzystania dronów i robotów, ale także o nowości w strategii.
Co to konkretnie oznacza?
W przeciwieństwie do innych przypadków, w których czasami brakuje czasu na planowanie i przygotowanie, a trzeba działać natychmiast, mieliśmy możliwość skrupulatnego zaplanowania wszystkiego, przeanalizowania i przećwiczenia. Wykorzystaliśmy ten czas. Najpierw wyeliminowaliśmy rosyjskie grupy infiltracyjne, wyrównując w ten sposób linię frontu. W ten sposób wyeliminowaliśmy zagrożenie dla własnych oddziałów — nie mieliśmy już wrogów na tyłach. Pole bitwy było tym samym przygotowane, mogliśmy działać z bezpiecznej pozycji. Następnie przeprowadziliśmy atak i odnieśliśmy sukces: wyzwoliliśmy około 270 km kw., zajęliśmy około 250 rosyjskich pozycji. Ponadto wyeliminowaliśmy ponad 8000 rosyjskich żołnierzy.
Jaki dokładnie był pański udział w tej operacji?
Mój batalion działał tak samo jak cały korpus, ale w naszym konkretnym obszarze operacyjnym. Przede wszystkim chodziło o rozpoznanie: zbieraliśmy jak najwięcej informacji. Gdzie dokładnie znajduje się wróg, co robi o której godzinie, gdzie przebiegają jego trasy logistyczne. Drogi, ścieżki, mosty — wszystko to zbadaliśmy. Następnie zaczęliśmy je systematycznie niszczyć.
Kolejnym krokiem było uniemożliwienie wszelkich operacji dronowych wroga i zniszczenie jego zdolności w tym zakresie, wykorzystując wszystko, co mieliśmy do dyspozycji: drony, rozpoznanie, siłę ognia. Potem, wspierani przez ciężką artylerię, ruszyliśmy do przodu. Trenowaliśmy to przez wiele miesięcy: w małych i większych jednostkach bojowych, w trzech kolejnych liniach, każdy ruch był wyćwiczony. Nawet w wioskach, gdzie pomimo rozpoznania nie wiedzieliśmy w stu procentach, gdzie znajdują się pozycje wroga.
Jaka była wasza decydująca przewaga nad rosyjskimi oddziałami?
Podstawą sukcesu była wojna elektroniczna. Zadbaliśmy o to, by Rosjanie byli ślepi i głusi. Prawie nie mieli dronów w powietrzu — a te, które mieli, nie widziały nas, bo byliśmy w stanie zakłócić i wyłączyć ich sygnały. Nie widzieli, jak nadchodzimy. Ponadto za pomocą ciężkich dronów przerzuciliśmy za ich linie bezzałogowe pojazdy naziemne uzbrojone w zdalnie sterowane karabiny maszynowe. Ostrzał i natarcie — choć przypomina to klasyczną taktykę stosowaną podczas natarcia zmechanizowanych oddziałów, decydujące znaczenie miało to, że byliśmy w pewnym sensie niewidoczni dla wroga.
Odzyskanie terenów i zepchnięcie rosyjskich wojsk z pozycji to pierwszy krok. Często trudniejsze jest jednak trwałe utrzymanie terenu i stacjonowanie tam własnych oddziałów. Czy będziecie w stanie to zrobić?
Myślę, że tak. Oczywiście zależy to od tego, ile sił Rosjanie przetransportują w tym kierunku, aby sami mogli posuwać się naprzód. Ale zasadniczo powiedziałbym, że odniesiemy sukces, ponieważ celowo wybieramy obszary, gdzie stacjonowanie oddziałów ma większy sens — czyli tam, gdzie obrona jest łatwiejsza ze względu na ukształtowanie terenu. Nasze linie obronne są znacznie lepsze niż rosyjskie. Ponadto znacznie osłabiliśmy ich siłę uderzeniową. Mówiąc o zniszczonych jednostkach, mam na myśli nie tylko wyeliminowanie ich sił, żołnierzy czy dronów, ale zniszczenie całej struktury ich jednostki. Oczywiście nie zostali całkowicie zniszczeni, ale straty wojskowe są tak duże, że nie są już w pełni zdolni do działania.
Wiem, że nie może pan wchodzić w szczegóły, ale na jakim etapie jest operacja? Czy została zakończona, czy nadal trwa?
Operacja nadal trwa. Kolejne kroki po jej realizacji również upubliczniamy, aby każdy mógł je śledzić. Myślę, że wkrótce zakończymy wszystkie etapy operacji. Ale to zawsze jest proces. Tak samo jak obrona. Nie skończyliśmy więc jeszcze.
Jaki jest cel kolejnych kroków?
Celem każdej operacji wojskowej jest zdobycie jak największej liczby kilometrów kwadratowych. Chodzi jednak również o zniszczenie struktur wroga, jego logistyki, aby sukcesy miały trwały charakter. Również operacje obronne mogą mieć to wszystko na celu. Nie mogę podać dalszych szczegółów, ale te kwestie są w centrum uwagi.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Operacja "Vivaldi" wywołała sensację na całym świecie. W jakim stopniu uważa pan, że kraje NATO, zachodni sojusznicy, tacy jak Niemcy, mogą się od was uczyć?
Świat zachodni może się bardzo wiele nauczyć. Myślę jednak, że większość krajów w ogóle tego nie chce. I to jest ich wielki błąd. Wiem bowiem, jak szkolą swoich żołnierzy, jak postrzegają wojnę i jakie strategie chcą stosować. To podejście jest zbyt przestarzałe, by mogło dziś funkcjonować.
Szczególnie w przypadku naszej operacji "Vivaldi" mogliby się wiele nauczyć. Na przykład — a to byłoby bardzo proste — mogliby się nauczyć, w jaki sposób wykorzystujemy technologię i jakie możliwości mają nasze drony — nie tylko te w powietrzu, ale także te na ziemi. Mogliby się też nauczyć, co robią nasze roboty bojowe i nasze systemy bezzałogowe. Mogliby się także nauczyć, jak wykorzystujemy naszą piechotę, pojazdy i artylerię oraz jak wszystko to razem funkcjonuje jako spójna struktura. Doktryna NATO jest zbyt przestarzała, by dziś skutecznie sprawdzać się na polu bitwy. Mam nadzieję, że nasi partnerzy przyjrzą się szczegółom naszej operacji, aby się uczyć, bo to jest ważne zarówno dla nich, jak i dla nas.
Władimir Putin znów ogłosił, że Donbas ma być rosyjski i ma zostać zdobyty w ciągu 18 miesięcy. Czy to realistyczne, czy nierealne?
Trudno to ocenić, bo to zależy również od tego, jak będą działać nasi sojusznicy, jak duże wsparcie dostaniemy i ilu żołnierzy Moskwa jeszcze zmobilizuje. Nie potrafię tego ocenić w 100 proc., ale powiedziałbym, że cel ten jest dla Rosji niemożliwy do zrealizowania. Jestem przekonany, że wytrzymamy tutaj. Myślę, że sytuacja na froncie poprawi się dla nas zarówno teraz, jak i w nadchodzących miesiącach. Widzę to na naszym obszarze operacyjnym tutaj, na Donbasie — i mam nadzieję, że wkrótce będzie to miało zastosowanie również do pozostałych kierunków ofensywy.
Żeby powiedzieć to jasno: nie oznacza to oczywiście, że wszystko jest w porządku i przebiega zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Nasi zachodni sojusznicy muszą być bardziej ostrożni w stosunku do Putina — ponieważ on chce coraz więcej. Nie chodzi tylko o Donbas. Nie chodzi nawet wyłącznie o Ukrainę. Putin chce przywrócić sytuację z okresu po II wojnie światowej, kiedy to połowa Europy należała do Rosji. To jest jego prawdziwy cel. Każdy powinien o tym wiedzieć.
Dowiedz się więcej:
- "Nie wiedzieli, że już atakujemy". Kulisy spektakularnej operacji "Vivaldi" ukraińskiej armii
- To może być początek przełomu w Donbasie. Ukraina stworzyła wyrwę w rosyjskim systemie. Proklemlowscy blogerzy w strachu. "Katastrofa"
- Wielki plan Kremla legł w gruzach. Ukraina rozbiła kluczowy element układanki
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.