The Jerusalem PostThe alliance with America is changing, and Israel cannot afford to ignore it - opinionInquirerMunicipal employee shot dead in Bukidnon; manhunt on for suspectsDaily MaverickThe varsity research subsidy game is up — the education department must not back downInquirer EntertainmentBea Millan-Windorski flies to Puerto Rico ahead of 2026 Miss UniversePunch2026 set to be second-hottest year on record — EUColliderApple TV Officially Resurrects Christopher Nolan’s 169-Minute Sci-Fi MasterpieceCBS NewsDemocrats could dust off plans for court reforms after capturing CongressZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFThe Hollywood Reporter“Saviors of Cinema” and “Money Machine”: Tallinn Puts Spotlight on Kids, Youth Films and Social Media BansThe RegisterUK ministers seek powers to investigate when AI agents are let off the leashGIGAZINEAIのオープンモデル利用率が大きく拡大中、オープンウェイトモデルとクローズドウェイトモデルの違いは何か?BillboardInterscope Expands Into Brazil With Hip-Hop Artist BK, Supernova Entertainment Joint Venture
The Daily Newsstand · Free, Always
Friday, November 6, 2026

Dziś Polska. Jutro Francja i Niemcy. Pojutrze cała Unia

Translate

Wysłanie przez rząd policji na aleję Szucha, dramatyczny nocny powrót prezydenta Karola Nawrockiego i arytmetyczne fikołki z liczeniem kworum sędziów stały się tematem bardzo szeroko komentowanym poza naszym granicami. Można nawet powiedzieć, że zaskakująco szeroko. I tu faktycznie zaszła zmiana, którą widać gołym okiem.

Polega ona na tym, że rząd Donalda Tuska - i szerzej, cała strona liberalna, tak chętnie nazywająca sama siebie "demokratyczną" - stracili monopol na opowiadanie Polski za granicą. Oczywiście wciąż jest tak, że Tusk i jego uśmiechnięta ekipa mogą liczyć na silne wsparcie ze strony Komisji Europejskiej. I takiegoż udzielili im najpierw (jeszcze przed sądnym trybunalskim piątkiem) Komisja Wenecka, a potem (już po piątku) unijny komisarz ds. praworządności, irlandzki liberał Michael McGrath.

Na koniec zaś sama Ursula von der Leyen, która nie chciała wziąć udziału we wspólnej konferencji z prezydentem Karolem Nawrockim. Po stronie Tuska stanęły też najmocniej powiązane z liberalnym euroestablishmentem media niemieckie czy francuskie. A za nimi, niczym głuchy telefon, większość dużych rządowych nadawców w pozostałych krajach UE. Tu wszystko zgodnie z planem. Ale…

Czar prysł. Z Zachodu płyną gorzkie słowa

Trudno jednak nie zauważyć, że w europejskiej przestrzeni publicznej pojawił się cały szereg niespotykanie mocnych interpretacji oskarżających Donalda Tuska o skłonności dyktatorskie i łamanie fundamentalnych reguł demokracji oraz państwa prawa. Co więcej, głosy te płynęły i płyną z bardzo różnych stron. Od urzędującego premiera Słowenii Janeza Janszy, przez idącą po władzę we Francji Marine Le Pen, czy niegdysiejszego kandydata na prezydenta Erica Zemmoura, aż po opiniotwórcze media anglojęzycznego świata jak brytyjskie "The Economist", "Financial Times" czy amerykański "Wall Street Journal".

Każdy z tych głosów był trochę inny. Jedne skupiały się na krytyce przyjętej przez Tuska doktryny "demokracji walczącej", zgodnie z którą w procesie przywracania demokracji wolno tę samą demokrację dowolnie zawieszać, naginać i interpretować jak rządowi wygodnie.

Inne podnosiły europejski kontekst całej sprawy. Wskazywano, że poczynania Tuska w Polsce to tylko jeden z długiej listy podobnych przypadków - w Rumunii, we Francji, na Węgrzech - gdzie liberalny establishment w obliczu groźby utraty władzy na rzecz populistów przyznaje sobie specjalne uprawnienia do przekraczania kolejnych granic, deptania reguł i ostentacyjnej hipokryzji w podejściu do demokracji. Którą raz wyciąga się na sztandary i okłada nią politycznych przeciwników, innym znów razem chowa głęboko do szuflady, twierdząc, że prawo można stosować "tak, jak my je rozumiemy".

Jeszcze inne głosy przypominały po prostu, i to dość uczciwie, dynamikę ostatnich lat w Polsce. To znaczy czasy, gdy - za rządów PiS - Polska była izolowana na forum unijnym, mrożono jej europejskie fundusze i dawano codzienne lekcje moralności. Czyniono tak, choć ówczesna władza nigdy nie poszła w przejmowaniu instytucji tak bardzo po bandzie, jak czyni to dziś Donald Tusk. Nawet hasło "zamach stanu" niespodziewanie łatwo przebiło się poza typowo polską opozycyjną bańkę, a potem nawet zadomowiło się w europejskim komentariacie medialnym oraz mediach społecznościowych.

I to jest autentyczna zmiana. Zwłaszcza w porównaniu do tego, co działo się w czasach rządów PiS, gdy europejscy liberałowie w pełni kontrolowali przekaz, rysując polskie starcie polityczne jako spór "wrogów demokracji" (PiS) z jej obrońcami (Tusk i opozycja). Taki obraz był oczywiście rozpisywany na głosy piszącymi pod tezę korespondentów, jednostronnych ekspertów oraz starannie dobieranych polskich autorów. Autorów, którzy oczywiście zawsze obsługiwali oczekiwania, wpisując się w naszkicowaną wyżej tezę o dobrych i złych. To były czasy, gdy łatwiej było spotkać na ulicy w Brukseli, Berlinie czy Londynie żywego Yeti niż usłyszeć interpretacje odmienną od obowiązującej.

Wirus autorytaryzmu pod szyldem obrony praworządności

Dziś jest inaczej. Znacznie bardziej pluralistycznie. I, co tu kryć, po prostu uczciwiej oraz ciekawiej. Trudno jednoznacznie powiedzieć, która z interpretacji polskiego kryzysu zwycięża pod względem ilościowym. Ale na pewno ta gwarantująca interesy liberalnego establishmentu nie ma już monopolu. Nawet rosyjski straszak (kto nie za Tuskiem, ten ruska onuca) jest otwarcie wyśmiewany, kwestionowany i rekonstruowany. Choć jednocześnie Tusk i euroelity używają go na całego.

Wszystko to nie dzieje się przypadkiem. To raczej dowód, że sama Europa jest dziś znacznie bliższa swojego momentu populistycznego niż kiedykolwiek wcześniej. Tu właśnie najlepiej widać tę wielką zmianę. Jeszcze dekadę temu, czyli po roku 2016, Polska była - z wyjątkiem Węgier - europejskim dziwadłem. Wszędzie indziej populiści byli przez establishment albo otoczeni szczelnie skutecznym kordonem sanitarnym, albo siedzieli cicho jak mysz pod miotłą, żeby nikt się nie zorientował.

Od tamtej pory siły polityczne rzucające otwarte wyzwanie liberalnemu monopolowi na prawdę i władzę wstawili nogę w drzwi instytucji politycznych w bardzo wielu krajach. W 2022 roku kordon sanitarny zdołała przełamać Giorgia Meloni we Włoszech. W 2023 roku wybory w Holandii wygrał demonizowany Geert Wilders i nawet jeśli nie potrafił nigdy stworzyć rządu swoich marzeń, to trzeba się było już z nim władzą podzielić.

W latach 2025-26 do władzy wrócili Jansa w Słowenii oraz Babis w Czechach - wcześniej przyczajeni ze strachu przed namierzeniem chłostą ze strony liberalnego euroestablishmentu, teraz zaś wyraźnie mocniej stawiający swoje polityczne postulaty dotyczące migracji albo polityki klimatycznej.

W Polsce natomiast wygrał Nawrocki, dowodząc, że Tuskowa rekonkwista trafiła na naturalne ograniczenia. Co jeszcze ważniejsze, w kluczowych krajach takich jak Francja i Niemcy sukces populistycznych sił w kolejnych wyborach (2027-29) stał się w zasadzie przesądzony. Do tego doszedł oczywiście powrót Trumpa w USA.

Duch czasów sprzyja nowej fali

I co? I świat się nie zawalił. Populiści w różnych miejscach radzą sobie raz lepiej, raz gorzej. Ale nie da się już tak łatwo powiedzieć, że jak tylko przebiją kordon sanitarny i znajdą się w pobliżu realnej władzy, to czeka nas coś strasznego. Nie, nie czeka.

Na naszych oczach trwa więc w Europie postępująca normalizacja populizmu. Oczywiście ku nieskrywanej wściekłości zasiedziałych liberalnych elit. Oni albo już stanęli wobec konieczności podzielenia się władzą i wpływami, albo bardzo się teraz boją nadejścia tej sądnej godziny. Aby temu zapobiec testują więc różne możliwości naginania, przekraczania i obchodzenia demokratycznych reguł, na które jeszcze do niedawna gotowi byli przysięgać niczym na najwyższą wartość.

Polska nie jest pierwszym poletkiem doświadczalnym takich pomysłów. Wcześniej była przecież Rumunia, gdzie posunięto się do anulowania głosowania powszechnego. Równolegle trwa, znacznie od naszej polskiej ostrzejsza, kontrrewolucja antypopulistyczną na Węgrzech.

Ze względu na swoją wielkość oraz znaczenie międzynarodowe oraz geopolityczne Polska jest jednak poligonem unikalnym. W jakimś sensie jesteśmy ostatnim może sprawdzianem pokazującym, jak daleko poza granice demokracji liberałowie mogą się posunąć przed absolutnym finałem - to znaczy przed wyborami we Francji i Niemczech. Które to wybory, gdyby przyniosły pęknięcie monopolu liberałów, otworzą drogę do przewietrzenia skostniałej i dalekiej od demokracji unijnej administracji.

I to właśnie dlatego jesteśmy dziś tak bardzo uważnie obserwowani przez wszystkie strony tego sporu o duszę Europy.

Polacy skomentowali rząd i Pełczyńską-Nałęcz. Nie gryźli się w językINTERIA.PL


View the original on Interia →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.