Zasada była brutalnie prosta. Kto ukrywał, chronił i finansował Josefa Mengelego?
Szwajcarska Federalna Służba Wywiadu udostępniła w internecie akta dotyczące Josefa Mengelego, niemieckiego zbrodniarza, lekarza SS, który w nazistowskim obozie Auschwitz-Birkenau przeprowadzał eksperymenty na więźniach, w tym na dzieciach. Opublikowane dokumenty liczą 217 stron.
Niemiecki magazyn "Stern", cytowany w zgromadzonych dokumentach, podsumował jego ukrywanie się w jednym zdaniu: "Rodzinny klan w bawarskim Günzburgu wspierał go, dawni nazistowscy notable i koledzy z SS chronili go i ukrywali, południowoamerykańscy dyktatorzy zapewniali mu ochronę". Kto dokładnie tworzył tę machinę i na czym polegała ich rola?
Pieniądze z domu i lojalny prokurent
Kluczowym ogniwem łączącym ukrywającego się zbrodniarza z Europą był Hans Sedlmeier. Jako były prokurent fabryki maszyn rolniczych Mengele & Söhne w Günzburgu, cieszył się absolutnym zaufaniem rodziny. Z akt wynika, że to właśnie on utrzymywał stałą korespondencję z poszukiwanym i dbał o to, by nigdy nie zabrakło mu środków do życia.
Sedlmeier był kurierem i gwarantem bezpieczeństwa finansowego. Dokumenty wskazują, że wielokrotnie podróżował do Brazylii, by osobiście pośredniczyć w finansowaniu kolejnych kryjówek Mengelego. Co więcej, czuł się na tyle bezkarnie, że w 1956 roku wystąpił jako świadek w ambasadzie Republiki Federalnej Niemiec.
To również przez niego Mengele przekazał po latach swoje jedyne autoryzowane – i pełne bezczelnych kłamstw – oświadczenie, w którym stwierdzał: "Osobiście nikogo nie zabiłem, nie zraniłem ani nie uszkodziłem fizycznie".
Nazistowscy towarzysze organizują przerzut
O ile Sedlmeier dostarczał kapitał, o tyle logistyką w Ameryce Południowej zajęli się dawni funkcjonariusze III Rzeszy. Ważną rolę odegrał tu Hans-Ulrich Rudel, były pułkownik lotnictwa i zadeklarowany zwolennik Hitlera. Rudel dysponował znakomitymi kontaktami, w tym z władzami Paragwaju. To za jego pośrednictwem Mengele poznał człowieka, który miał zorganizować mu ostateczną i bezpieczną kryjówkę w Brazylii.
Tym człowiekiem był Wolfgang Gerhard, były przywódca austriackiego Hitlerjugend w Grazu. Gerhard opracował chłodną, opartą na psychologii strategię ukrycia "Anioła Śmierci". "Koncepcja Gerharda dotycząca bezpiecznego umieszczenia nowego przyjaciela była prosta" – czytamy w aktach. Szukał ludzi, którzy zmagali się z problemami finansowymi, utrzymywali minimalne kontakty z brazylijskim otoczeniem i tworzyli zamknięty, "zaprzysiężony krąg".
Szwajcarski zarządca i "młyn nerwów" u Stammerów
W 1961 roku Gerhard znalazł idealnych kandydatów: węgierskie małżeństwo Gezę i Gittę Stammerów. Wprowadził do ich domu Mengelego, przedstawiając go jako szwajcarskiego zarządcę ziemskiego o nazwisku Peter Hans Hochbichler.
Z czasem zbrodniarz ujawnił gospodarzom swoją prawdziwą tożsamość. Ich wspólne życie pod jednym dachem przerodziło się w toksyczną pułapkę. Dokumenty opisują ten okres jako "psychodramat, naznaczony nienawiścią i groźbami, próbami wzajemnej dominacji, ale także obustronną zależnością".
Mengele okazał się uciążliwym, trudnym i dominującym lokatorem. Odrzucony od świata, zamienił Stammerów w swoich przymusowych słuchaczy. Z akt wynika, że w swojej samotności traktował ich jako "jedyną publiczność dla niekończących się wykładów o swoich teoriach rasowych i ewolucyjnych, gospodarce światowej albo filozofii". Zasada była brutalnie prosta: "Kiedy ogarniała go chęć przemawiania, ktoś musiał słuchać".
Nowi opiekunowie: cynizm i bezinteresowne oddanie
W 1968 roku Mengele poznał kolejne małżeństwo, które miało stać się jego ostatnimi opiekunami – Wolframa i Liselotte Bossertów. Wolfram Bossert początkowo był zafascynowany intelektem ukrywającego się, jednak szybko przejrzał jego egocentryczną naturę.
W prywatnych notatkach Bossert trafnie zdiagnozował instrumentalne podejście Mengelego do innych: "Uważa, że wszyscy inni powinni być mu bezinteresownie oddani, podczas gdy on sam może wykorzystywać ich wyłącznie do własnych celów". Opisując piekło, jakie panowało u Stammerów, zauważył: "Z jednej strony zręcznie plecie się oplątującą sieć z ludzkich i finansowych nici, z której druga strona, szarpiąc się, próbuje uwolnić, aby wydostać się z tego młyna nerwów".
Mimo tej chłodnej diagnozy, Bossertowie sami dali się wciągnąć w ową sieć. Z czasem przejęli bezpośrednią opiekę nad zbrodniarzem, a po jego śmierci, pod fałszywym nazwiskiem (właśnie jako Wolfganga Gerharda), pochowali go na cmentarzu w Embu w 1979 roku.
Zmowa milczenia zza grobu
Sieć wsparcia okazała się lojalna wobec Mengelego nawet po jego śmierci. Zarówno opiekunowie w Brazylii, jak i rodzina w Niemczech podjęli świadomą decyzję o zatajeniu faktu, że zbrodniarz nie żyje. Syn lekarza, Rolf Mengele, tłumaczył później, że "milczał ze względu na ludzi, którzy w ciągu ostatnich trzydziestu lat utrzymywali kontakty z Josefem Mengelem".
Najbardziej cyniczny dowód tej lojalności stanowi list napisany przez Wolframa Bosserta do Hansa Sedlmeiera po utonięciu zbrodniarza. Bossert pisał: "Sądzimy, że jesteśmy z Panem jednomyślni, iż tajemnicę należy nadal zachowywać tak jak dotąd. Nie tylko po to, aby uniknąć osobistych nieprzyjemności, lecz także po to, by strona przeciwna nadal marnowała pieniądze i wysiłek na coś, co jest już nieaktualne".
Jak gorzko podsumował ten mechanizm nagłówek magazynu "Stern": "Czuli się wobec niego zobowiązani nawet po śmierci. Milczeli i pozwalali policji na całym świecie nadal prowadzić kosztowne poszukiwania". To właśnie ta gęsta sieć zaufanych popleczników, finansistów z ojczyzny i dawnych nazistów sprawiła, że Josef Mengele zdołał oszukać sprawiedliwość.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.