Włochy znikają. Do 2080 r. kraj może stracić 13 mln mieszkańców
Lara Bussi Trabucco była pierwszym dzieckiem, które przyszło na świat w Pagliara dei Marsi od prawie 30 lat. Jej narodziny zwiększyły liczbę mieszkańców wioski do około 20 osób. Na chrzcie w kościele naprzeciwko domu dziewczynki pojawili się niemal wszyscy mieszkańcy. Nawet koty.
Wioska na chwilę ożyła. Ludzie, którzy wcześniej nawet nie wiedzieli o jej istnieniu, zaczęli przyjeżdżać, by zobaczyć miejsce, w którym narodziny dziecka stały się wydarzeniem. Lara szybko została lokalną atrakcją turystyczną. Jej historia jest jednak czymś więcej niż ciekawostką. Pokazuje skalę kryzysu, z którym mierzą się dziś Włochy.
DLA CIEBIE
30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii
DLA CIEBIE
Wioska, w której dziecko stało się sensacją
To, co w Pagliara dei Marsi wygląda jak wyjątkowa historia, jest częścią znacznie większego problemu. W 2025 r. we Włoszech urodziło się około 355 tys. dzieci - o 3,9 proc. mniej niż rok wcześniej. To najmniej od czasu zjednoczenia kraju w 1861 r. Współczynnik dzietności spadł do rekordowo niskiego poziomu 1,14 dziecka na kobietę. Jednocześnie zmarło 652 tys. osób. Oznacza to, że liczba zgonów była niemal dwukrotnie większa niż liczba urodzeń.
Kryzys nie dotyczy więc wyłącznie małych, wyludniających się wiosek. Widać go również w największych włoskich miastach czy całych obszarach metropolitalnych (czyli miasto i otaczające je miejscowości i przedmieścia, które są z nim silnie powiązane). Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów jest Genua – historyczny port, miasto Krzysztofa Kolumba, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu było jednym z najważniejszych ośrodków przemysłowych Włoch.
Dziś Genua należy do europejskich miejsc najbardziej dotkniętych starzeniem się mieszkańców. Według jednego z zestawień demograficznych zgony przewyższają tam urodzenia w proporcji około 8 do 1, a niemal 30 proc. mieszkańców ma co najmniej 65 lat. Prognozy wskazują, że do 2036 r. populacja miasta może zmniejszać się średnio o 0,34 proc. rocznie.
Skala zmiany jest uderzająca. W 1972 r. aglomeracja Genui liczyła około 950 tys. mieszkańców. Dziś jej populacja wynosi mniej niż 680 tys. osób. Nie jest to jednak historia jednego obszaru metropolitalnego. Włoski problem jest znacznie większy.
13 milionów ludzi mniej
Najnowsze prognozy włoskiego urzędu statystycznego ISTAT, opublikowane w sierpniu, pokazują przyszłość, która jeszcze niedawno mogła wydawać się niewiarygodna. Populacja Włoch, wynosząca w 2025 r. około 58,9 mln osób, ma spaść do 55 mln w 2050 r. i zaledwie 45,8 mln w 2080 r. W tym samym czasie społeczeństwo będzie coraz starsze. Udział osób w wieku co najmniej 65 lat wzrośnie z 24,7 proc. w 2025 r. do 34,5 proc. w 2050 r., podczas gdy grupa w wieku produkcyjnym, czyli 15-64 lata, skurczy się z 63,4 do 55,3 proc.
To nie jest wyłącznie problem statystyk. Za każdą kolejną liczbą kryją się zamykane szkoły, pustoszejące miejscowości, coraz mniejsza liczba pracowników i coraz większa grupa osób pobierających emerytury.
ISTAT przewiduje, że liczba urodzeń będzie dalej spadać - do około 335 tys. rocznie w 2050 r. i 281 tys. w 2080 r. Jednocześnie liczba zgonów będzie rosła, osiągając szczyt około 869 tys. w 2058 r. Różnica między urodzeniami a zgonami pozostanie więc przez cały okres prognozy ujemna.
Dla systemu emerytalnego oznacza to prostą arytmetykę: mniej pracujących będzie musiało utrzymywać coraz większą grupę seniorów. Dla gospodarki - mniej potencjalnych pracowników, większe braki kadrowe i rosnącą presję na finanse publiczne. ISTAT wprost wskazuje, że zmniejszająca się liczba osób w wieku produkcyjnym będzie wyzwaniem dla podaży pracy, systemu emerytalnego i całego systemu opieki społecznej.
Problem jest szczególnie poważny na południu Włoch. Najnowsze prognozy pokazują, że Mezzogiorno może stracić miliony mieszkańców w kolejnych dekadach. Regiony takie jak Basilicata, Molise czy Sardynia już dziś należą do tych, w których populacja kurczy się najszybciej.
Antymigracyjna Meloni sprowadza setki tysięcy pracowników
Włochy mogą próbować odpowiedzieć na ten problem na kilka sposobów: zwiększać aktywność zawodową kobiet i osób starszych, podnosić wiek emerytalny, inwestować w automatyzację i produktywność. Jest jednak jeszcze jedno rozwiązanie - imigracja.
I tutaj pojawia się jeden z największych paradoksów polityki Giorgii Meloni. Premier zaostrzyła walkę z nielegalną migracją, a jednocześnie za jej rządów imigracja do Włoch wzrosła o ponad 10 proc.
Jej rząd szeroko otwiera legalne kanały dla pracowników z zagranicy. W latach 2023-2025 Włochy przewidziały ponad 450 tys. miejsc dla pracowników spoza UE. Na lata 2026-2028 zaplanowano kolejne 497,5 tys. wjazdów w ramach programu "decreto flussi" (włoski dekret rządowy, który określa roczne limity (kwoty) pracowników spoza Unii Europejskiej mogących wjechać do Włoch w celach zarobkowych - przyp. red.). W samym 2026 r. ma chodzić o 164 850 pracowników.
Powód jest prosty: włoska gospodarka potrzebuje ludzi do pracy. Niedobory szczególnie mocno odczuwają m.in. rolnictwo, opieka, hotelarstwo i budownictwo. W 2025 r. do Włoch przyjechało 440 tys. osób z zagranicy, a dodatnie saldo migracji wyniosło 296 tys. To właśnie migracja pozwoliła niemal całkowicie zrekompensować naturalny ubytek ludności.
Włoska gospodarka już dziś w dużym stopniu opiera się na pracownikach z zagranicy. Problem polega jednak na tym, że imigracja nie rozwiązuje wszystkich problemów. Cudzoziemcy są często zatrudniani w sektorach nisko opłacanych i mniej prestiżowych, a część z nich pracuje w niepewnych warunkach. ISTAT zwraca uwagę m.in. na silną koncentrację zagranicznych pracowników w zawodach związanych z opieką, sprzątaniem, hotelarstwem i usługami.
To prowadzi do niewygodnego pytania. Jeśli Włosi będą mieli coraz mniej dzieci, a liczba osób w wieku produkcyjnym będzie spadać, kto będzie wykonywał pracę, płacił podatki i finansował system emerytalny?
Włochy potrzebują ludzi
Problem jest na tyle poważny, że część włoskich ekonomistów patrzy już na migrację nie jako na kwestię polityki społecznej, lecz jako na warunek utrzymania gospodarki i państwa opiekuńczego.
Według analizy Osservatorio sui Conti Pubblici Italiani (włoski ośrodek analityczny, który działa przy Katolickim Uniwersytecie Najświętszego Serca w Mediolanie), gdyby Włochy chciały utrzymać obecną liczbę ludności, do 2050 r. potrzebowałyby dodatniego salda migracji netto na poziomie co najmniej 10 mln osób. To oczywiście scenariusz czysto demograficzny, a nie prognoza, że tylu migrantów rzeczywiście przyjedzie. Pokazuje jednak skalę wyzwania, przed którym stoi kraj.
Włochy próbują więc jednocześnie prowadzić dwie polityki. Z jednej strony ograniczać nielegalną migrację i uszczelniać granice. Z drugiej – przyciągać legalnie tych pracowników, których potrzebują rolnictwo, opieka, budownictwo czy usługi.
To nie jest już wyłącznie spór o migrację. To odpowiedź na pytanie, jak ma funkcjonować państwo, którego mieszkańców będzie systematycznie ubywać.
Pagliara dei Marsi dostała w ubiegłym roku coś, co w normalnych warunkach byłoby najzwyklejszym wydarzeniem na świecie - nowego mieszkańca. Dla wioski liczącej około 20 osób narodziny Lary stały się jednak symbolem nadziei. Dla całych Włoch mogą być przypomnieniem, że demografia nie zmienia się z dnia na dzień. Kiedy zabraknie ludzi, nie wystarczy otworzyć pustych domów. Trzeba jeszcze znaleźć tych, którzy będą w nich mieszkać, pracować i zakładać rodziny.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.