PunchNobel Peace Prize jury treads carefully after Trump campaignCNN TürkApple iPad Mini serisine OLED dokunuşuThe Jerusalem PostHerzog says he will recommend Israelis who aided in flydubai attack for medal for civilian heroismRTP DesportoPrimeiro semestre de 2026 com maior volume de apostas de sempre em PortugalInquirerGenZennial Tour brings nat’l issues, vote discussions to GenSan youthThe South AfricanBafana Bafana vs Egypt: Salah, rotations, and what’s really at stakeUOLQuando uma eleição presidencial vai para o segundo turno? EntendaХабрКак Splash ускоряет локальные LLM на MacBBC NewsWho is the 'hero' Indian pilot who was stabbed on Israel-bound flight?Sportstar13-year-old S. Ishaan becomes youngest S14 para swimmer to double-cross Palk StraitIl Fatto QuotidianoLavoro nero e sfruttamento, 102 lavoratori irregolari: sequestrate due aziende tessili tra Napoli e SalernoSeeking AlphaEmerging Markets Bond ETF declares monthly distribution of $0.1110
The Daily Newsstand · Free, Always
Thursday, October 1, 2026

Uniwersytet jak żaba w gotującym się garnku

Translate

Trzy lata temu, w kampanii wyborczej, niewiele komitetów potraktowało naukę i szkolnictwo wyższe poważnie. Jeden z najbardziej rozbudowanych i konkretnych pakietów obietnic dla żaków i nauczycieli akademickich przedstawiła Nowa Lewica: "Stypendium 1000 zł dla studenta. Studia dostępne dla wszystkich. Zamożność rodziny nie może być przeszkodą w rozpoczęciu i zakończeniu studiów".

Dalej czytamy o rządowym programie, który miał zaspokoić potrzeby mieszkaniowe studentów przez budowę i modernizację akademików do dobrego standardu, ze stołówkami, obiektami sportowymi i bibliotekami.

Kilka akapitów niżej Lewica zapowiadała "skokowy wzrost wynagrodzeń na uczelniach" - by powstrzymać odpływ kadry - i deklarowała: "Zadbamy o należytą ochronę i wsparcie dla kobiet na uczelniach".

Dziś aż nadto wyraźnie widać, jak bardzo te obietnice rozminęły się z rzeczywistością po blisko trzech latach rządu Donalda Tuska, w którym kierowanie Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego przypadło partii Włodzimierza Czarzastego. Polska uczelnia przypomina garnek z żabą: woda nagrzewa się powoli, ale nieustannie, zarówno dla studentów, jak i dla wykładowców, którym zaczyna brakować sił.

Akademik dla wybranych

Wyobraźmy sobie 19-latkę z małego miasta na Podkarpaciu. Dostała się na wymarzony kierunek w Warszawie albo w Krakowie. Jej rodzice pracują za niewiele więcej niż płaca minimalna. W akademiku miejsca nie ma.

W całej Polsce na jedno miejsce w domu studenckim przypada dziś około 12 studentów, a w Warszawie, według szacunków, nawet 17.

Zostaje prywatny rynek. Tam czeka na nią pokój za 1300 do 1400 zł miesięcznie (tyle wynoszą dziś średnie stawki w stolicy), do tego kaucja i prowizja. Albo "mikrokawalerka", czyli maleńki lokal użytkowy, którym deweloperzy latami obchodzili przepisy o minimalnej powierzchni mieszkań. Albo pokój wydzielony z salonu cienką ścianką, który ogłoszenie z wdziękiem nazywa "przytulnym".

Na ten sam rynek najmu trafiają młodzi pracownicy z całego kraju i z zagranicy, bo to duże miasta przyciągają pracę. Nie ma w tym ich winy. Wszyscy szukają dachu nad głową w tych samych dzielnicach, a dostępnych mieszkań od lat jest za mało.

Nasza 19-latka tej licytacji nie wygra. Na studia w Warszawie czy Krakowie zwyczajnie nie będzie jej stać. Wybierze uczelnię bliżej domu albo pracę zamiast studiów. Nikt nie odnotuje tego w statystykach jako porażki państwa ani jako utraty talentu, w który to samo państwo inwestowało od przedszkola aż do matury.

Rządzący są w tej sprawie rozbrajająco szczerzy. Rok temu Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego, przyznał w RMF FM:


"W moim idealnym świecie ja chciałbym, żeby akademiki były za złotówkę, no ale wiemy, że to nie jest do końca możliwe w obecnej sytuacji z obecnym deficytem budżetowym".


Owszem, w tym roku Bank Gospodarstwa Krajowego podpisał 14 umów na budowę lub modernizację domów studenckich, obejmujących blisko 3,3 tys. miejsc. Tyle że w ciągu dwóch poprzednich lat liczba miejsc w akademikach spadła o prawie 5 tys., a studentów przybyło. Z obiecanym rządowym programem ma to niewiele wspólnego.

Żaba, która wyskoczyła

Po drugiej stronie katedry dzieje się coś równie niepokojącego. We wrześniu Ośrodek Przetwarzania Informacji opublikował przygotowany na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego raport o wypaleniu zawodowym kadry akademickiej.

Najmocniej zapada w pamięć wypowiedź jednego z profesorów biorących udział w badaniu. Zapowiada, że w ciągu tygodnia złoży wypowiedzenie, a ostatnie lata na uczelni nazywa "gotowaniem żaby": absurdalna "punktoza", coraz więcej biurokracji, coraz słabiej przygotowani studenci. Cieszy się, że zdążył wyskoczyć z garnka, zanim było za późno.

Nie jest wyjątkiem. Pewna nauczycielka akademicka opowiada o "mnóstwie nikomu niepotrzebnej, zbędnej pracy" przy tabelkach i sprawozdaniach.

Ktoś inny pracuje w domu albo w bibliotece, bo w instytucie nie ma dla niego biurka, a kto nie ma zewnętrznego grantu, ten nie ma komputera. Młody doktor mówi wprost, że z pasji się nie wyżywi i nie spłaci kredytu, skoro absolwent w pierwszej lepszej korporacji czy urzędzie marszałkowskim zarobi więcej.

Potwierdzają to liczby z tego samego raportu. Trzech na czterech badanych regularnie pracuje w czasie wolnym. Prawie co piąty chce zmienić pracę w ciągu roku, a najczęściej nie myśli o innej uczelni, lecz o odejściu z nauki w ogóle. W tej grupie dominują doktorzy.

Objawy wypalenia częściej zgłaszają kobiety i osoby opiekujące się bliskimi, czyli ci, na których ma się opierać przyszłość polskich uniwersytetów. To właśnie kobietom na uczelniach szczególną ochronę obiecywała w programie wyborczym Nowa Lewica, która dziś kieruje resortem nauki.

Ostatnia prosta i ostatni dzwonek

Za rok o tej porze kampania wyborcza do Sejmu wejdzie na ostatnią prostą, a Koalicja 15 Października będzie musiała rozliczyć się z obietnic. Studenci i naukowczynie mogą wtedy poczuć się zwyczajnie oszukani.

W budżecie na 2026 rok na naukę i szkolnictwo wyższe zaplanowano nieco ponad 1 proc. PKB, podobnie jak za rządów PiS. Łączne nakłady na badania i rozwój spadły według GUS z 1,56 proc. PKB w 2023 roku do 1,41 proc. w 2024 roku, przy średniej unijnej wynoszącej ok. 2,2 proc.

Po 30-procentowej podwyżce minimalnych stawek w 2024 roku skok płacowy się skończył. Minimalna pensja zasadnicza asystenta przewyższa dziś najniższą krajową zaledwie o 19 złotych. W tym samym budżecie na obronność zapisano ponad 200 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. Potrzeby zbrojeń nikt rozsądny dziś nie podważa. Tyle że o bezpieczeństwie kraju decydują również laboratoria i sale wykładowe.

To przestroga dla Nowej Lewicy. Partia, która słusznie wytykała PiS ubożenie uniwersytetów, dziś utrzymuje finansowanie nauki na poziomie poprzedników. Zmienił się głównie ton. Zamiast ministra wojującego z "ideologią" mamy ministra, który z empatią rozkłada ręce i mówi o braku pieniędzy.

Bez lawinowego wzrostu nakładów na naukę, pensji powiązanych z przeciętnym wynagrodzeniem i prawdziwego programu budowy akademików zostanie tylko przekonanie, że Lewica w ministerstwie niewiele różniła się od PiS. Żabie w garnku jest zresztą obojętne, kto podkręca gaz.

Żaba w garnku nie protestuje. Wyborcy akademiccy mogą to zrobić za rok, przy urnach.

"Ważne, ważniejsze". Czarne chmury nad posłem Koalicji ObywatelskiejINTERIA.PL


View the original on Interia →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.