Policjanci wylegitymowali dziennikarza. Relacjonował rozbiórkę świetlicy
Mecenas Marcin Czachor o próbie rozbiórki świetlicy na osiedlu Maltańskim w Poznaniu
Źródło zdj. gł.: PAP
Dziennikarz "Gazety Wyborczej" opisał, jak został potraktowany przez policję, kiedy zbierał materiały do artykułu dotyczącego rozbiórki świetlicy na Osiedlu Maltańskim w Poznaniu.
W środę doszło tam do przepychanek między ekipą budowlaną a mieszkańcami osiedla, którzy przekonują, że rozbiórka jest nielegalna i przypominają, że w sądzie wciąż trwają dwa postępowania dotyczące tego obiektu. Spór prawny wciąż trwa.
To właśnie mieszkańcy wezwali na miejsce policję i poinformowali media.
Sprawdzili, czy nie jest poszukiwany. Potem mówili o zagrożeniu terrorystycznym
W pewnym momencie na miejscu pojawiła się przedstawicielka spółki Komandoria, która zarządza tym terenem. Piotr Żytnicki próbował podejść do niej i do policjantów, gdy ci rozmawiali i przeglądali przyniesione przez nią dokumenty. Policjanci mieli go poinformować, że nie może przysłuchiwać się tej rozmowie oraz jej dokumentować, bo padają tam dane osobowe.
I to właśnie wtedy - jak twierdzi dziennikarz - policjanci poprosili, żeby się wylegitymował. Jako podstawę czynności policjanci mieli wskazać, że muszą sprawdzić, czy nie jest on osobą poszukiwaną. Żytnicki poinformował, że nie ma przy sobie dowodu. Podał za to PESEL i pokazał elektroniczny dokument w aplikacji mObywatel.
Jak opisuje dziennikarz, policjant chciał skontrolować też jego plecak. Kiedy odmówił, ten zabrał plecak i zaprowadził dziennikarza do radiowozu, gdzie sprawdził zawartość plecaka i wypytywał o niebezpieczne narzędzia.
Podczas tych czynności, policjant znalazł w portfelu dziennikarza prawo jazdy i zarzucił mu, że wcześniej, wprowadził funkcjonariusza w błąd, informując, że nie posiada dokumentów. Zapowiedział złożenie w tej sprawie do sądu wniosku o ukaranie.
Żytnicki przekonuje, że informował jedynie, że nie posiada dowodu osobistego, a o prawo jazdy nikt go nie pytał.
"Przyjechałem na Maltańskie wykonywać swoją pracę: zbierać informacje, obserwować działania policji, rozmawiać ze stronami konfliktu, dokumentować to, co dzieje się przed świetlicą. To policjanci zagrodzili mi drogę. To oni utrudniali mi pracę" - napisał Żytnicki w swojej relacji.
Sprawdzą, jak wyglądała interwencja wobec dziennikarza
Rzecznik wielkopolskiej policji wie już o sytuacji, do której doszło między policjantem a dziennikarzem.
- W tej sprawie będzie prowadzone postępowanie przez komendanta miejskiego. Cała ta sytuacja była nagrana przez kamery nasobne policjantów. Te nagrania są zabezpieczone od początku do końca. Będzie można je precyzyjnie, minuta po minucie dokładnie odtworzyć - mówi tvn24.pl mł. insp. Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.
Tego, jakie podstawy do legitymowania i kontrolowania wskazał policjant, Borowiak na razie nie komentuje. - Będziemy to wszystko wyjaśniać - kwituje.
Jak mówi rzecznik, żeby móc być precyzyjnym, trzeba ustalić dokładny przebieg rozmowy - również to, czy dziennikarz faktycznie się przedstawiał, czy informował, że jest dziennikarzem.
Zapytaliśmy również, o to, czy faktycznie policja zamierza złożyć do sądu wniosek o ukaranie dziennikarza. - Nie wiemy, czy taki wniosek będzie składany. Na razie jest materiał do sprawdzenia - dodał mł. insp. Borowiak. Postępowanie może trwać do 30 dni.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.