Strach i radykalizacja. Izraelczycy głosują nad przyszłością kraju
– Netanjahu miał okazję wynegocjować ich uwolnienie, ale wolał dbać o własne interesy polityczne niż o życie mojego ojca. Po trzech latach wiem to na sto procent – mówi Yuval Dancyg, syn porwanego i zamordowanego przez Hamas Alexa Dancyga. Na ostatniej prostej kampanii wyborczej rozmawialiśmy z Izraelczykami w Tel Awiwie. Mówią o dzisiejszych wyborach jako o najważniejszych w historii kraju, a sondaże zwiastują powyborczy chaos polityczny.
- Dziś w Izraelu odbywają się wybory parlamentarne, pierwsze od dnia rzezi, której Hamas dokonał w październiku 2023 r.
- Największe szanse na zwycięstwo ma Likud, partia urzędującego premiera Benjamina Netanjahu, oraz Yashar!, na którego czele stoi emerytowany generał Gadi Eisenkot. Przedwyborcze sondaże pokazują niewielką przewagę jednej lub drugiej partii.
- Żadna z tych partii nie będzie jednak w stanie zdobyć samodzielnej większości w 120-osobowym Knesecie. Do tego potrzebne będzie stworzenie koalicji.
- Kampania wyborcza koncentrowała się na masakrze obywateli Izraela i podejściu poszczególnych ugrupowań do rozliczenia winnych tego, że zamordowanych zostało 1200 cywilów.
- Dla Benjamina Netanjahu utrata władzy może skutkować jego rozliczeniem – premier ma zarzuty korupcyjne, a Międzynarodowy Trybunał Karny wydał wobec niego nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne.
- Bez względu na to, kto zwycięży, nie powinny ulec radykalnej zmianie: polityka zagraniczna Izraela, relacje z Waszyngtonem i wizja przyszłości Bliskiego Wschodu.
Jeśli przedwyborcze napięcie w obozie politycznym premiera Benjamina Netanjahu nie osiągnęło wcześniej swojego limitu, to ostatnie dni kampanii wyborczej z pewnością wybiły je do granic możliwości. To dlatego, że kolejne sondaże dawały coraz wyraźniejszą przewagę opozycyjnej koalicji Gadiego Eisenkota.
Na ulicach słychać, że dzisiejsze wybory będą przełomowe, a sondaże sugerują, że frekwencja może wynieść nawet ponad 80 proc. Izraelska kampania wyborcza z 2026 r. to starcie dwóch złożonych – i wewnętrznie skomplikowanych – bloków politycznych.
WIDEO
Izrael chce reedukować Polaków? | Marek Magierowski, Zbigniew Parafianowicz | BEZ DOKTRYNY #7
WIDEO
Kampania w cieniu masakry
Kampanię wyborczą zdominował temat bezpieczeństwa. Rozmowy z Izraelczykami zazwyczaj wracają do tego samego tematu. To nie dziwi, bo wybory toczą się w cieniu masakry z 7 października 2023 r. Netanjahu, który próbuje przedstawić się społeczeństwu jako "Mr. Security", zdaniem Yuvala Dancyga zawiódł Izraelczyków.
– Hamas wciąż jest w Gazie, Hezbollah wciąż w Libanie, a reżim ajatollahów w Iranie nie upadł – mówi. – Netanjahu rozpoczął wiele wojen, ale ani jednej nie zakończył. Hamas nigdzie się nie wybiera. Prawdopodobnie terroryści odbudują swoje zdolności bojowe i zaatakują ponownie – argumentuje.
Jego ojciec, znany historyk polskiego pochodzenia Alex Dancyg, był jednym z zamordowanych przez Hamas zakładników. Yuval uważa, że Netanjahu skuteczniej wykorzystuje temat bezpieczeństwa, niż rzeczywiście dba o życie i zdrowie obywateli Izraela.
Sekurytyzacja życia politycznego jest nieodłączną cechą państwa Izrael od początku jego istnienia, ale przez ostatnie trzy lata nabrała rozmiarów wyjątkowych, nawet jak na tutejsze warunki. Według badania przeprowadzonego we wrześniu przez "Israel Democracy Institute", 62 proc. obywateli przyznaje, że 7 października 2023 r. znacząco wpłynął na to, jaką decyzję podejmą przy urnach wyborczych.
– Myślę, że każdy z nas pamięta każdą minutę tamtego dnia – opowiada Lenny, pracowniczka branży IT, urodzona i wychowana w Tel Awiwie. – Mój kolega z pracy został zamordowany w swoim domu, w kibucu Be’eri, razem z córką i matką. Inny z tego samego kibucu przeżył, ale zamordowano jego matkę i jej partnera. Takie doświadczenie zmienia wszystko.
Przed 7 października Lenny głosowała na centrum i lewicę. – Zrozumiałam, że w Gazie dzieci już od najmłodszych lat uczą się nienawiści do Żydów – mówi. – Przed 7 października wierzyłam w pokój. Myślałam, że gdyby Palestyńczycy otrzymali lepszą edukację, szansę na rozwój ekonomiczny, byliby mniej radykalni. Nie zdawałam sobie sprawy ze skali rozgoryczenia i resentymentu wobec Izraelczyków.
W dzisiejszych wyborach Lenny zagłosuje na Naftalego Bennetta, byłego premiera i polityka prawicy, który startuje w opozycyjnym sojuszu z centrowym Jairem Lapidem. – Ufam również Eizenkotowi, ale Bennett wydaje mi się lepszym managerem – dodaje Lenny.
Siedem wojen Netanjahu
Lenny nie jest wyjątkiem. Według badań Pew Research Center z 2025 r. zaledwie 16 proc. izraelskich Żydów uważa, że Izrael może pokojowo współistnieć z państwem palestyńskim. To najniższy wynik w historii badania. O inwazji na Strefę Gazy i co najmniej 75 tys. zabitych przez IDF Palestyńczykach w kontekście wyborów raczej się nie wspomina.
W izraelskiej polityce atak Hamasu zaczął funkcjonować podobnie jak dwie dekady temu w polityce amerykańskiej funkcjonował atak na World Trade Center. Politycy nieustannie nawiązują do wydarzeń sprzed trzech lat, a wojny i konflikty zbrojne rozpoczęte przez rząd Benjamina Netanjahu potęgują napięcie i niepewność społeczeństwa. Lęk przed zagrożeniami z zewnątrz stał się najskuteczniejszym wytrychem do serc wyborców. Wykorzystuje go zarówno urzędujący premier, jak i lider zjednoczonych sił opozycyjnych – choć w zupełnie inny sposób.
Netanjahu uwielbia przypominać opinii publicznej, że Izrael, "państwo wielkości amerykańskiego New Jersey", za jego rządów jest zdolne "prowadzić siedem różnych wojen równocześnie". W tej kwestii rzeczywiście ma rację. Przez ostatnie lata izraelskie siły zbrojne zbombardowały terytorium co najmniej sześciu państw, a od 7 października 2023 r. Izrael zaangażował się na aż siedmiu frontach. Odpowiedział na ataki z Gazy, Libanu oraz Jemenu, przy czym sam zainicjował uderzenia na Iran, Syrię, Irak i jednorazowy nalot na Katar.
Netanjahu nie bez powodu utrzymał się w centrum izraelskiej polityki przez ostatnie trzy dekady. Lider Likudu świetnie wyczuwa i wpływa na emocje elektoratu. Podczas kampanii wyborczej kreował się na symbol twardego bezpieczeństwa. Próbował przedstawić się obywatelom jako jedyny lider, który może zagwarantować siłę i bezkompromisowość kraju.
Tysiące na ulicach Tel Awiwu
7 października towarzyszy też wizerunkowi premiera w negatywny sposób. Opozycja atakuje go, twierdząc, że niewystarczająco zabezpieczył kraj na wypadek ataku. Z takim poglądem sympatyzuje wielu wyborców. W sobotę, trzy dni przed wyborami, kilkadziesiąt tysięcy Izraelczyków przyszło na Plac Zakładników w Tel Awiwie. To miejsce, na którym przez dwa lata co tydzień rodziny i przyjaciele uprowadzonych domagali się od rządu, by sprowadził ich bliskich z Gazy do domu.
Tym razem zgromadzeni żądali powołania niezależnej komisji śledczej, która wyjaśni, jak doszło do – jak twierdzą – największego w historii Izraela zaniedbania w sferze bezpieczeństwa. Netanjahu konsekwentnie odmawia organizacji dochodzenia, a liderzy opozycji obiecują, że powołają komisję po zdobyciu władzy. Na wiecu pojawili się główni rywale premiera: lider opozycji Gadi Eizenkot, Awigdor Lieberman, Jair Lapid oraz Jair Golan. Na marszu dało się wyczuć poruszenie, a zarazem skupienie wokół pamięci ofiar Hamasu. Na scenie przemawiali rodzice zabitych.
7 października Mali Zender straciła swoją córkę, Nou. Jako oddziałowa w szpitalu Szeba opiekowała się potem zakładnikami, którzy wrócili z Gazy. W swoim przemówieniu podkreślała, że nie wszyscy liderzy wzięli na siebie odpowiedzialność i że państwo nie ruszy naprzód bez rachunku sumienia.
Rabin Elchanan Danino, którego syn Uri został uprowadzony i zamordowany w niewoli Hamasu, przyznał, że komisja nie przywróci rodzicom dzieci. Jego zdaniem jest jednak potrzebna ze względu na przyszłość kraju, młodych Izraelczyków i żołnierzy.
Przemawiał też Omer Ohana, partner majora Sagiego Golana, który zginął, broniąc kibucu Be’eri. Ohana, podobnie jak inni, domagał się wyjaśnienia społeczeństwu, co dokładnie się wydarzyło. Za każdym razem, gdy ktoś ze sceny wspominał o Netanjahu albo o mordercach, tłum skandował: "Busza! Busza!", czyli po hebrajsku "hańba".
Poglądy demonstrantów nie są głosem całego Izraela. Rozglądając się w tłumie, zauważyłem więcej tęczowych flag niż jarmułek. To krajobraz typowy dla świeckiego Tel Awiwu, ale już w Jerozolimie wielu wyborców uznałoby go za nie do przyjęcia. Jednak niemal wszyscy, którzy odpowiadali za bezpieczeństwo państwa, stracili stanowiska bądź złożyli rezygnacje. Wszyscy, z wyjątkiem samego premiera. Netanjahu twierdzi, że jedynym problemem tego dnia było to, że nikt go nie obudził, gdy o 6:29 rozpoczął się atak.
Dwa bloki wyborcze, dwie wizje
Sondaż przeprowadzony niedawno na zlecenie gazety "The Maariv" wskazywał, że 49 proc. wyborców na czele rządu wolałoby zobaczyć Gadiego Eizenkota niż ubiegającego się o kolejną kadencję Netanjahu. Urzędującego premiera w tym samym badaniu wskazało 41 proc. respondentów.
Koalicja rządząca pod wodzą Netanjahu to skomplikowany układ prawicowych (i skrajnie prawicowych) ugrupowań. Oprócz partii Likud premiera (głównej prawicowej siły w Izraelu), w jej skład wchodzą również cztery inne religijno-konserwatywne partie. Wszystkie żyją głosami nacjonalistów, radykałów i najbardziej religijnych obywateli, ale reprezentują nieco różne elektoraty. Partie "Religijny Syjonizm" oraz "Otzma Yehudit" to skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne ugrupowania, które domagają się pełnej aneksji Zachodniego Brzegu (terenów, które zgodnie z prawem międzynarodowym należą do Palestyny, ale które od dekad okupowane są przez izraelskich żołnierzy).
Potencjalnymi koalicjantami są też dwie partie ultraortodoksyjne (reprezentujące religijną społeczność haredim). Obie były już częścią koalicji, ale latem 2025 r., w proteście przeciwko planom poboru ortodoksów, Zjednoczony Judaizm Tory opuścił koalicję, a Szas wycofał swoich ministrów z rządu. Obydwie wciąż uznawane są jednak za naturalnych koalicjantów Likudu.
Ultraortodoksi stanowią około 14 proc. obywateli kraju i – ze względu na wysoką w tej grupie dzietność – są najszybciej rosnącą grupą w Izraelu. Szas reprezentuje Żydów, których przodkowie przybyli z krajów arabskich i Afryki Północnej, a Zjednoczony Judaizm Tory Żydów aszkenazyjskich, wywodzących się z Europy Środkowej i Wschodniej. O kierunku obu partii decydują raczej rabini, a nie politycy.
Szas kierowany przez Arie Deriego wyrósł z poczucia krzywdy Mizrachijczyków, przez dekady traktowanych jak obywatele drugiej kategorii. Dlatego głosują na niego także tradycyjni, choć nie ultraortodoksyjni wyborcy z biedniejszych miast, a w gospodarce stawia na zasiłki i państwowe wsparcie.
Obydwie partie mają podobne cele: pieniądze dla jesziw, w których wielu mężczyzn przez całe życie studiuje Torę, autonomia własnego szkolnictwa z ograniczonymi do minimum przedmiotami świeckimi oraz zwolnienia z obowiązkowej służby wojskowej. Po 7 października, gdy rezerwiści spędzali w armii po kilkaset dni, ten ostatni przywilej stał się jednym z najgorętszych tematów kampanii.
Koalicja rządowa to również względnie szeroki zakres poglądów gospodarczych. Likud stawia na rozwiązania wolnorynkowe, podczas gdy Szas popiera regulacje i wsparcie socjalne. Koalicjantów łączy jednak radykalne podejście do bezpieczeństwa i idei państwa Izrael. Razem tworzą blok, który od 2022 r. sprawuje władzę.
Przejąć może ją jednak opozycja, która – w ramach swoistego paktu o nieagresji – zjednoczyła się przed wyborami w grupę centroprawicowych sił. Największe trzy partie to: prawicowa partia "Yashar" Gadiego Eizenkota, centrowa partia "Razem" byłego premiera Naftaliego Bennetta oraz tzw. Demokraci, czyli pozostałości po silnej niegdyś izraelskiej lewicowej "Partii Pracy". W ostatnich miesiącach liderem sondaży wśród sił opozycyjnych została partia "Yashar", a Gadi Eizenkot prawdopodobnie zostanie premierem, jeśli opozycji uda się przejąć władzę.
Wybory o Netanjahu
Dla Netanjahu tegoroczne wybory to coś więcej niż szansa na kolejne cztery lata władzy. Od 2020 r. premier tkwi w pętli procesów sądowych, dochodzeń i oskarżeń o korupcję. Chodzi o trzy odrębne afery – tzw. prezentową, Mozesa i Bezeq. Według oskarżycieli Netanjahu miał otrzymywać drogie prezenty od wpływowych miliarderów oraz wchodzić w układy z właścicielami istotnych mediów, aby zagwarantować sobie ich przychylność.
Postępowanie toczyć będzie się dalej niezależnie od tego, kto wygra wybory. Jednak kolejna kadencja pozwoliłaby premierowi na dalsze wywieranie nacisków na wymiar sprawiedliwości. Wprowadzona przez Netanjahu reforma systemu sądownictwa znacząco zwiększyła wpływ Knesetu na skład i pracę najważniejszych sądów. Premier próbował odwołać też prokurator generalną oraz prosił prezydenta o udzielenie mu łaski.
Utrata najważniejszego stanowiska w kraju potencjalnie otworzyłaby również drogę do sądzenia go przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Wydany przez niego nakaz aresztowania Netanjahu został zainicjowany w 2024 r. w związku ze zbrodniami wojennymi, których izraelska armia dokonała w Strefie Gazy. W praktyce szansa na taki scenariusz jest jednak znikoma. Nowy rząd musiałby aresztować byłego premiera i zaakceptować międzynarodowe oskarżenia wobec polityki Izraela w Gazie.
Sondaże wskazują na drobną przewagę opozycji. Razem koalicja Eizenkota może liczyć na około 54 mandaty, a blok partii rządowych na około 50. Jeśli prognozy się sprawdzą, obydwu zabraknie do samodzielnej większości w 120-osobowym parlamencie. Wszystko wskazuje więc na to, że po wyborach będą szukać sojuszników, którzy umożliwią im utworzenie rządu mniejszościowego. Jedyną szansą na utworzenie nowego rządu może okazać się sojusz z partiami arabskimi.
Mniejszość arabska. Języczek u wagi
Partie arabskie przez dekady były otoczone swoistym kordonem sanitarnym, lecz w tych wyborach to one mogą zdecydować, kto będzie rządził. Startują w dwóch blokach. Wspólna Lista, czyli sojusz Hadaszu, Ta’alu i nacjonalistycznego Baladu, nie uznaje Izraela za państwo żydowskie i chce, by stał się państwem wszystkich obywateli. Domaga się końca okupacji i utworzenia niepodległego państwa palestyńskiego w granicach z 1967 r. Według sondaży mogą one liczyć na 9 mandatów.
To na nią we wtorek zagłosuje Yair Ron, 70-letni izraelski aktywista, który od lat działa w The Villages Group. To niewielka izraelska grupa, która od ponad 20 lat wspiera palestyńskich rolników i hodowców zwierząt w regionie Masafer Yatta na Zachodnim Brzegu. Odwiedzamy razem Kawawis, Szaab al-Butum i Umm al-Khair. Mieszkańcy tych wiosek od lat padają ofiarą ataków osadników. Po drodze Yair wyjaśnia, dlaczego zdecydował się zagłosować na Wspólną Listę.
– Izraelskie społeczeństwo ma niespłacony dług wdzięczności wobec swoich arabskich obywateli. Od lat są wykluczani z życia publicznego, a teraz jest najlepsza okazja, by stali się częścią rządu – opowiada. – Jeśli Netanjahu dalej będzie rządził, a Smotricz i Ben Gwir nadal będą odpowiadać za administrację na Zachodnim Brzegu, możemy spodziewać się kolejnej intifady albo ataku podobnego do tego z 7 października. Przemoc osadników to przemoc państwa. Rząd mógłby ją zatrzymać w pięć minut. Wystarczy odciąć osadnikom finansowanie – tłumaczy.
Yair nie kryje też irytacji przywilejami, z których korzystają ultraortodoksi. – W żaden sposób nie dokładają się do społeczeństwa, a wielu z nich pracuje na fikcyjnych etatach jako kontrolerzy koszerności – mówi.
Sama Wspólna Lista do rządu jednak nie wejdzie, najwyżej poprze go z zewnątrz. Inaczej jest z drugim blokiem. Zjednoczona Lista Arabska (Ra’am) Mansura Abbasa to partia islamska, ale pragmatyczna. To ona w 2021 r. przerwała kordon sanitarny i jako pierwsza arabska partia w historii weszła do rządu koalicji Bennetta i Lapida. Abbas publicznie uznał Izrael za państwo żydowskie i demokratyczne. W tych wyborach poszedł jeszcze dalej. Numerem dwa na liście Ra’am jest Joaw Segalowicz – syjonista, były szef departamentu śledczego izraelskiej policji i wiceminister bezpieczeństwa publicznego.
Abbas nie obiecuje swoim wyborcom nierealistycznego w obecnej sytuacji utworzenia państwa palestyńskiego, a walkę z przestępczością, która od lat stanowi największy problem społeczności arabskiej, szczególnie tej mieszkającej na północy. Strzelaniny między gangami są tam codziennością. Dla zobrazowania sytuacji: rok 2025 był najkrwawszym w historii arabskiej społeczności Izraela. Zginęły 252 osoby, a według organizacji Abraham Initiatives 75 proc. ofiar miało związek ze zorganizowaną przestępczością.
Segalowicz to w tej sytuacji kandydat niemal idealny. Założył Lahaw 433, elitarną jednostkę policji do walki z korupcją i przestępczością zorganizowaną. Jako wiceminister w rządzie Bennetta i Lapida kierował policyjną operacją wymierzoną właśnie w arabską przestępczość. Według sondaży jest jedynym żydowskim politykiem, któremu Arabowie ufają. Abbas przekonuje, że to nie jest wyłącznie arabski problem: broń, z której dziś strzelają w arabskiej wiosce, jutro wystrzeli w żydowskim mieście. Jak bardzo ten temat jest palący, pokazała wizyta Segalowicza w beduińskim Rahacie, gdzie podczas jego spotkania z mieszkańcami w tle rozległy się strzały.
Drugim filarem programu Ra'am jest Negew, gdzie partia ma najsilniejsze zaplecze wśród Beduinów. Abbas domaga się legalizacji tzw. nieuznanych wiosek, wstrzymania wyburzeń domów i eksmisji. To polityka transakcyjna, która już raz zadziałała. W zamian za wejście do koalicji w 2021 r. Ra’am wywalczył ponad 53 mld szekli na infrastrukturę i walkę z przestępczością w społecznościach arabskich, a rząd zalegalizował trzy beduińskie wioski. Sondaże dają Ra’am niecałe 6 mandatów. To jednak za mało, by sam Ra’am zapewnił Eizenkotowi większość. Do 61 mandatów potrzebowałby także głosów Wspólnej Listy.
Właśnie ten matematyczny aspekt wykorzystuje Netanjahu w swojej kampanii. Abbas stał się głównym bohaterem kampanii Likudu, a jego twarz pojawia się w dziesiątkach materiałów wideo wygenerowanych przez AI. W jednym z nich Bennett i Lapid siedzą jako dzieci na tylnym siedzeniu samochodu, który prowadzi Abbas. W innym Eizenkot biegnie przez łąkę w stronę młodego mężczyzny z napisem "jedność Izraela" na koszulce, by w ostatniej chwili go minąć i objąć Abbasa. Ten spot wywołał oburzenie, bo wielu widzów dostrzegło w mężczyźnie podobieństwo do syna Eizenkota, Gala, który zginął w Gazie w grudniu 2023 r. Likud podmienił postać na kobietę, ale wideo nie zniknęło.
"Mamy sąsiada, który chce nas zabić"
Kampania strachu trafia na podatny grunt. Według danych przytaczanych przez izraelskie media przed 7 października za udziałem partii arabskich w rządzie opowiadało się około 36 proc. Żydów izraelskich, dziś zaledwie 27 proc. Dlatego większość liderów opozycji ucieka od tematu.
Bennett, który sam rządził z Ra’am, zapowiada, że tego nie powtórzy. Lieberman chce koalicji złożonej wyłącznie z partii syjonistycznych, bez Arabów i ultraortodoksów. Otwarcie za współpracą z partiami arabskimi opowiada się jedynie Jair Golan, szef lewicowych Demokratów. Eizenkot lawiruje. Postawił warunki, których, jak twierdzi, dziś żadna partia arabska nie spełnia. Uznanie Izraela za państwo żydowskie i demokratyczne, poparcie dla obowiązkowej służby i uznanie Hamasu za organizację terrorystyczną. Te warunki wykluczają Wspólną Listę, ale zostawiają furtkę dla Ra’am.
Wspólna alternatywa. "Syjonizm uderza nie tylko w palestyńskich obywateli Izraela".
Na Wspólną Listę zagłosuje też Yarden, aktywista organizacji Combatants for Peace, która zrzesza byłych izraelskich żołnierzy i palestyńskich bojowników. Sam służył w armii i dziś tego żałuje. Pomaga Palestyńczykom na Zachodnim Brzegu, m.in. przy zbiorach oliwek, kiedy rolnicy najczęściej padają ofiarą ataków osadników.
Jego zdaniem skrajna prawica i lewica w Izraelu wychodzą z tego samego założenia, a różnią się tylko odpowiedzią na niewłaściwe pytanie. – Większość Izraelczyków wierzy, że mamy sąsiada, który chce nas zabić – mówi Yarden. – Pytanie tylko, co z tym zrobimy. Czy zastanowimy się, dlaczego chce nas zabić, czy zabijemy go pierwsi, żeby on nie zabił nas? – dodaje.
Pytany o krytykę Izraela na arenie międzynarodowej, twierdzi, że powinna skupiać się na systemie, który wyklucza, a nie na konkretnych ludziach. – Nie powinniśmy wymagać od 19-latka, który dopiero skończył liceum, żeby się zbuntował i odmówił wykonania rozkazu – podkreśla.
Yarden określa się jako antysyjonista. – Dla mnie antysyjonizm to państwo z równymi prawami dla wszystkich. Syjonizm, czyli sztuczne utrzymywanie żydowskiej większości w "demokratycznym" państwie, uderza nie tylko w palestyńskich obywateli Izraela, którzy stanowią 20 proc. społeczeństwa. Okupacja i to, że Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy nie mają równych praw ani możliwości uzyskania paszportu, to bezpośredni skutek syjonizmu – mówi.
Jego propozycja brzmi zaskakująco: aneksja Zachodniego Brzegu. Nie dlatego, że uważa ją za dobre rozwiązanie, ale za praktyczną drogę do alternatywnej rzeczywistości. – W praktyce niewiele by się zmieniło i tak go kontrolujemy. Dziś mamy apartheid de facto, po aneksji byłby de iure. Izraelczykom, a może i społeczności międzynarodowej, łatwiej byłoby to zobaczyć. To nie jest rozwiązanie, ale może przyspieszyć drogę do jednego państwa z równymi prawami dla wszystkich – tłumaczy.
O aneksji mówi też Smotricz, którego plakaty wiszą na skrzyżowaniach Zachodniego Brzegu. Tyle że on nie zamierza dawać Palestyńczykom obywatelstwa. Pytanie, co zrobić z milionami ludzi żyjących pod izraelską kontrolą, wraca w tych wyborach, choć prawie nikt nie chce zadać go wprost.
Gdy w 1984 r. skrajnie radykalny rabin Meir Kahane wygrał miejsce w Knesecie, pozostali parlamentarzyści przegłosowali ustawę, która miała na celu uniemożliwienie mu walki o reelekcję. Gdy Kahane proponował środki, które de facto oznaczałyby oficjalny apartheid lub czystkę etniczną Arabów z regionu tzw. biblijnego Wielkiego Izraela (dzisiejszego Izraela, Palestyny oraz części terytoriów Syrii, Jordanii i Egiptu), izraelscy posłowie protestowali, wychodząc z sali obrad.
Dziś partie ukształtowane na bazie jego ideologii stanowią jedną z najważniejszych sił politycznych w kraju, a ich liderzy pełnią istotne funkcje rządowe. Radykałowie spod skrzydła Itamara Ben-Gwira i Becalela Smotricza przeforsowali ustawę o karze śmierci dla palestyńskich więźniów, utworzyli specjalną administrację ds. osadnictwa w Ministerstwie Obrony i domagali się "minimalnej stawki" dziennych zabójstw Palestyńczyków w Strefie Gazy.
W czwartek na kilka dni przed wyborami odwiedziłem Zachodni Brzeg, czyli terytorium, które według prawa międzynarodowego Izrael okupuje od 1967 r. Do widoku za oknem samochodu zdążyłem przywyknąć: izraelskie flagi są tu niemal wszędzie. Wiszą na ogrodzeniach i bramach osiedli albo po prostu tkwią wbite przy drodze. Teraz towarzyszył im nowy element – plakaty wyborcze. Przez około 40 kilometrów drogi nie zobaczyłem, co oczywiste, ani jednego plakatu opozycji. Brakowało jednak również plakatów z wizerunkiem premiera lub logotypem Likudu.
Na niemal każdym skrzyżowaniu wisiały za to zdjęcia Itamara Ben Gwira i Becalela Smotricza. To oni, a nie Netanjahu, są politycznym głosem osadników. Obaj sami mieszkają w osiedlach na Zachodnim Brzegu: Ben Gwir w Kirjat Arba pod Hebronem, Smotricz w Kedumim. Obaj zbudowali swoją pozycję na postulacie pełnej aneksji tych terytoriów. Dla tutejszych wyborców Likud jest zbyt centrowy.
Poglądy, które reprezentują Ben-Gwir i Smotricz, są dziś bliższe przeciętnemu Izraelczykowi niż wizja państwa prezentowana przez szczątki silnej niegdyś lewicy. Przyszłość izraelskiej prawicy również wygląda optymistycznie – głównym trzonem ich elektoratu jest izraelska młodzież. Według sondaży prowadzonych przez Channel 12 ponad 70 proc. młodych żydowskich obywateli Izraela utożsamia się ze skrajnie prawicowym lub centroprawicowym środowiskiem politycznym.
W dzisiejszych wyborach młodzi będą stanowić około 10 proc. wyborców. Wielu z nich uważa, że konflikt z Palestyńczykami jest nieunikniony, a Izrael zawsze będzie znajdować się w stanie wojny. Do radykalnej prawicy ciągnie ich środowisko – rasizm, religijna ideologia i nienawiść, połączone ze sobą i zdeterminowane przez strach. Netanjahu w ich oczach wydaje się niewystarczająco stanowczy. Głosując na "Otzma Yehudit" i "Religijny Syjonizm" chcą mieć pewność, że w rządzie znajdą się politycy, którzy popchną premiera na ścieżkę skrajnej prawicy, gdyby przyszło mu do głowy zwątpić w swoją stanowczość.
Jak podkreśla dr Tammy Hoffman, specjalistka ds. młodzieży z "Israel Democratic Institute", na ich mentalność w znaczącym stopniu wpływa system obowiązkowej służby wojskowej. Każdy 18-letni żydowski obywatel Izraela rozpoczyna trzyletnią, obowiązkową służbę wojskową (dla kobiet są to odpowiednio dwa lata).
– W izraelskim społeczeństwie nie ma wyraźnej różnicy pomiędzy obszarem cywilnym i wojskowym – mówi dr Hoffman. – Tegoroczne wybory mogą być absolutnie przełomowe. Młodzi są bardzo zmotywowani, żeby głosować.
Przyszłość Izraela. Przyszłość Palestyny
Przyszłość Izraela wydaje się skręcać coraz mocniej w prawo. Po trzech latach od rozpoczęcia inwazji w Strefie Gazy, kryzys humanitarny w Gazie, okupacja i przemoc osadników na Zachodnim Brzegu nie są istotnymi tematami wyborczymi. Nawet jeżeli opozycja przejmie władzę, podejście Izraela do trwającego już ósmą dekadę konfliktu z Palestyńczykami prawdopodobnie nie ulegnie drastycznej zmianie.
Linia podziałów pomiędzy rządem a opozycją ustawia się na sprawach kontrowersyjnych, a w kwestii Palestyny panuje względnie spójny konsensus – należy twardo zwalczać Hamas i dbać o bezpieczeństwo.
Lider opozycji, Gadi Eizenkot, nie wspomina o Gazie na szlaku wyborczym. Prezentuje bardziej umiarkowane podejście, ale on również uważa, że Izrael nie może dopuścić do ustanowienia w pełni wolnego i funkcjonalnego państwa palestyńskiego.
Eizenkot jeszcze dwa lata temu był ministrem w rządzie Netanjahu. Parę lat wcześniej był szefem Sztabu Generalnego izraelskiej armii. Swój zaskakująco szybki sukces polityczny zawdzięcza krytyce rządu Netanjahu w sprawie ataków na demokrację, korupcji i niewystarczająco skutecznej polityki bezpieczeństwa.
Niezależnie od tego, kto nim zostanie, następny premier Izraela zdeterminuje nie tylko przyszłość swojego kraju, ale również całego regionu. Tegoroczne wybory mogą być przełomowe, ale sytuacji na Bliskim Wschodzie fundamentalnie nie zmienią.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.