The Jerusalem PostMore than 60,000 Christians, Jews march in Peru in support of Israel, against antisemitismDaily MaverickIN PICTURES: A day at the polling stations — South Africa votesHipertextual‘Lords of War’, la esperada secuela de ‘El Señor de la Guerra’, lanza su tráiler con el regreso de Nicolas CageZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioBillboardFrom Billboard Charts to Congress: Musician Bobby Pulido Wins Historic South Texas Race for DemocratsTagesschauLiveblog zu den Midterms: ++ Vance sieht Iran-Krieg als Grund für Wahlschlappe ++Straits Times SportLIV turned professional golf into an 'arms race', says McIlroyAntara NewsIndonesia eyes 80-percent electric bus adoption by 2030Screen RantTorres’ NCIS Spinoff Rumors Officially Addressed By Wilmer ValderramaThe Hollywood ReporterCynthia Erivo to Play Tupac Shakur’s Mother in Universal’s Snoop Dogg Biopic (Exclusive)20 Minuten«Mogging» ist das Wort des Jahres – weisst du, was es bedeutet?Golem.de5G-Sicherheit: Bundesbehörden widersprechen sich bei 5G-Risiken deutlich
The Daily Newsstand · Free, Always
Wednesday, November 4, 2026

Niebieskie tsunami. Jak Amerykanie ukarali Trumpa [OPINIA]

Translate

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Wczorajsze wybory przyniosły jednak rozstrzygnięcie boleśnie weryfikujące te marzenia. Demokraci nie tylko odzyskali kontrolę nad obiema izbami Kongresu, ale odnieśli również zwycięstwa w stanach uchodzących za niezdobyte republikańskie bastiony: Teksasie, Karolinie Południowej, Kansas, Iowa i Ohio.

Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak w ciągu niespełna dwóch lat można roztrwonić polityczny kapitał, zrazić do siebie własnych wyborców i doprowadzić partię do wyborczej klęski.

Dlaczego właśnie teraz?

Nate Silver, jeden z najbardziej znanych amerykańskich analityków wyborczych, jeszcze przed głosowaniem przekonywał, że fala zwycięstw demokratów będzie wynikiem normalnym, a nawet niespecjalnie zaskakującym. Zwracał uwagę, że to sami republikanie stworzyli warunki do własnej porażki.

Podczas pierwszej kadencji Trumpa w wyborach z 2018 r. demokraci przejęli kontrolę nad niższą izbą Kongresu, zdobywając 41 dodatkowych mandatów w Izbie Reprezentantów. Tym razem, zdaniem Silvera, okoliczności były dla rządzących jeszcze mniej korzystne. Wojna z Iranem, ceny benzyny przekraczające 4 dolary za galon, wiekowy (osiemdziesięcioletni) prezydent, liczne niespełnione obietnice wyborcze, w tym dotyczące ujawnienia akt Epsteina, a do tego kandydaci, których największą zaletą była lojalność wobec Trumpa, ale niekoniecznie polityczne umiejętności.

WIDEO

Dostał lekcję pokory. Schetyna punktuje Trumpa

Publicyści "Washington Post" poszli jeszcze dalej – odpowiedzialnością za nadchodzącą klęskę obarczając bezpośrednio Donalda Trumpa i jego sposób sprawowania władzy. Ich zdaniem źródeł problemów republikanów należało szukać przede wszystkim w decyzjach samego prezydenta, który po powrocie do Białego Domu podporządkował funkcjonowanie administracji własnej woli, osobistym finansowym i politycznym interesom.

Sondaże "New York Timesa" (Siena College), publikowane w ostatnich tygodniach przed wyborami, pozwalały zrozumieć skalę problemu. W październiku 2026 r. pozytywnie prezydenturę Trumpa oceniało zaledwie 34 proc. Amerykanów. Był to najniższy wynik w historii pomiarów prowadzonych przez ten ośrodek.

Jeszcze bardziej wymowne były oceny poszczególnych dziedzin polityki administracji. Aż 69 proc. badanych negatywnie oceniało działania prezydenta w sprawie kosztów życia, 73 proc. w kwestii cen paliw, a 67 proc. w odniesieniu do wojny z Iranem.

Wyniki te wskazywały, że znaczna część Amerykanów wiązała pogorszenie swojej sytuacji materialnej bezpośrednio z polityką Trumpa. Co szczególnie ważne, niezadowolenie obejmowało również wyborców, dzięki którym dwa lata wcześniej odzyskał prezydenturę.

Wojna, benzyna i rachunki

Jedną z najważniejszych przyczyn wyborczej klęski republikanów okazała się wojna z Iranem, rozpoczęta pod koniec lutego 2026 r. Jej konsekwencją był gwałtowny wzrost cen energii, który szybko odbił się na kosztach transportu, produkcji żywności i codziennych wydatkach amerykańskich rodzin.

Wysokie ceny oleju napędowego i nawozów szczególnie dotkliwie uderzyły w stany rolnicze, takie jak Iowa, Kansas czy Ohio. Tam Demokraci nie musieli przekonywać wyborców do swojej wizji Ameryki ani prowadzić sporów o wartości. Wystarczyło mówić o cenach, rachunkach i kosztach prowadzenia gospodarstw.

Do tego doszły konsekwencje wojen celnych, które Trump prowadził od początku drugiej kadencji z co najmniej zmiennym powodzeniem. Coraz powszechniejsze stawało się również przekonanie, że prezydent nie zrealizował i nie zrealizuje jednej ze swoich najważniejszych obietnic: opanowania inflacji i obniżenia kosztów życia.

Warto przypomnieć, że w 2024 r. Trump wygrał między innymi dzięki rozczarowaniu Amerykanów polityką gospodarczą administracji Joe Bidena. Wielu wyborców uznało wówczas, że demokraci nie potrafili poradzić sobie z drożyzną, a powrót republikanów do władzy przyniesie poprawę.

Dwa lata później ci sami wyborcy mieli powody, by dojść do wniosku, że Trump również nie zapanował nad problemem. Co gorsza – w ich ocenie podejmowane przez niego decyzje dodatkowo pogorszyły sytuację.

Kandydaci i styl sprawowania władzy

Do porażki republikanów przyczyniły się również decyzje personalne Donalda Trumpa.

W Teksasie prezydent postawił na Kena Paxtona, polityka obciążonego licznymi skandalami. Istotną rolę odegrała przy tym osobista niechęć Trumpa do bardziej umiarkowanego Johna Cornyna. W Karolinie Południowej poparcie prezydenta otrzymała Darline Graham, siostra zmarłego Lindsey Grahama, niemająca porównywalnego doświadczenia politycznego ani własnej, silnej bazy wyborczej.

Podobnie było w kilku innych stanach, gdzie bardziej umiarkowani i doświadczeni republikanie zostali odsunięci na rzecz kandydatów cieszących się osobistym zaufaniem prezydenta.

W warunkach rosnącego niezadowolenia z rządów Trumpa takie decyzje dodatkowo zwiększały skalę porażki. Trzeba jednak przyznać, że przy tak silnych nastrojach antyrządowych nawet znacznie lepsi kandydaci mieliby poważne trudności. Problem republikanów polegał na tym, że w wielu przypadkach nawet nie próbowali wystawić lepszych.

Ostatecznie lojalność wobec prezydenta, która miała być gwarancją politycznej jedności, stała się jednym ze źródeł wyborczej słabości partii.

Co naprawdę oznaczają wyniki amerykańskich wyborów?

Analizując amerykańskie wybory do Kongresu odbywające się w połowie kadencji prezydenta, trzeba pamiętać o ich specyfice. Są one przede wszystkim referendum oceniającym urzędującą administrację. Jednak ich wynik niekoniecznie musi oznaczać zasadniczą zmianę poglądów politycznych amerykańskiego społeczeństwa.

Wczorajsze głosowanie było jednoznacznym wyrazem rozczarowania i złości znacznej części Amerykanów. Demokraci mieli pod pewnymi względami ułatwione zadanie. W sytuacji, gdy benzyna kosztowała ponad 4 dolary za galon, a wojna, która przyczyniła się do wzrostu cen, nie zbliżała się do końca, wystarczyło prezentować się jako antagoniści Trumpa, prowokować go do personalnych ataków i na tym budować swój wynik wyborczy.

Dlatego należy być ostrożnym w formułowaniu wniosków, że Ameryka przesunęła się na lewo. Wyniki badań powyborczych i analiz zachowań elektoratu wskazują raczej na rozczarowanie części wyborców, którzy w 2024 r. dali Trumpowi szansę, a dwa lata później uznali, że została ona zmarnowana. Niektórzy z nich pozostali w domach, inni zdecydowali się poprzeć demokratów. Nie musi to jednak oznaczać, że zmienili swoje przekonania w sprawach światopoglądowych, gospodarczych czy społecznych. Wielu z nich oczekiwało przede wszystkim zmiany polityki, która pozwoliłaby im odczuć poprawę własnej sytuacji materialnej. W tym sensie wynik wyborów należy odczytywać przede wszystkim jako rozliczenie rządzących z niespełnionych obietnic.

Historia amerykańskich wyborów połówkowych pokazuje zresztą, że zwycięstwo opozycji nie przesądza o wyniku wyborów prezydenckich dwa lata później. Od 1946 r. sześciokrotnie po porażce partii prezydenta w wyborach do Kongresu następowała zmiana w Białym Domu, ale w siedmiu przypadkach demokratom lub republikanom udawało się utrzymać prezydenturę pomimo wcześniejszej przegranej. Przykłady Ronalda Reagana, Billa Clintona czy Baracka Obamy dowodzą, że nawet dotkliwa porażka w połowie kadencji nie musi przekreślać szans na późniejsze zwycięstwo.

Tym razem sytuacja jest jednak szczególna. Donald Trump nie będzie mógł ponownie ubiegać się o prezydenturę, a republikanie staną przed koniecznością obrony władzy bez polityka, który przez ostatnią dekadę w ogromnym stopniu decydował o ich tożsamości. Prezydent, który w ciągu zaledwie dwóch lat potrafił zrazić do siebie wyborców nawet w takich stanach jak Teksas czy Kansas, pozostawia swoją partię w wyjątkowo trudnym położeniu.

Przed urzędującym prezydentem jeszcze dwa lata w Białym Domu, ale już bez kontroli nad Kongresem. Oznacza to znacznie mniejszą swobodę działania, konieczność mierzenia się z demokratyczną większością i narastające tarcia wewnątrz Partii Republikańskiej. Dla Donalda Trumpa jest to poważna porażka polityczna. Jednak dla republikanów może się ona okazać początkiem znacznie trudniejszego zadania – rozliczenia z epoką trumpizmu.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.